Policzmy tylko jedno: dzietność. Za 25 mld (miliardów złotych) tylko w jednym roku 2017 urodziło się (tak twierdzi rząd) 30 tys. dzieci. W ciągu trzech lat z programu in vitro za 260 mln zł finansowanego przez Ministerstwo Zdrowia urodziło się 8395 dzieci. Umie ktoś liczyć?
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Po raz kolejny próbuję zabrać głos w sprawach publicznych. Jestem lekarzem, specjalistą medycyny rozrodu, oraz samorządowcem, przewodniczącym Komisji Ochrony Zdrowia Związku Województw RP.

Rządzącym, lecz także opinii publicznej, pragnę uświadomić, w jak opłakanej sytuacji w Polsce jest ochrona zdrowia. Przy okazji chcę uzmysłowić, ile hipokryzji czy też przekłamania kryje się w stosunku do ludzi borykających się z problemami niepłodności. Moja wiedza pochodzi z wieloletniego doświadczenia zawodowego oraz z licznych oficjalnych opracowań.

Eksperci swoje, rząd swoje

We wrześniu 2015 r. Komisja Ochrony Zdrowia i Polityki Społecznej przygotowała stanowisko, poparte stanowiskiem Zgromadzenia Ogólnego ZW RP, które nie znalazło żadnego pozytywnego odzwierciedlenia w polityce ochrony zdrowia w naszym kraju. 

W listopadzie ub. roku komisja przygotowała kolejne stanowisko, w którym wskazała, że nie zostały zlikwidowane podstawowe wady systemu ochrony zdrowia w Polsce, takie jak trudny dostęp do opieki medycznej, bardzo małe nakłady na ochronę zdrowia, monopol Narodowego Funduszu Zdrowia, ogromne zadłużenie świadczeniodawców oraz brak konkurencyjności wśród ubezpieczycieli.

Ponadto wskazano, że sytuacja stacjonarnej opieki medycznej staje się coraz bardziej dramatyczna z powodu braków obsady kadrowej (jako rozwiązanie padła propozycja kuriozalnego obniżenia poziomu egzaminów dla cudzoziemców, którzy będą leczyć Polaków?!).

Wprowadzone finansowanie ryczałtowe opieki specjalistycznej niesie groźbę stosowania w leczeniu procedur niskokosztowych zamiast skutecznych. Jednocześnie finansowanie ryczałtowe w ramach tzw. sieci szpitali stawia pod dużym znakiem zapytania sfinansowanie nadwykonań (świadczeniodawca wykonał niezbędną usługę medyczną, ale płatnik za nią nie płaci - czy to jest normalne?).

Zwrócono uwagę, że samorządy szczebla wojewódzkiego, lecz także powiatowego, inwestują w rozwój bazy szpitalnej i aparaturowej, a potem ta nowoczesna baza jest wykorzystywana w niepełnym zakresie z powodu limitów narzucanych prze NFZ.

Grozi paraliż opieki medycznej

To, co rząd zaproponował na rok 2018 (nakłady 4,67 proc. PKB), niczego nie zmieni na lepsze, a perspektywa 6 proc. PKB, ale w roku 2025, oznacza paraliż opieki medycznej w ciągu najbliższych siedmiu lat!

Według danych GUS w pierwszym półroczu 2017 r. o 14 tys. wzrosła liczba zgonów w Polsce. Jest to wynik nienotowany w naszym kraju nawet w latach 80. Rośnie liczba pacjentów umierających z powodu chorób serca, a jednocześnie maleją nakłady na ich leczenie.

Powyższe stanowisko Komisji Zdrowia ZW RP zostało przekazane do decydentów odpowiadających za ochronę zdrowia, m.in. do premiera i ministra zdrowia. Główny animator tzw. sieci szpitali, były podsekretarz stanu w Ministerstwie Zdrowia, w styczniu br. poinformował w lakonicznym piśmie, że przewiduje się systematyczny wzrost nakładów publicznych na ochronę zdrowia, tak aby w roku 2025! osiągnęły poziom 6 proc. PKB.

Korzystam z danych zawartych w raporcie Fundacji Republikańskiej, opracowanym na zlecenie Związku Pracodawców – Stratera-Med. Autorzy raportu deklarują, że został on opracowany w sposób bezstronny i obiektywny. Na podstawie analizy danych stwierdzają, że system ochrony zdrowia w Polsce działa w sposób nieracjonalny i nieprzemyślany, jest ułomny w wielu wymiarach, czego konsekwencją jest ogromne zadłużenie szpitali, sięgające w 2016 r. 11,2 mld zł.

Autorzy stwierdzają, że państwo nie radzi sobie z tym problemem i że w sferze ochrony zdrowia działa tylko teoretycznie. W kręgu moich znajomych mówi się, że „mieszanie łyżeczką herbaty bez dodania cukru nie czyni jej słodszą”.

Brak lekarzy i pielęgniarek!

Polska służba zdrowia jest uważana za jedną z najgorszych w Europie. W Europejskim Konsumenckim Indeksie Zdrowia zajmujemy 34. miejsce na 35 badanych państw. Na taki wynik bardzo rzutuje czas oczekiwania na zabiegi operacyjne, na leczenie onkologiczne oraz na diagnostykę komputerową.

Z danych raportu wynika, że na ochronę zdrowia przeznacza się 6,3 proc. PKB (z czego tylko 4,8 proc. to pieniądze publiczne), podczas gdy średnia unijna wynosi 8,9 proc., a to oznacza, że na zdrowie przeznaczamy o ok. 30 proc. mniej niż przeciętny członek OECD (Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju).

Poza problemami związanymi z odgórnym narzucaniem wymogów, bez wskazania, skąd szpitale mają brać na nie środki, ogromnym problemem stają się niedobory kadrowe. Według danych OECD jesteśmy na ostatnim miejscu w Europie pod względem proporcji lekarzy do ogółu populacji (23 na 10 000 ludności), nie wspominając o specjalizacjach deficytowych (np. anestezjolodzy), w których obserwuje się spadek określany jako dramatyczny. Podobnym problemem jest niedobór pielęgniarek - mamy jeden z najniższych wskaźników w Europie. Nie ulega wątpliwości, że koszty leczenia będą rosły jako następstwo wzrostu płac deklarowanego przez ekipę rządzącą, starzenia się naszego społeczeństwa oraz postępu w sposobach leczenia.

W świetle powyższych danych pozwolę sobie zacytować fragment exposé premiera Morawieckiego: „Pierwszym arcyważnym zadaniem jest służba zdrowia. Nie ma godnego życia bez sprawnej opieki zdrowotnej, dlatego doprowadzimy do skokowego wzrostu wydatków na służbę zdrowia do poziomu 6 proc. PKB w ciągu najbliższych kilku lat”.

Co to znaczy kilku lat? Do 2025 r., jak deklaruje minister zdrowia? Zapowiedź budowy Narodowego Instytutu Onkologii oraz inicjatywa Narodowego Programu Zdrowia Kardiologicznego mają charakter wyłącznie propagandowy, nie uzdrowią w najbliższej perspektywie ochrony zdrowia w Polsce.

Jak to robią Czesi?

Sądzę, że najlepiej odwołać się do przykładu naszych południowych sąsiadów - Czech. W ocenie II Konferencji Zdrowia Publicznego Państw Grupy Wyszehradzkiej Czesi mają najskuteczniej zorganizowaną opiekę zdrowotną, a Polska - najgorszą. Jak wynika z licznych doniesień prasowych, czescy pacjenci nie czekają latami na zabiegi, a państwowa służba zdrowia od dekad funkcjonuje lepiej od polskiej.

Po prostu Czechy przeznaczają na opiekę zdrowotną znacznie więcej niż Polska. Udział wydatków na ochronę zdrowia wynosi 7,2 proc., u nas - 4,7 proc. Jeśli bierzemy pod uwagę wielkość PKB i liczbę mieszkańców, to z tej kalkulacji jednoznacznie wynika, że nasz kraj wydaje 68 proc. tego co Czechy.

Czesi naprawdę cenią zdrowie i dlatego ich składka na ubezpieczenie zdrowotne wynosi 13,5 proc., natomiast w Polsce - 9 proc.

Pan minister Łukasz Szumowski na posiedzeniu sejmowej komisji zdrowia przekonywał, że priorytetem w jego działaniu będzie zadbanie, aby pieniądze, które trafią do systemu, były dobrze wydane.

Czy naprawdę tędy droga? Pan minister zdrowia powinien znać stare przysłowie: „Z pustego to i Salomon nie naleje”. Natomiast nasi politycy zapatrzeni w „słupki wyborcze” uważają odważną dyskusję ze społeczeństwem na temat ochrony zdrowia za polityczne samobójstwo.

Raz jeszcze odwołam się do przykładu naszych sąsiadów, dlaczego nie dyskutować uczciwie o składce na ubezpieczenia zdrowotne, o możliwości dopłat za wyżywienie, ale nie za jakość leczenia, o dopuszczenie innych ubezpieczycieli?

Niestety ci, od których zależy podejmowanie decyzji, mają szpitale resortowe, korzystają z różnego rodzaju udogodnień i ich prawdziwa wiedza na temat stanu opieki zdrowotnej w Polsce jest żadna.

Kilka liczb na przykładzie leczenia bezpłodności

Mam przed sobą „Program kompleksowej ochrony zdrowia prokreacyjnego w Polsce”, przygotowany przez Ministerstwo Zdrowia na lata 2016-20, który zakłada zwiększenie dostępności do wysokiej jakości świadczeń z zakresu diagnostyki i leczenia niepłodności. I dalej, w ramach programu, planuje się: utworzyć sieć co najmniej 16 referencyjnych ośrodków leczenia niepłodności, prowadzić kompleksową diagnostykę niepłodności i kierować do dalszego leczenia w ramach systemu opieki zdrowotnej.

Na realizację założeń programu Ministerstwo Zdrowia zamierza przeznaczyć ponad 100 mln złotych. Pan były minister zdrowia Konstanty Radziwiłł zlikwidował program finansowej pomocy parom wymagającym leczenia niepłodności metodami wspomaganego rozrodu (nowoczesne, uznane i skuteczne metody) i „zafundował” dumnie brzmiący "Program kompleksowej ochrony zdrowia prokreacyjnego w Polsce", który w zasadzie jest niczym innym jak zakamuflowanym sposobem na rozwój naprotechnologii w naszym kraju.

Niejednokrotnie się wypowiadałem, że naprotechnologia tym się różni od nowoczesnej medycyny rozrodu, że nie uznaje leczenia niepłodności metodami wspomaganego rozrodu, że nie jest traktowana jako nauka, ale jako pseudonauka promowana wyłącznie ze względów światopoglądowych, i że nigdy nie zastąpi nowoczesnych sposobów wspomagania prokreacji.

Polska należy do grupy krajów o bardzo niskiej dzietności (wskaźnik ok. 1,3) i z radością należy powitać dane GUS, że w roku 2017 urodziło się o ok. 30 tys. dzieci więcej. Demografowie mają poważne wątpliwości, czy jest to trend trwały. Obecna władza chce ten wzrost jednoznacznie przypisać skutkom realizowania programu „500 plus”, natomiast analitycy wskazują, że wcale to nie jest takie jednoznaczne.

Natomiast porównanie finansowe programu „500 plus” i programu leczenia niepłodności metodami wspomaganej prokreacji jest dla „500 plus” druzgocące.

Według danych Ministerstwa Zdrowia z tzw. programu in vitro w latach 2014-16 skorzystało 19 617 niepłodnych par. Urodziło się 8395 dzieci (i rodzą się nadal z zamrożonych zarodków). Ministerstwo Zdrowia przeznaczyło na ten trzyletni program 260 mln złotych.

Proszę to odnieść do ok. 25 mld złotych przeznaczanych rocznie na realizację programu „500 plus” i wykonać odpowiednie kalkulacje. Nie jest to protest przeciwko pomocy rodzinom wychowującym dzieci, chociaż można mieć wiele zastrzeżeń do sposobów realizacji programu, ale jest to apel do ministra zdrowia, aby zdecydował się na pomoc finansową parom z niezawinioną niepłodnością.

Medycyna rozrodu jest złożoną i wrażliwą dziedziną wiedzy, a niepłodność stanowi chorobę wyjątkową i specyficzną. Jeśli stać nas na bezpłatne leczenie tzw. chorób na żądanie, to powinno również stać nas na leczenie nowoczesnymi metodami choroby niezawinionej.

*Prof. zw. dr hab. Marian Szamatowicz, emerytowany profesor UM w Białymstoku

***

Czekamy na Wasze listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej na ten temat
Komentarze
Zaloguj się
Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
Jako praktykujący lekarz, zgadzam się z postawionymi tutaj wnioskami..powiem więcej, będzie gorzej ...a będzie gorzej dlatego, że będzie lepiej ..już wyjaśniam
- od lipca wchodzi podwyżka dla specjalistów - 6700 pln brutto, to daje jakie 5000 pln na rękę. Jeśli ktoś uważa, że specjalista z danej dziedziny medycyny zarabia zdecydowanie więcej ma rację - jeśli pracuje w mniejszym mieście, z dala od ośrodków specjalistycznych. Ja pracuję w stolicy. Moja pensja ( specjalizacja z interny i hematologii) wynosi 4100 brutto czyli około 3200 "na ręke ", z dyżurami ( 5-6 w miesiącu)zarabiam kolejne 2-3 tyś pln [ ktos powie dużo - ja powiem proszę przyjść na moje miejsce i podejmować decyzję od których zależy czyjeś życie i nie jest to czcze gadanie ] . Pracuje dodatkowo w poradni hematologicznej popołudniami [ "na NFZet"] daje mi to około 2 tyś pln dodatkowo w miesiącu...przyjmuje w tym czasie kilkadziesiąt osób; połowa to tzw. pierwszorazowi...i wracając do początku - po co będe pracował dodatkowo popołudniami, kosztem rodziny [ dzieci widzę wieczorami] skoro po podwyżce moja pensja z jednego zakładu bedzie taka sama jak teraz, gdy pracuje w dwóch [ inna rzecz, że szpital zapłaci mi te 6700 jeśli podpiszę lojalkę - czyli na NFZet pracuję tylko w szpitalu ] ?...podpiszę ...od 14 lat pracowałem w 2 miejscach, jestem tym zmęczony..teraz i tak nie było źle..przez 10 lat liczba godzin w miesiącu spędzonych w pracy wahała się od 280 do 360 a były i po 400 ...Obecnie zeszła do jakiś 200 ..Oczywiście, nie znaczy to,że wszyscy rzucą drugą/trzecią pracę bo to zależy od stawek ale część osób zrezygnuje ... i kolejki się wydłużą. Proszę nie myśleć, że przybedzie lekarzy w poradniach przyszpitalnych oni/ja już tam pracujemy w możliwie maxymalnym wymiarze... " poradnie popołudniowe " to była praca dodatkowa
Problemem oprócz braku kasy jest brak ludzi... pojawiła się luka pokoleniowa i nie wiem jakby obecny (nie)rząd się zaklinał, jak zmieniał statystyki ..lekarzy i pielegniarek jest za mało...a ludzi starszych co raz więcej a częstotliwość większości chorób ( w tym hematologicznych) wzrasta z wiekiem
już oceniałe(a)ś
Potrafią liczyć, bo to proste rachunki nie wymagające znajomości wyższej matematyki. Niestety w Polsce zamiast racjonalnego myślenia jest ideologia. Rząd zamiast zajmować się tym, jak rozwiązać problem ludzi, w tym wypadku niepłodności, w sposób najbardziej ekonomiczny pod względem finansowym i społecznym, zajmuje się krzewieniem religii katolickiej, wbudowaniem jej zasad do systemu prawnego.
Podpisuję się pod diagnozą Pana Profesora.
Jeszcze dodam, że tej zapaści podlega też prywatna służba zdrowia w Polsce. Publiczna i prywatna opieka medyczna są naczyniami połączonymi.
Jeśli coraz bardziej brakuje specjalistów i pielęgniarek, zwłaszcza dobrze przygotowanych do zawodu, to nawet renomowane placówki prywatne już zaczynają mieć problemy.
Na własnej skórze (też emerytki służby zdrowia) doświadczam, że nawet gdy mam bardzo duży kredyt na prywatne leczenie to i tak nigdy nie mam pewności, że otrzymam usługę na odpowiednim poziomie.
Sytuacja jest bardziej skomplikowana i nie tylko brak pieniędzy generuje zapaść. Aż kusi, żeby uwierzyć w spiskową teorię o "spalonej ziemi", do której (na każdym polu) dąży PiS.