Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Ciepły piątkowy wieczór. Teren kościelny, przez który wszyscy w dzielnicy przechodzą, jest już zamknięty. A my? W środku. Bramę, którą przed chwilą weszliśmy, zamknięto, zanim wróciliśmy, okazało się, że furtka z drugiej strony kościoła jest też już zamknięta.

Ja i córeczka. Sami? Niee, no, nie całkiem - na nasze szczęście był tam jeszcze Proboszcz we własnej osobie, który zaraz nas, zmęczonych na rolkach łobuziaków, wypuści.

- No! Na pewno! A po coście wchodzili tu o tej porze? Przecież kartka wisi. Teraz to już wszystko zamknięte!

- Ale może jednak? Córcia się niepokoi.

- Ja tu jestem proboszcz od 21 lat! Nie będziesz mnie pouczał (...) jeden, co powinienem! To mój teren i nikogo innego! Tu kamery są!

- Jeśli nie furtkę, to może da się choć bramę otworzyć? Trochę nadrobimy drogi, ale to nic.

- Taaato! - Córcia w płacz.

- I nie wyrażaj się tak do mnie, nie mów pan, tylko proszę księdza! Tu Polska jest i kościół katolicki, nie obchodzi mnie, żeś niewierzący, szacunku żądam i tak masz do mnie mówić!

Córcia łka i ciągnie za rękaw ze łzami w oczach.

- Człowieku, otwórz tę cholerną bramę!

Ta historia wydarzyła się naprawdę. Nie w mrocznym średniowieczu. Ale wczoraj, w Ursusie.

Moja ośmioletnia córeczka boi się teraz proboszcza. Ale bez obaw - obronię ją.

Warszawa, 12 maja 2018 r.

(imię i nazwisko do wiadomości redakcji)

***

Czekamy na Wasze opinie, historie, piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.