Józefowi Lewartowskiemu jest wszystko jedno, tak samo jest wszystko jedno Markowi Edelmanowi, czy będzie ulica jego imienia. Obaj nie żyją. Nam, mojej siostrze Ani i mnie, nie jest wszystko jedno, choć nikt nas nie pyta o zdanie. Ale nie wolno handlować dla gry politycznej bojownikami ruchu oporu. To oportunizm nie do przyjęcia.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

„To mnie tak rozjuszyło, aż sen straciłam i napisałam brulion Waszego listu. Uważam, że absolutnie nie można tego puścić płazem. Trzeba wysłać równocześnie do GW i - moim zdaniem - do Haaretz oraz Monde’u i NYT. I jeszcze do Humanité, i w ogóle świat postawić na równe nogi”. To mail do mnie i mojej siostry. Musi to być coś poważnego, bo przychodzi o 4 rano.

Sprawdzam, o co chodzi. O dekomunizację ulic w Polsce. Edelman ma zastąpić Lewartowskiego.

Nie interesują mnie przepychanki polityków

Mieszkam od ponad ćwierć wieku w Paryżu. Od 30 lat bardziej interesuje mnie to, czy uda się znaleźć lek na mukowiscydozę lub zespół nerczycowy, niż przepychanki polskich czy francuskich polityków (chyba że jest niebezpieczeństwo faszyzmu, tak jak wydawało nam się w czasie wyborów prezydenckich we Francji w tym roku. Wtedy się angażuję – moją odpowiedzią na zagrożenie Marine Le Pen był film o roli teatru zaangażowanego).

Od przyjazdu do Francji wielokrotnie przychodziły alarmujące wieści z Polski. Trzeba było interweniować. Sprawy prywatne mieszały się ze sprawami ogólnymi: ogłoszenie stanu wojennego w 1981 r., zatrzymanie ojca i zamknięcie go w więzieniu w Łęczycy, próba ratowania umierającego w Łodzi przyjaciela i codzienne konsultacje między szpitalami w Łodzi i w Paryżu.

Albo wiele lat później, organizacja operacji w szpitalu w Créteil ciężko chorego Jacka Kuronia lub prośba ojca o interwencje André Gluksmanna, nieżyjącego już filozofa, w "Le Monde", już nie pamiętam w jakiej sprawie, czy też ratowanie lekarki z Kosowa zamkniętej w serbskim więzieniu…

Tak było za czasów komunizmu. Dziś Polska jest demokracją, częścią Unii Europejskiej, podpisała umowy, których ma przestrzegać. Nie śledzimy wszystkich działań rządu polskiego, choć ostatnio jest się o co martwić. Wiemy, że dziś w Polsce łamana jest konstytucja, że ogranicza się sprawiedliwość, że nie stosuje się do dyrektyw europejskich w sprawie uchodźców lub ochrony Puszczy Białowieskiej. Widzimy, jak Polska izoluje się od Europy, generując, co najgorsze – nietolerancję i nacjonalizm. Ale nie wtrącamy się.

Rozważania wokół Lewartowskiego, Fondamińskiego i innych

A teraz nagle dotyka nas sprawa dekomunizacji nazw ulic. Trwa od dawna. Przyjaciele mówią, że jest sprawą drugorzędną, znacznie mniej istotną niż codzienne łamanie konstytucji przez polski rząd. Tym razem proszą nas jednak, żebyśmy się odezwali, bo jedna z ulic warszawskich ma zmienić nazwę z Lewartowskiego na Edelmana, że jest to symbol. I proszą o to ci, których szanujemy, i którym inny polski rząd, rząd komunistyczny, niejednokrotnie złamał życie, zmuszając ich do emigracji.

Nie pamiętamy dobrze, kto to jest Lewartowski (w Łodzi była fabryka jego imienia). Czytam, że komunista, że przyczynił się na początku lat 20. XX wieku do rozłamu partii socjalistycznej i Bundu. Zginął w czasie wielkiej akcji w getcie warszawskim - przedtem zakładał w getcie blok antyfaszystowski razem z Antkiem Cukiermanem, przyjacielem ojca. Rozumiem, że wyrok śmierci wydali na niego komuniści, jego koledzy: kazali mu iść do getta organizować ten blok.

On nie chciał, wiedział, że idzie na śmierć. Ale poszedł, bo mu kazali. Wyrok śmierci wykonali hitlerowcy; nie wiadomo, czy wywieźli go do Treblinki razem z innymi, czy zastrzelił go gestapowiec, wyprowadzając z szop Landaua. Od dawna jest ulica jego imienia w Warszawie.

W getcie warszawskim wszyscy byli skazani na śmierć

Jemu jest wszystko jedno, tak samo jest wszystko jedno Markowi Edelmanowi, czy będzie ulica jego imienia. Obaj nie żyją. Nam, mojej siostrze Ani i mnie, nie jest wszystko jedno, choć nikt nas nie pyta o zdanie. Nie wolno handlować dla gry politycznej bojownikami ruchu oporu. To oportunizm nie do przyjęcia.

Lewartowski i Edelman - obaj walczyli z hitleryzmem, mimo że ich drogi polityczne były radykalnie różne. Ciekawe, że nikt nie interweniuje w sprawie następcy Lewartowskiego - Edwarda Fondamińskiego, który zginął śmiercią samobójczą na Miłej 18, razem z Anielewiczem i innymi bojownikami powstania w getcie warszawskim. Polska Masada. Ulicę Fondamińskiego chcą zmienić na Leona Rodala z Żydowskiego Związku Wojskowego (ŻZW). Ciekawe, kto im o Rodalu powiedział. Myślę, że ten, któremu zależy na przekazywaniu półprawdy. Bo cała historia na temat ŻZW to są półprawdy.

Wiedzą o tym uczciwi historycy, ale nic się nie odzywają. Wiem o tym ja - postświadek. Rodal zamiast Fondamińskiego to pewnie po to, żeby przypodobać się Żydom.

Te polityczne przepychanki przy patronach ulic są niegodne, poniżające dla wojewody, który to zarządził, miasta Warszawy, dla Polaków. Władza zapomniała albo nie wie, że w getcie warszawskim nie miało znaczenia, czy syjonista, czy bundowiec, czy komunista. Wszyscy byli skazani na śmierć.

Co zrobiłby Marek Edelman? Co to za pytanie?

Najlepszymi przyjaciółmi Marka Edelmana byli syjoniści Antek Cukierman i Celina Lubetkin, z którymi politycznie różniło go wszystko.

Nie wiem, czy jest sens odezwać się w sprawie ulicy Lewartowskiego. Czemu ma służyć mój głos dla sprawującego władzę PiS-u, który nie słucha nikogo poza kościołem ojca Rydzyka?

Już nie tylko nocny mail, ale różne stowarzyszenia żydowskie przygotowują list do "Gazety Wyborczej" z protestem. Ważny dziennikarz prosi moją siostrę, kiedy przyjeżdża do Łodzi na przyznanie nagrody imienia matki: musicie coś napisać.

Przysyła mi artykuł mój przyjaciel z abstrakcyjnym pytaniem: ciekawe, co by zrobił Marek Edelman? Nie wiem. Komuniści i pisowcy. Wart Pac pałaca i pałac Paca.

I co zrobić? Niekoniecznie zgadzam się z wszystkimi opiniami, które do nas docierają. Jedni wrzeszczą, że się nie odzywamy dość szybko, inni sugerują ostrożność, jeszcze inni próbują grzecznie przekonać. Nie ma to żadnego znaczenia.

Decyzję podejmuję sam.

Na czym polega "obowiązek pamięci"

Nikt nas nie pytał, czy wyrażamy zgodę, żeby jakakolwiek ulica nosiła imię Edelmana, a teraz mamy protestować, mówić, że nie chcemy. Uważamy, że nie wolno używać imion bojowników ruchu oporu do płytkiej gry politycznej władzy, której jedynym celem jest zniszczyć pamięć tych, którzy jej nie odpowiadają. Sama taka propozycja dyskwalifikuje tę władzę. Pokazuje jej miernotę, jej brak wizji na miarę Piłsudskiego czy de Gaulle’a, którzy potrafili rozróżnić decyzję polityczną od zemsty.

Pokazuje, że Hitler i komuniści wygrali, pomimo że Hitler przegrał wojnę, a Polska po latach uwolniła się z sowieckiej okupacji - wymordowali oni polską inteligencję. To odbija się do dziś na polskim społeczeństwie.

Zgadzamy się z francuskim filozofem Alainem Finkielkrautem, który ostatnio powiedział „Les morts ne sont pas à disposition. Le devoir de mémoire dont on parle tant, consiste à veiller sur l’indisponibilité des morts” (Umarli nie są do dyspozycji. Obowiązek pamięci, o którym tak dużo mówimy, polega na czuwaniu nad niedostępnością umarłych). Są to dwa proste zdania, które każdy powinien zrozumieć.

Jeżeli chcecie uczcić pamięć Marka Edelmana, postępujcie tak jak Was uczył, nie jest to takie dalekie od nauk Jana Pawła II. Nie poprzez nadawanie ulicom jego nazwiska.

Aleksander Edelman
Paryż, 5 grudnia 2017 r.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Zgadzam się z Panem Aleksandrem.
    już oceniałe(a)ś
    33
    0
    Ale czego sie spodziewac po mentalnych bolszewikach?
    już oceniałe(a)ś
    28
    0
    Czy rodzina może skutecznie zaprotestować przeciwko nadaniu czyjegoś imienia ulicy, szkole, organizacji? Obawiam się, że nie. Samą mnie to spotkało, prapradziadek dostał ulicę od miasta, bo zgadzało się nazwisko, zauważyliśmy przypadkiem.
    już oceniałe(a)ś
    10
    0