Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Piszę ten list, ponieważ nie wiem, do kogo zwrócić się o pomoc w tej nieustającej bitwie z polską biurokracją. Może pokazanie tego problemu przez media przyniesie jakąś zmianę, bo nie tylko moja rodzina znalazła się w takiej sytuacji.

Słowem wstępu, poślubiłam cudzoziemca. Uchodźcę. Imigranta. Ale z tymi słowami lepiej obchodzić się ostrożnie, bo wzbudzają zbyt wiele emocji i są jak piętno kainowe. Mój mąż nie jest Polakiem i przyjechał do naszego małego raju nad Wisłą w poszukiwaniu azylu, bo w Czeczenii była trudna sytuacja polityczna. Poznaliśmy się miesiąc po jego przyjeździe, a po kolejnych dwóch miesiącach byliśmy już małżeństwem. Nie cywilnym, ale religijnym. Dopóki otrzymywał status uchodźcy, nie chcieliśmy ryzykować posądzenia o "ślub za dokument". Jednak po pewnym czasie stwierdzono, że zeznania mojego męża o zagrożeniu czyhającym na niego w rodzinnych stronach są niewiarygodne, i statusu uchodźcy więcej mu nie przyznano. Przychodziły tylko odmowy, od których się odwoływaliśmy, ale nie był to środek legalizujący jego pobyt w Polsce.

Pewnego dnia został zatrzymany do kontroli przez policję, która z kolei wezwała straż graniczną, aby sprawdzić, czy znajduje się tu legalnie. Stwierdzono, że już dawno powinien opuścić terytorium RP, i zabrano go. Nie pozwolono mu nawet wykonać telefonu do rodziny. Przez dwa dni nie wiedziałam, co się z nim dzieje - gdzie jest, czy wszystko w porządku, jak się czuje.

Obdzwoniłam wszystkie oddziały SG w Warszawie, w kilku byłam osobiście - za każdym razem dowiadywałam się, że o moim mężu nikt nie słyszał. Odnalazł się na lotnisku w Modlinie, gdzie był trzymany praktycznie bez jedzenia i picia. Podważano wiarygodność naszego małżeństwa. Nie pierwszy raz. Moje rodzinne miasto położone jest w strefie nadgranicznej, ilekroć tam bywaliśmy, byliśmy nagminnie kontrolowani przez policję lub straż graniczną, gdzie wprost mówiono mi, żebym się rozwiodła, że nam tutaj imigrantów, a nie daj Boże muzułmanów, nie trzeba. Do niego zwracano się per k... Nie przy mnie, zabierano go na stronę, żeby nie było świadków, i mówiono mu, żeby się stąd, delikatnie mówiąc, wynosił.

Po historii z Modlinem zdecydowaliśmy się na ślub cywilny, aby prawnie uregulować jego pobyt w Polsce. Już nie mieliśmy wyjścia. Na stronie Mazowieckiego Urzędu Wojewódzkiego widnieje informacja, że na decyzję czeka się mniej więcej miesiąc, a w trudnych przypadkach dwa. My czekaliśmy trzy, i to tylko po to, aby się dowiedzieć, że postępowanie przedłużono o kolejne trzy miesiące. Początkowo pomagała nam rodzina mojego męża - skromnie, ale mieliśmy gdzie żyć. Ja byłam studentką, a on nie mógł podjąć pracy ze względu na brak pozwolenia. Nasze finanse topniały, nie mieliśmy wyjścia i poprosiliśmy o pomoc moich rodziców. Musiałam zostawić studia, żeby pracować niedaleko mojej rodzinnej miejscowości. Rodzice udzielili nam schronienia w postaci małego pokoiku, gdyż sami mieszkają w niepokaźnym domu jednorodzinnym. Czekaliśmy na wiadomości z urzędu wojewódzkiego. Cisza. Kiedy dzwoniliśmy, nikt nic nie wiedział.

Tutaj nadchodzi przełom, zaszłam w ciążę. Sądziliśmy, że chociażby ze względu na dobro dziecka sprawy nabiorą tempa, wysłałam dziesiątki listów z prośbą o jak najszybsze rozpatrzenie wniosku o pobyt czasowy męża. Nadal cisza. Kiedy kontakt telefoniczny nie pomagał, udało mi się uzyskać adres e-mailowy inspektor zajmującej się jego przypadkiem.

Po krótkiej wymianie wiadomości, która i tak odbywała się dość opornie, zarzucono mi, że postępowanie przedłuża się z naszej winy, gdyż nie ma z nami kontaktu. Zmieniliśmy numery telefonów, wysłałam wniosek z prośbą o uwzględnienie zmiany, ale nawet mimo listu poleconego żaden wniosek do biura podawczego nie wpłynął. No cóż... Kiedy pani inspektor dowiedziała się, że pomieszkujemy u moich rodziców, automatycznie skierowała sprawę do Lubelskiego Urzędu Wojewódzkiego, przerzucając ciężar postępowania na nich.

Dokumenty do Lublina szły miesiąc, następnie dwa tygodnie do odpowiedniej delegatury. Znów wyznaczono termin trzech miesięcy oczekiwania na rozpatrzenie sprawy. Nikt nie przejmował się moim stanem zdrowia, choć w listach pisałam, że przez wzgląd na niewiadomą sytuację męża żyjemy w ciągłym stresie. Trafiłam do szpitala z zagrożeniem ciąży, niedługo potem przyszło mi pożegnać się z pracą. Gdyby nie moi rodzice i pokój, który nam udostępniają, skończylibyśmy na ulicy.

Mąż nie może liczyć na żadną pomoc ze strony państwa, nie jest nawet objęty ubezpieczeniem zdrowotnym, nie może podjąć pracy ani się uczyć. Jest, ale jakby go nie ma. Wyłączony z jednej procedury, ale jakby nie w pełni objęty drugą. I gdyby ta sytuacja trwała miesiąc, dwa, trzy - można byłoby to jakoś przeżyć. Ale rok? I to w sytuacji, gdy dziecko zaraz przyjdzie na świat, a my nie mamy gdzie się podziać?

Pieniędzy, które otrzymuję z ZUS, ledwo starcza na sporządzenie wyprawki dla dziecka i na jedzenie, a co dopiero mówić o wynajęciu mieszkania. W urzędzie pomocy społecznej wprost nam powiedziano, że nawet w tak małej mieścinie jak nasza na mieszkanie komunalne się nie doczekamy. Kolejka jest aż tak długa.

Dlaczego żyjemy w państwie, które samo tworzy sobie socjalnych inwalidów? Przecież to nie jest tak, że mąż przyjechał tu żerować na zasiłkach. To biurokracja nie przyznaje mu nie tylko prawa do pracy, ale także legalizacji pobytu. Jak on i jemu podobni mają godnie żyć? Jesteśmy częścią Europy, a w praktyce niewiele różnimy się od tego, co dzieje się w krajach Trzeciego Świata.

Lubelski Urząd Wojewódzki, który sprawą zajął się o wiele lepiej niż Mazowiecki, udzielił nam informacji, że to przez opieszałość innych organów, od których muszą uzyskać pełny obraz mojego męża, nie są w stanie podjąć decyzji. Mąż był karany. I nawet jeśli jest to przeszkoda w uzyskaniu pozwolenia na pobyt czasowy, to na litość boską - dajcie odpowiedź. Negatywną. Jakąkolwiek, żebyśmy wiedzieli, na czym stoimy - czy możemy liczyć na zostanie w Polsce, czy powinniśmy wyjechać. Choć teraz, gdy do rozwiązania ciąży zostało już mniej niż miesiąc, trudno myśleć o wyjeździe. W ogóle trudno myśleć o wyjeździe z własnego kraju tylko dlatego, że choruje na taki, a nie inny system. Że jest obciążony taką, a nie inną polityką imigracyjną. Bo teraz modne są nastroje "anty", więc pozwolenie na pobyt nie jest łatwo uzyskać.

Jest mi przykro, że pozostawiono nas bez żadnej pomocy, bo z czego mamy się utrzymać, gdy zamknięto wszystkie drzwi?

Jest mi przykro, że każdego dnia towarzyszy mi myśl o tym, iż mojego męża, ojca mojego dziecka, mogą deportować.

Jest mi przykro, że muszę rozpatrywać opuszczenie ojczyzny, podczas gdy ani ja, ani nasze dziecko nie mamy odpowiednich dokumentów.

Jest mi przykro, że „lepsza zmiana” dotyka tylko wybranych, że są w naszym kraju równi i równiejsi.

I w końcu, jest mi przykro, że na REALNĄ zmianę się nie zapowiada. Zostaliśmy sami sobie, jedną nogą tu, a drugą w marzeniach o tym, że wszystko jakoś się ułoży. Ja nie proszę o wiele, proszę o prawo do godnego życia, o to, aby nie rozdzielono mojej rodziny.

Tli się w nas iskierka nadziei, ale po tak długim czasie nadzieja staje się balastem.

Z góry dziękuję za czas, jaki poświęciliście na przeczytanie mojej historii.

****

Czekamy na Wasze opinie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.