Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W połowie kwietnia każdego roku na gałęziach dzikiej jabłoni zawieszam zwykłe kubki, do których wkładam małe doniczki z kolorowymi bratkami. Wypatrzyłem to w holenderskich ogródkach. Jabłonka zwykle wtedy nie ma liści i kolorowe kwiatki w kubeczkach wyglądają efektowne.

Dzieci sąsiadów nazwały moją jabłonkę kubeczkowym drzewem i już kolejne pokolenia dopytują się o nie. Pamiętam o nich i podlewam, aby ich nie zawieść.

Również co roku w kwietniu, tak jak i 1 sierpnia, kwiatami oraz światełkiem znicza staram się uczcić pamięć tych, którzy w Warszawie zginęli w walce.

Ocaleni po wojnie

Przed wojną rodzina mamy ulokowała się na Powiślu. Ojciec zaś był tu „wielkopolskim słoikiem”, którego Warszawie dał lotniczy mundur i miłość ładniutkiej Marysi.

Powstanie zmiotło dwa powiślańskie domy z trzema rodzinnymi mieszkaniami. Pozostało jedno, w którym do rozkwaterowania rotacyjnie pomieszkiwało do 20  osób.

Lokatorzy zajmowali nawet łazienkę. Nie było więc już mowy o nas. Moi rodzice zaraz po ślubie u Wizytek zamieszkali w podobnym „kołchozie” na Ochocie.

Wielkie mieszkanie, wraz z jednopokojową służbówką, zajmowało osiem rodzin. W tej służbówce mieszkała ta sama co i przed wojną stara gosposia i tamże jeszcze przytuliła swoją, wtedy „bezdomną” panią. Tylko one ocalały.

Wojna i przymusowa emigracja zabrały całą sześcioosobową rodzinę pani i syna gosposi. Nas troje i ciocię Lucię tam dokwaterowano. Ciotkę na trzecią do tej służbówki, a ja jeszcze miesiąc byłem w brzuchu mamy i po urodzeniu jedynie dogęściłem lokal. To trwało jeszcze dwa lata.

Wreszcie mój ojciec, młody porucznik, dostał przydział na samodzielne dwupokojowe mieszkanie na Woli przy ulicy Okopowej róg Żytniej. Ależ to była radość! Ta strona Okopowej i część ulicy Żytniej były jeszcze po tak zwanej aryjskiej stronie, ale już za tramwajowymi torami sterczały resztki murów byłego warszawskiego getta.

Wyprawy do sklepu pana Bauma

Mama, która 1 sierpnia 1944 roku zdążyła wyjechać z Warszawy do Pruszkowa ostatnią kolejką WKD, zaraz na drugi dzień po przeprowadzce, wraz z ojcem i ze mną na ręku, przeszła na drugą stronę Okopowej, naszej nowej ulicy, by zapalić świecę na murku wypalonego domu.

Zrządzeniem losu pracuję teraz przy ulicy Żytniej, ale po tamtej stronie.

Kiedy dziś patrzę na te obie ulice, z licznymi autami i tramwajami, to zachodzę w głowę, jak mama mogła mnie, pięciolatka, posyłać samego na tamtą drugą stronę z gazetami do sklepiku pana Bauma?

W latach 50. towar pakowano jeszcze w gazety. Drałowałem wtedy z rulonem gazet pod pachą na drugą stronę ulicy Okopowej, a mama „wisiała w oknie”, sprawując tak nade mną pieczę.

Wtedy nie było ani pasów, ani świateł. Jedyny tramwaj jeździł rzadko po jednym torze i zawracał przy ulicy Powązkowskiej. Snuły się tam nieliczne dorożki oraz konne wozy węglarzy i furmanki dostawców towaru, czasem auto, jak zjawa.

Po drugiej stronie było jeszcze morze ruin, lecz wśród nich już były coraz liczniejsze sklepiki i zakłady usługowe. Jakiś magiel, pralnia, krawiec, szewc czy fryzjer. Ot, życie.

Po parzystej stronie Okopowej miał też swój sklep pan Baum. Handlował tam i mieszkał razem z rodziną jeszcze przed wojną, z której jednak wrócił już sam. Jego rodzina „cała hurtem poszła przez komin”, jak żalił się czyniącym tam sprawunki kobietom.

Czasem pokazywał swój numer obozowy. Nosił długi szary fartuch oraz siwą brodę i nigdy się nie uśmiechał. Bałem się go. Handlował „mydłem, szydłem i powidłem”, czyli artykułami spożywczymi, galanterią użytkową, jak guziki, haczyki i rzemyki, oraz cukierkami. Te cukierki tłumiły mój lęk.

Mama nie kupowała ich, nazywając farbowaną wodą z cukrem. Ja jednak o nich marzyłem. Były jak kolorowe groszki zamknięte w szklane, zagięte rurki, zatkane watą. Stały na najwyższej półce w przezroczystych słojach. Pan Baum raz wysypał mi parę tych groszków na dłoń, ale mama nigdy na więcej nie pozwoliła.

Odtąd tylko spoglądaliśmy na siebie znacząco. Przestałem się go bać.

Nie mam się za filosemitę

Pewnego dnia gruchnęła wieść, że pan Baum, w ramach pierwszej czy też drugiej emigracji, wyjeżdża do Palestyny. Tego dnia sąsiadki z podwórka poszły go pożegnać. Mama i babcia zabrały też mnie. Naznosiły mu drobnych i praktycznych prezentów oraz wypieków na drogę. Przy pożegnaniu ten nasz wysoki i milczący Żyd bardzo się wzruszył.

Wtedy nagle wziął mnie za rączkę i wprowadził do opróżnionego z towaru sklepu. Sięgnął wysoko do jasnego słoja i wyjął ostatnią, niepełną laskę groszków, uśmiechnął się do mnie szeroko i wręczył mi ją bez słowa. Wyszliśmy przed sklep. Mama i babcia już nie protestowały.

Długo machałem mu ręką, gdy odchodził. Podobno zginął na tej swojej kolejnej wojnie, ale już wolny. Nie pamiętam nawet, jak miał na imię. Szkoda.

Jeszcze wielu polskich Żydów spotkałem w dzieciństwie lat 50. - na moim podwórku. Przyjaźniliśmy się, bawiliśmy i biliśmy. Potem były pierwsze dziewczyny, szkoła i studia. Życie. W 1968 roku wielu z nich żegnałem na Dworcu Gdańskim, a później z nimi korespondowałem okrężną drogą, by uniknąć represji władz.

Po 16 latach jeden się odnalazł, nie zginął na wojnie jak pan Baum. Do dziś jest moim największym przyjacielem i żadna większa rodzinna uroczystość nie obywa się bez któregoś z nas. Nie przeszkadza nam nawet to, że niedawno przeprowadził się wraz ze swoją aryjską żoną do Krakowa.

I tak telefonicznie rozmawiamy prawie co dzień. Wielu z tych, którzy nagle odkryli swoje żydowskie korzenie, bywa moimi pacjentami. Nie mam się jednak za filosemitę.

Poczułem się zawiedziony

Od lat 19 kwietnia zapalam znicz pod pomnikiem Bohaterów Getta. Nie mam daleko, ot parę przecznic od rodzinnego domu, a teraz od mego gabinetu. Czczę tym wielu - i pana Bauma, i moich szkolnych kolegów, sąsiadów, znajomych i nieznajomych.

Nigdy nie uważałem, że mam do tego wyłączne prawo i nie próbowałem tego ostentacyjnie manifestować. Jednak w tym roku to uniemożliwiono. Już rano odgrodzono pomnik i cały plac od zwykłych ludzi, przeznaczając to miejsce wyłącznie dla „osób ochranianych”.

Przed kim, przed suwerenem i gośćmi?

Jakby równolegle nie można było zrobić wydzielonego szlaku dla jednych bądź dla drugich. Po południu i wieczorem już taki szlak był, lecz po poddaniu się drobiazgowej kontroli i szczegółowemu przeglądowi bagażu. Nie każdy jednak miał umiejętność i śmiałość dopytać się i dotrzeć do punktu kontroli. Wielu osobom z prowincji z dziećmi to się nie powiodło, a obcokrajowcy traktowali to jak represję.

Składano więc kwiaty i zapalano znicze pod pomniczkiem Jana Karskiego – polskiego wojennego kuriera i emisariusza na zachód Europy i do USA. Pomimo oznakowania pomniczka było słychać, jak kolejne osoby biorą Jana Karskiego za Marka Edelmana, jednego z dowódców tamtego Żydowskiego Powstania, który chyba też dotychczas „nie zasłużył” na odpowiednią atencję „osób ochranianych”, jak przedstawicieli obecnych władz nazwał jeden z członków służb bezpieczeństwa, nie wpuszczając mnie rano na plac pod pomnik.

Poczułem się chyba bardziej zawiedziony niż dzieci sąsiadów, którym bym jak zwykle nie ozdobił „ich kubeczkowego drzewa”, bo przecież obiecałem. 

19 kwietnia 2018

****

Czekamy na Wasze opinie, historie, opowieści: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.