Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W ostatnią niedzielę 10 grudnia 2017 r. byliśmy z córką na koncercie dziecięcym w Filharmonii Narodowej "Za rogatką grand zabawa". Koncert jak zawsze muzycznie ciekawy - zarówno dla młodzieży, jak i dla starszych widzów.

Zastanowiła nas jednak kwestia "polityczna" tego koncertu - mianowicie ciągłe podkreślanie "polskości" Wilna i Lwowa. Koncert miał opowiadać o przedwojennych miejskich piosenkach i melodiach polskich. To oczywiste, że w granicach ówczesnej Polski znajdowały się i Wilno, i Lwów, jednak wielu uczestników, z którymi rozmawialiśmy, było zadziwionych proporcjami "przyznanymi" ówczesnym polskim miastom.

Dłuższa pierwsza część koncertu w całości była poświęcona Lwowowi i Wilnu, a druga (zdecydowanie krótsza) - Warszawie. Prowadząca z dużym wdziękiem i sentymentem wielokrotnie podkreślała, że Wilno i Lwów należały do Polski, a Lwów był nawet drugim największym miastem kraju. Samo prowadzenie było ciekawe i sugestywne, szczególnie dla młodego widza, także co do formy nie mamy wątpliwości i podchodzimy z dużą aprobatą. Jednak treść była według nas mocno naginająca ramy "politycznej przyzwoitości".

W obecnych czasach - i napiętych stosunkach z Ukrainą, a także odwiecznym zatargiem z Litwą o "roszczeniowość" w stosunku do Wilna - wydaje się niestosowne nieustanne podkreślanie polskości owych miast. Można by przecież grać/śpiewać tę samą muzykę, wspominając, że kiedyś granice Polski przebiegały inaczej.

Ale epatować młode umysły niegdysiejszą imaginowaną "wielkością" i przynależnością miast Litwy i Ukrainy do Polski - czy nie za dużo? Czy chcemy wpisywać się w nurt kształtowania Nowego Młodego Polaka nawet muzyką?

Dlaczego nie było w ogóle muzyki z innych polskich - wtedy i dziś - miast, jak np. Kraków, Lublin, Białystok? Dlaczego nie było wspomnienia o ogromnej populacji przedwojennych polskich miast, a dziś już nieistniejącej - i jakże bogatej - muzyki żydowskiej?

Czy Polscy obywatele i władze przyjęliby z satysfakcją koncert dla dzieci w Filharmonii Berlińskiej opowiadający z silnym sentymentem o przedwojennym niemieckim Breslau, jego muzyce i niemieckich mieszkańcach?

Są to pytania retoryczne, oczywiście, ale być może warto się zastanowić nad tym, jak chcemy wychować nasze dzieci. Na otwartych, szanujących innych wrażliwych ludzi czy na równie wrażliwych, ale roszczeniowych i żyjących historycznymi zadrami Prawych Polaków...


***

Czekamy na Wasze opinie: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.