Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Antoni Macierewicz. Ile w nim patosu i monarszej wyniosłości, a ile samokompromitacji. Jego 18 teorii zamachowych, a żadna nie wyklucza poprzedniej. Wie, że jego obnażanie sprawców smoleńskiej zbrodni zagraża jego życiu, dlatego dwakroć dziennie odmawia stosowne modły w intencji ocalenia swej osoby. Niedoszły hetman, lepiej wiedzący od generałów, że śmigłowce wojsku nie są potrzebne, że marynarce potrzebne są wielkie okręty podwodne, że w środku Polski, w Radomiu, należy wybudować stocznię okrętów wojennych. Ile niezłomnej woli malowało się na jego obliczu, gdy zapowiadał na październik 2016 r. wyjaśnienie afery z niemieckim działem elektromagnetycznym ostrzeliwującym z terytorium RFN mieszkańców zielonogórskiego. To jego tworzenie komponentu lotniczego OT z cywilnych szybowców rozmaitych aeroklubów i zabawkowych dronów, to patetyczne zwracanie się do terytorialsów jako elity wojska i spadkobierców tradycji cichociemnych, jako do tych, którzy właśnie "wykuwają niepodległość Ojczyzny”. To lansowanie siebie na arenie międzynarodowej za pomocą mistrali za dolara. I ten kilkunastoletni licealista Janninger w roli wodewilowego doradcy ds. obronności kraju czy niedouczony aptekarz, któremu na rozkaz Macierewicza kłaniali się generałowie.

Jan Szyszko. Od ochrony przyrody, mordujący na masową skalę dzikie zwierzęta i przeprowadzający masową egzekucję stuletnich dębów w unikatowej Puszczy Białowieskiej.

Witold Waszczykowski. Jacek Czaputowicz. Pseudodyplomaci pouczający Francuzów, jak jeść widelcem, Amerykanów uczący demokracji, odkrywający nowe byty państwowe jak San Escobar. A sprowadzanie istoty dyplomacji do usilnego, lecz bezowocnego naprawiania błędów, które samemu się popełniło? Oceniam, że te dyplomatoły to efekt m.in. księżych rekomendacji do pracy w MSZ dla powiatowych aktywistów z parafii.

Andrzej Duda. Karcący Komorowskiego za bycie notariuszem PO, nadęty w stylu Duce, co boleśnie razi, gdy uświadamiamy sobie jego służebną rolę wobec posła Kaczyńskiego. To nazywanie samego siebie człowiekiem niezłomnym i uroczyste zapowiadanie stania na straży konstytucji, którą łamie.

Konstanty Radziwiłł. Minister zdrowia twierdzący, że smog to problem dziesięciorzędny.

Mariusz Błaszczak. Nazywający swych podwładnych policjantów pałkarzami, chroniący się w kolumnie z ośmiu samochodów. I jego następca wykrzykujący na wiecu obraźliwe hasła pod adresem obywateli, których powinien chronić.

Jarosław Gowin. Wicepremier przymierający głodem przed pierwszym.

Pokracznie wygląda rzekomy antykomunizm i prawicowo-nacjonalistyczne wzmożenie przy pełnym czułości przytulaniu do PiS rozbitków po komunie – współpracowników SB, kapusiów, żołnierzy i prokuratorów stanu wojennego, wysokich funkcjonariuszy PZPR.

A przy tym wzorowanie się na doświadczeniach i nauce rosyjskich bolszewików i polskich komunistów, naśladowanie ich metod i rozwiązań, a nawet języka. A do tego godnościowi senatorowie z izby "zadumy i refleksji”. Taka refleksja, jakie ich wykształcenie – podstawowe, zawodowe, przy specjalizacji: stolarze, tapicerzy, kucharze, technicy kolejowi, perukarze, rolnicy itp.

Obserwujemy nieustannie ich obnażanie niewiedzy historycznej wyrażające się w nazywaniu opozycji "targowicą", podczas gdy wszystko, co czynili targowiczanie, idealnie pasuje do linii PiS.

Lansowanie Lecha Kaczyńskiego na twórcę niepodległości, zbawiciela Europy, przywódcy "Solidarności", stawianie mu, gdzie tylko się zmieszczą, pomników jest ponurą farsą.

Jego brat, samotnik z kotem, najlepiej wiedzący, jak Polacy, rodziny i dzieci mają żyć i jak się uczyć, jakie poglądy wyznawać, przypomina King Dżong Una, z jego groteskową wyprawą po cukier i kurczaka w obstawie kilkudziesięcioosobowej świty. To jego niekończące się zbliżanie do smoleńskiej prawdy, również tej ukrytej w grobach, prawdy, której panicznie boi się opozycja, ośmiesza go i kompromituje.

Witanie tryumfatorki Szydło po jej klęsce 27:1 to istny spektakl komediowy, podobnie jak ogłaszanie jej nowo narodzonym mężem stanu na miarę Europy, mężem (żoną?) niemającym pojęcia, kiedy Polska przystąpiła do UE i czym różni się dług publiczny od deficytu budżetowego.

Kompromitację i groteskę wieńczy premier Mateusz Morawiecki, miłośnik dziesięciolatek, czyli scentralizowanych, rodem z socjalizmu, planów dziesięcioletnich rozwoju gospodarczego, niepohamowany w lansowaniu wizji gospodarczych o znamionach gigantomanii i na miarę światowej potęgi gospodarczej – miliony aut elektrycznych, lecz w polskich warunkach napędzanych prądem ze spalania archaicznego węgla, konstruowanie narodowych, polskich pojazdów bez oglądania się na brak zaplecza technologicznego, kadr i nieistniejące środki, jakie byłyby na ten cel niezbędne.

Listę rządowych grotesek można by kontynuować w nieskończoność i należy to czynić, bo nic tak nie boli totalnej władzy, jak ośmieszanie, wyszydzanie, pokazywanie jej zadęcia.

****

Piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.