Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Mam dość rzadką chorobę - niedobory odporności. A konkretnie niedobór składowej dopełniacza. Mój organizm nie broni się przed zakażeniami tak jak u normalnych ludzi z pełną odpornością. Zatem kiedy idę do pracy, a tam koleżanka z pracy kicha i rozsiewa wokół wirusy i bakterie, istnieje olbrzymie ryzyko, że się zarażę.

Nie żyjemy przecież w średniowieczu i wiemy, że najczęściej do zakażeń wirusami dochodzi drogą kropelkową. Dlaczego więc ludzie ignorują ten fakt i przychodzą do pracy chorzy?

To, że mnie zarażą, to jeden problem, gorsze jest to, że z wysoką gorączką nie wybiorę się do pracy, więc wskutek zwolnienia chorobowego nie mam szans na utrzymanie pracy, umowa nie zostaje przedłużona. Bo choruję. Jakie więc mam szanse na rynku pracy, skoro moi nowi pracodawcy widzą świadectwa z poprzedniego zatrudnienia i okresy, w których chorowałam?

 Od roku walczę o przyznanie orzeczenia o niepełnosprawności ze względu na niedobory odporności, obecnie sprawa toczy się w sądzie. Powiatowe orzecznictwo odrzuciło mój wniosek, wojewódzkie też. W pierwszej z tych instancji pani doktor spojrzała na kartę z wnioskiem, odczytała nazwę mojej choroby i spoglądając mi prosto w oczy, zapytała: „To na co pani tak właściwie choruje?".

 Dzisiaj, walcząc z potężną gorączką i zakażeniem wskutek tego, że w zeszłym tygodniu osoba w pracy tuż koło mnie kaszlała i rozsiała wirusa, zadałabym jej pytanie: Czy wiesz, co to jest odpowiedzialność? Czy zdajesz sobie sprawę, że powikłania po grypie mogą mnie zabić? A może chcesz być mordercą?

****

Co sądzicie? Piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.