Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Jestem za prawdziwą edukacją seksualną (nie w żałosnej wydmuszce, którą mamy obecnie w Polsce), jak najszerszym dostępem do antykoncepcji, wliczając w to tabletki "dzień po", czy dostępem do bezpiecznej aborcji farmakologicznej, w sytuacji, w której prawo dopuszcza aborcję. Byłem z Was dumny, gdy okładkowym artykułem "odczarowywaliście" wiedzę (a w zasadzie, jej brak w społeczeństwie czy nawet w medycynie) o łechtaczce. Trudno więc będzie zakwalifikować mnie jako motywowanego religijnie czy ideowo radykała, czy chociażby zbliżonego do organizacji pro-life.

Aborcja farmakologiczna jest w Polsce tematem tabu. "My jesteśmy dla kobiet, które podejmują decyzję. To ich decyzja"

Jednak robienie "bohaterek" artykułu okładkowego z pań, które decydują się na aborcję, ukrywając fakt przed (niedoszłym) ojcem, to zwykłe świństwo (nie obrażając sympatycznych, poniekąd, zwierząt). To nie jest decyzja *tylko* o sobie - i nie kupuję "głodnych kawałków" o związku na "ostatniej prostej" (który nie przeszkadzał uprawiać seksu ze wspomnianym partnerem, bez zabezpieczenia, kilka tygodni wcześniej?) czy innych lekach, które uniemożliwiły działanie antykoncepcji hormonalnej (skutki uboczne dość oczywiste, a antykoncepcja mechaniczna - np. prezerwatywy czy spirala - to co za droga? W porównaniu z tabletakmi za 80 euro? Czy radośnie liczymy: "a może się uda?", bo przecież aborcja to "nic takiego"?).

Właśnie, zdejmowanie nacisku na odpowiedzialne pochodzenie do seksu (w żaden sposób niewyłączające radosnego go uprawiania, niewtłaczające go w żadne ramy tego, co miałoby być "OK", a co nie) oburza mnie w próbie wmawiania sobie - i innym - że aborcja to "pikuś". To po prostu strzał w stopę.

Prawo do decydowania o sobie to jedno, a skrajna nieodpowiedzialność i pochodzenie do aborcji jak do drobiazgu (nie mówiąc o wszechobecnym naruszaniu czy wręcz pogardzie dla praw ojców) to drugie. Ludzie (dowolnej płci), którzy dla własnej wygody traktują płód jak "skrzep", "mięsko mielone" czy "małą mandarynkę", budzą we mnie podobny dystans - żeby nie powiedzieć - odrazę, jak fanatycy, którzy bajdurzą o człowieczeństwie komórki jajowej w momencie zapłodnienia. Różnica, za przeproszeniem, jak między stalinizmem a hitleryzmem.

Dopóki obie strony sporu będą ignorować zdrowy rozsądek i fakty naukowe, zatykając uszy i mówiąc: "Lalala, nie słyszę", w niewygodnych momentach - dopóki nie ma szans na *prawdziwy* kompromis aborcyjny. Siebie warci "zaślepieńcy".

Tylko że to jest ideologia, a nie wiedza naukowa. Wedle wiedzy naukowej w momencie zapłodnienia (i sporo po) dzieląca się komórka to "zlep komórek”, ale dwumiesięczny (9 tygodni) czy trzymiesięczny (12 tygodni) płód już nie, jest zdecydowanie czymś więcej.

To jest właśnie ten obszar, w którym zwolennicy hasła "aborcja to moje hobby" zatykają uszy na wiedzę naukową z równym zapałem jak fanatycy od "człowiek od momentu poczęcia".

Bo w końcu po co zachwiać swoimi przekonaniami przez zdobycie WIEDZY (douczenie się), skoro starczy "nam" ideologia? I to dotyczy obu stron konfliktu, w równym stopniu.

***

Co sądzicie? Napiszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.