Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

To znany i częsty scenariusz w filmach. Główny bohater gra w grę, w której zachęcany jest najpierw do wykonania małych zdań, wydawałoby się, dość niewinnych. W trakcie gry stawka rośnie, a wraz z nią ulatnia się niewinność zadań. Wycofać też jest coraz trudniej, po tym, co się do tej chwili zrobiło. Na koniec pojawiają się zadania, które mają zadecydować o życiu lub śmierci.

Na filmie bohater odnajduje w sobie moralny imperatyw i odwagę, by się przeciwstawić. Czy możemy oczekiwać tego samego od polityków?

Skarga nadzwyczajna

Wydawać by się mogło, że system osobistej kontroli nad sędziami powinien politykom wystarczyć do osiągnięcia swoich celów. Najnowszy pomysł ośrodka władzy wskazuje, że to jeszcze za mało. Niesforny sędzia może przecież wydać wyrok niezgodnie z wrażliwością społeczną władzy, w dodatku w sprawie dla władzy ważnej. Może poświęcić swoje dobre imię i pozycję, by wydać wyrok zgodnie z własnym sumieniem, ale niezgodnie z oczekiwaniami. Potrzebna jest instancja do korekcji takich przypadków.

Komentatorzy krytykują, że spowoduje to brak pewności prawnej. Punkt widzenia w tym wypadku może mocno zależeć od punktu siedzenia. Ci jednak, których punkt siedzenia nakazuje wierzyć w pewność prawną, w końcu sobie uświadomią następujący fakt. Otóż - to, co wyjdzie z tej puszki Pandory, nie da się potem, na życzenie, z powrotem do tej puszki zagonić.

I skoro aktualna władza może uchwalić utworzenie nowego ciała korygującego dotychczasowe wyroki, to również nowa władza będzie mogła postąpić w podobny sposób, dokonując przy tym odpowiedniego „rozliczenia”.

O co toczy się gra?

W momencie przejęcia przez polityków u władzy kontroli nad sądami stawka w wyborach ulega podwyższeniu. To już nie tylko władza i pieniądze. To również własne życie z potencjalnie niezbyt przyjemną perspektywą „rozliczenia” w przypadku utraty władzy.

Taka dodatkowa motywacja dla polityków niewątpliwie pomoże w moralnych wyborach przy sprawowaniu władzy i walce o jej utrzymanie. To taki samonapędzający się układ, w którym granice ,co można, przesuwają się razem z determinacją do walki o władzę. W końcu będzie: my albo oni. A może już tak jest?

Jeżeli politycy obozu władzy przejmą kontrolę nad sądami, nie będzie już żadnego mechanizmu kontroli ich działań. Władza będzie miała szeroki wpływ na organizację wyborów i orzeczenie o ich ważności. A zanim do wyborów dojdzie, będzie miała możliwość wykluczenia osób niegodnych kandydowania (np. poprzez prawomocny wyrok sądu).

Chciałbym wierzyć, że nasi politycy to osoby o nieskazitelnych charakterach, którzy oprą się pokusie niegodnego wykorzystania dostępnych narzędzi w celu utrzymania się przy władzy - pomimo utraty poparcia wyborców.

Kiedyś ta utrata poparcia nastąpi, jeśli nie w najbliższych wyborach, to w jakichś kolejnych. Niestety, dotychczasowe życiorysy i obserwacja zachowania polityków u władzy nie dają specjalnej nadziei. Gdy stawka jeszcze pójdzie w górę i już to tylko od polityków będzie zależało, co będzie dalej, raczej nie oczekiwałbym, że postąpią moralnie (jak np. bohaterowie wspomnianych filmów).

Polska to nie Wenezuela, Turcja czy Rosja?

W natłoku codziennych spraw i własnych problemów łatwo przejść do porządku dziennego z tym, co się teraz dzieje. Tym bardziej, jak jest co do garnka włożyć, a wojna i zamieszki zdają się pojawiać jedynie w odległych zakątkach świata. Warto sobie postawić wtedy pytanie: co zrobi obdarowana kontrolą nad sądami władza, gdy w końcu ludzie będą chcieli ją obalić. Przecież jest to tylko kwestią czasu. Nawet w przypadku najlepszej władzy ludzie w końcu będą chcieli zmiany.

Wojna, czy to zewnętrzna, czy domowa, nie zaczyna się od wystrzału z karabinu, lecz od planu podboju. Ale gdy plany są jeszcze tylko planami, o wiele łatwiej je powstrzymać, niż gdy planujący otrzymają gotowe do wykorzystania narzędzia i przystąpią już do realizacji.

Jeżeli dziś wydaje się to trudne, to jutro będzie to jeszcze trudniejsze. Dlatego lepiej nie czekać na jutro, tylko podjąć działania jeszcze dziś.

Jeżeli wbrew protestom ludzi władza przejmie kontrolę nad sądami, to przelew krwi z tego powodu, moim zdaniem, będzie nieunikniony. Pytaniami otwartymi pozostaną tylko, kiedy to nastąpi, czyja to będzie krew i w jakich okolicznościach zostanie przelana – w zamieszkach na ulicach czy bardziej „pokojowo”, w więzieniach.

Jeżeli w tym momencie protesty nie zatrzymają władzy, to co będzie mogło ją zatrzymać w przyszłości, szczególnie jak poczuje się zagrożona?

Krew na rękach będą mieli nie tylko ci, którzy w momencie otwartego konfliktu wydadzą lub wykonają odpowiednie dyspozycje. Krew na rękach będą mieli również ci, co swoim działaniem lub zwykłą biernością przyczynią się do powstania takiego systemu. Znamy odpowiednie przykłady z historii.

Znamy przykłady z czasów współczesnych. Przed własnym sumieniem nie będzie skutecznej obrony, że nie myślałem/myślałam, iż do tego dojdzie. Nawet jeżeli samemu nie będzie się ofiarą systemu, przed własnym sumieniem nie będzie skutecznego wytłumaczenia. Warto się nad tym zastanowić w najbliższych dniach, tygodniach, miesiącach.

***

Poczuwacie się do tej odpowiedzialności? Piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.