Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

 „Każdy naród ma taki rząd, na jaki zasługuje. Jeżeli z jakiegoś powodu głupi i złośliwi ludzie siedzą na głowie mądrych i uczciwych, to wtedy naród tych gorszych ludzi jak najszybciej wysyła na dno piekła. Ale jeżeli bezwartościowa władza przez dłuższy czas pozostaje na swoim miejscu, to jest pewne, że wina jest w narodzie…”
Széchenyi István

Facebookowa społeczność tak komentuje wynik niedzielnych wyborów na Węgrzech. Słowa te przypisuje się największemu węgierskiemu patriocie XIX wieku, hrabiemu Istvanowi Szechenyi. Wśród zwolenników opozycji siła rozczarowania po ogłoszeniu wyników jest namacalna, są dosłownie ogłuszeni.

A zwolennicy Fideszu? Ci, którzy wywodzą się z inteligencji lub z kręgów biznesowych bliskich Fideszowi, wywyższają się, są butni i zadufani w sobie. Pozostała część głosujących na Fidesz, tzw. prowincja (Budapeszt raczej głosował przeciw), jest tylko zadowolona, że udało się ochronić Węgry przed największą w dziejach ludzkości inwazją islamu.

Ci ludzie, przerażeni widmem imigrantów, ataków terrorystycznych i stającym za tym wszystkim Istvanem Sorosem, zagłosowali tak, jak tego od nich oczekiwano. Viktor Orbán to ich największy zbawiciel i dobroczyńca.

Czyż nie jemu zawdzięczają, że mają pracę i głodowe pensje z prac publicznych zamiast zasiłków; albo po 10000 forintów (około 130 zł) jednorazowego dodatku do emerytury; albo około 150 zł rekompensaty za gaz (bo ostatni miesiąc był taki mroźny)?

Te ostatnie „prezenty” koniecznie przesłane z osobnym, specjalnym listem Wodza tak zredagowanym, żeby było wiadomo, komu należy być za nie wdzięcznym (same koszty pocztowe tych listów były większe niż ich łączna wartość). Czyż to nie osoba Wodza jednoczy rodaków mieszkających za granicą na byłych terenach Królestwa Węgierskiego, fundując im emerytury, stypendia, kluby sportowe i stadiony, nadając im obywatelstwo? Ale przede wszystkim czyż nie jest największym obrońcą wiary chrześcijańskiej i węgierskiej kultury?

Więc recepta na sukces, widmo jednego wroga – zresztą żywcem zapożyczona z książki Hitlera "Main Kampf" - sprawdziła się w 100 procentach. Zwolennicy Fideszu byli ślepi i głusi na jakiekolwiek głosy rozsądku i umiaru. Nie ruszyły ich ani codzienne afery korupcyjne, ani zbliżenie do Putina, ani miliardowe wydatki na stadiony i zerowe na kulturę, oświatę. Nie podziałał na nich brak personelu i fatalne warunki panujące w służbie zdrowia. Zresztą czy o tym wiedzieli? O tym mówi się tylko w mediach opozycyjnych, a wszystkie możliwe media państwowe (90 proc. rynku) dniem i nocą grzmiały o zagrożeniu państwa węgierskiego, jeżeli przywódcą będzie ktokolwiek inny niż ich Pan i Zbawca.

Pieniądze państwowe płynęły strumieniami na reklamę Fideszu. W różnych miejscach pojawiali się brudni i odstraszający przebierańcy w strojach muzułmańskich zachowujący się agresywnie i arogancko. Były ogłoszenia w prasie szukające mieszkań do wynajęcia dla muzułmanów. Prominenci partyjni przedstawiali obraz Węgier po zwycięstwie opozycji – na pobudkę głos muezzina wzywający do porannej modlitwy, na ulicach kobiety w burkach. Czy można się dziwić, że przerażony naród głosował tak a nie inaczej?

Nie wiem, jak opozycja pozbiera się z tej porażki. Ordynacji wyborczej, w całości opracowanej na potrzeby Fideszu, zmienić się nie da.

Nawet Unia nie jest w stanie za bardzo szkodzić Fideszowi, bo Węgry od dwóch lat nareszcie mają poparcie rządu polskiego, który zawetuje wszelkiego rodzaju sankcje wymierzone w rząd Orbána (i vice versa).

Wygląda na to, że jedynym rozwiązaniem jest wyjście na ulice, ale opozycja jest tak zróżnicowana, że nie ma szans na jakiekolwiek wspólne wystąpienie.

Inteligencja, która mogłaby mieć jakikolwiek wpływ na sposób myślenia rodaków, już dawno wyparowała do Europy Zachodniej albo jeszcze dalej. Skutecznie zablokowano jej możliwość udziału w wyborach (nie mogą głosować listownie tak jak ich rodacy z podwójnym obywatelstwem z krajów ościennych). Po ośmiu latach pobytu za granicą jest bardzo małe prawdopodobieństwo, że kiedykolwiek wrócą, zwłaszcza że końca rządów Orbána nie widać.

Opozycja wiązała ogromne nadzieje z głosami młodych, po raz pierwszy głosujących. Mieli do tego podstawy, bo studenci jako jedyni wychodzili ostatnio na ulice, nawołując do reform, zwłaszcza edukacji. Powstały nowe partie, które zyskały wiele zwolenników wśród studentów.

Niestety, fiasko w niedzielnych wyborach nie wróży tym partiom nic dobrego, nie tylko nie znalazły się w parlamencie, ale nawet nie uzyskały minimum niezbędnego do otrzymania dotacji państwowych, co przekreśla ich szanse.

Młodzież, zawiedziona wynikami, odsunęła się od polityki, w aktualnej skorumpowanej palecie partyjnej nie widzą swoich przedstawicieli i jeżeli nic się nie zmieni w następnych wyborach w ogóle nie pójdą do urn. Dla większości młodzieży plan na przyszłość to: zdobycie zawódu i jak najszybsze wyjechanie na zachód. Czy takiej przyszłości narodu życzy sobie Viktor Orbán?

A sam Wódz? Ze swoją większością konstytucyjną szykuje się do likwidowania samorządów lokalnych, ostatnich baszt demokracji na Węgrzech. Wybory lokalne będą za rok, więc czasu aż nadto, żeby zreorganizować administrację lokalną na własne potrzeby. Samorządy będą zarządzane odgórnie, jak wszystko w tym państwie. Państwie bez zasad moralnych, bez skrupułów i bez przyszłości. Bo kiedyś skończą się pieniądze unijne i trzeba będzie stanąć na własnych nogach. Być może wkrótce się okaże, że Wódz i jego poplecznicy, magnaci i obszarnicy, córki, synowie, zięciowie, teściowie, kuzyni itd., i wszyscy inni, nagle wzbogaceni dzięki chwaleniu swojego dobroczyńcy, zostali zupełnie sami. Wygrali, ale nie ma już kto ich obsługiwać.

Dla kogoś, kto przyjeżdża na kilka dni na Węgry, to państwo piękne, przyjazne, atrakcyjne. Ktoś, kto tu mieszka na stałe, już dawno pozbył się złudzeń.

Lidia Gruszczyńska, Polka mieszkająca od 1985 r. na Węgrzech.

****

Czekamy na Wasze listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.