Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Kazimierz ostatnimi czasy odwiedzał komendę prawie codziennie. Przychodził na piechotę. Trzydzieści kilometrów w jedną stronę. Przygarbiony, w znoszonym drelichu, grubo po osiemdziesiątce, ale jeszcze dziarski. Zawsze tak do miasta chodził, od dziecka. Teraz miał ważny powód, chciał odebrać wnukowi swoją ojcowiznę. Gospodarkę podarował temu gnojowi piętnaście lat temu, pięć hektarów, cały sprzęt i inwentarz. Sobie zostawił tylko chałupę i podwórko na dożywotkę. Józek był wtedy dobrym chłopakiem, robotny i zaradny. Pomagał dziadkowi od dziecka. Wtedy mu się należało. Jednak po kilku latach Józkowi rozpadło się małżeństwo, zaczął popijać coraz bardziej. Najgorsze jest to, że zaniedbuje pole. Inwentarz już dawno sprzedał. Dziadkowe maszyny stoją na deszczu za stodołą.

Od kiedy Kazimierz podał do sądu o unieważnienie darowizny, wnuk przestał do niego przychodzić. Teraz nawet nie rozmawiają. Sprawy wlokły się ze cztery lata. Kazimierz przegrał we wszystkich instancjach. Wydał swoje ostatnie oszczędności na adwokatów. Pisał wszędzie, do wójta, do wojewody, do Sądu Najwyższego, do prokuratora generalnego, do Komendy wojewódzkiej Policji, do Komendy Głównej Policji. Teraz już pisze skargi na policjantów, prokuratorów, a nawet sędziów. Wszędzie... grochem o ścianę.

Nikt nie rozumie krzywdy Kazimierza, jak na stare lata musi patrzeć na to zmarnowanie. Jego ojcowizna, jego ciężka praca, dorobek całego życia na zatracenie. Nienawidzi tego gnoja. Nie pozwolił mu wchodzić do stodoły, założył kłódkę - Kazimierz pisze skargę do prokuratury. Coś tam wykrzykiwał za płotem po pijanemu, skarga na policję. Ma już cały plik odpowiedzi, odmów wszczęcia dochodzenia, umorzeń, wyroków. Nie podda się nigdy.

Dzisiaj pokazuje mi ostatnie pismo z sądu okręgowego. Znowu jest niezadowolony. Panie, pyta, czy znajdzie się jakiś sąd na ten sąd!

Gdyby Kazimierz jeszcze żył, to pewnie poszedłby też do Warszawy, jak Dudapomoc ogłosili.

Każdy dzielnicowy miał takiego Kazimierza czy Kazimierę. Ludzie w swoim przekonaniu ciężko skrzywdzeni i nierozumiejący reguł rządzących prawem. A to, przekazali darowiznę i później chcieli ją odwołać z różnych powodów, ale nie takich, które przewiduje kodeks cywilny, a to dokonali kupna kawałka pola bez zachowania formy aktu notarialnego i wiele innych spraw, których już w żadnym sądzie wygrać się nie da.

Ludzie ci nigdy nie zrozumieją, że trzeba czasem odpuścić. Nie liczą kosztów, które czasami są wyższe niż wartość sporu. Nie brakuje też zwykłych pieniaczy. Zdarzają się też osoby chore psychicznie. Pamiętam jedną starszą panią, kilkadziesiąt razy zgłaszała kradzież tej samej maszyny do szycia. Wyjaśniała przy tym, że złodzieje wchodzą do jej domu przez pęknięcie w ścianie. Rzeczywiście w pokoju była taka rysa.

Przypomniałem sobie o tym, oglądając w telewizji informacje z frontu walki na najwyższym szczeblu władzy o sprawiedliwe sądownictwo. Mówię głośno do żony, bo była w drugim pokoju. „Premier spotyka się z jakąś grupą pokrzywdzonych przez sądy”. „Gdzie się spotyka”, pyta żona. „Nie wiem”. Żona na to: „Pewnie w więzieniu, tam najłatwiej zorganizować takie spotkanie”.

***

Czekamy na Wasze opinie: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.