Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Urodziłem się we wrześniu 1976. Mam żonę i dwójkę dzieci. Mieszkam w dużym mieście, tym samym co Wałęsa. Pracuję od 16 lat w banku. Pomijając pomniejsze problemy i codzienne drobne frustracje, jestem szczęśliwym człowiekiem, prowadzącym normalne życie. Jak idę do Lidla, to się cieszę, że pomidory są świeże, a bułki chrupiące, nie wizualizują mi się na posadzce miliony wykradane Polakom przez niemieckich okupantów. Jak ktoś zostaje dyrektorem zagranicznej fabryki, to myślę, że ma dobre wykształcenie i był ambitny w pozytywnym znaczeniu tego słowa, a nie że się sprzedał albo ma znajomych.

Jak prywatny przedsiębiorca kupi sobie samochód za 150 tys., bo rozwinął działalność gospodarczą w zakład zatrudniający 100 osób, to zakładam, że jest zdolny i przedsiębiorczy, a nie, że ukradł. Pewnie czasami nie ma w tym racji, ale więcej się dzięki temu uśmiecham, a mniej mnie spala zazdrość.

Jak dodam, że jestem niewierzący, to wyjdzie obraz typowego przedstawiciela elity odrywanej od koryta i obrońcy postkomuny. Złodziej i wróg Polski. Trudno. Jestem, jaki jestem, każdy podlega ocenom.

 ***

Wiem, że życie to nie książki, a młodzieńcze ideały i wyobrażenia często spektakularnie zderzają się z realną rzeczywistością. Ale i tak mi smutno, i tak jestem zły. I nie chodzi wcale o politykę. Mimo że „druga strona” (piszę celowo w cudzysłowie, bo nie czuję się w jakiejś życiowej kontrze, bo nie rozumiem, dlaczego inne poglądy na dany temat muszę dzielić na pół i kopać głęboki rów pośrodku) powie, że bronię przywilejów opozycji, konfitur i mam w tym na pewno jakiś interes, to ja upieram się, że chodzi o wartości. O to, jak i gdzie żyjemy.

Ramy, podstawowe, nieusuwalne granice, które pozwalały mi wierzyć, że żyję w zorganizowanym państwie, w kraju, w którym obowiązują pewne, ogólnie przyjęte normy, do których się odnosimy. Które uznajemy za słuszne i wartościowe. Z którymi nie dyskutujemy, bo gwarantują nam bezpieczeństwo, przewidywalność i poczucie komfortu. Przepisy z tych norm wynikające są efektem merytorycznej pracy ludzi do tego wybranych, wspartych przez ekspertów i autorytety. Wspartych przez ludzi, którzy po prostu się znają na materii i wiedzą, co np. wpływa na inflację, jak cyfryzować nasze życie codzienne albo co ma plaga korników do pradawnej puszczy.

Tymczasem, gdy oglądam obrady Sejmu albo komisji - nomen omen - sprawiedliwości i praw człowieka, widzę coś, co przypomina jarmarczny konkurs o tytuł najfajniejszego zgrywusa we wsi.

Mamy fortele, my ich tak, a oni nas tak. Mamy szeroką gamę popisów oratorskich, przeważnie utrzymanych na poziomie żartów z wiejskiego wesela, i to tych wykrzykiwanych już nad ranem. Mamy wykwintne formy wyzywania przeciwników próbujące się utrzymać w konwencji: nie przeklinam, choć z wyzwisk, które pozostały do użycia, bez potrzeby wypipania w przekazie telewizyjnym pozostała chyba już tylko „tępa dzida” i „bękart”. Reszta była. Posłowie się przepychają i śpiewają. Cyrk. Taki cyrk nawet prezydent Biedroń by przyjął do Słupska, bo jest wszystko oprócz zwierząt. Tylko biletów się na to nie da wcisnąć nawet przy kasie w Biedronce.

 ***

To jest Sejm? My naprawdę musimy płacić za 460 cyrkowców? Skoro wszystko sprowadza się do matematyki, to przecież ich wystarczy 20. Oni tylko naciskają guzik. Nie czytają tego, nad czym głosują, o niczym merytorycznym nie rozmawiają, nie spierają się o zapisy i konstrukcję logiczną zapisów, nie słuchają opinii, nie proszą o ekspertyzy. Nie wiedzą, kto się pod czym podpisał. Gdzie jest jakakolwiek zaduma, refleksja? Zastępują ją banały i nośne, kompletnie puste hasła o elitach III RP, o obrońcach postkomunizmu, braku samooczyszczenia, frustracji opozycji totalnej, komunistach, oddawaniu sądów suwerenowi. To są merytoryczne uzasadnienia reformy Sądu Najwyższego?!

Posłanki i Posłowie! Wy macie tam pracować! A nie pozować do kamer, prześcigać się w okrzykach i w poniżaniu oponenta! Procedura trzech czytań nie oznacza klepnięcia jeszcze raz czegoś, co klepnęliśmy wcześniej, ale cel odsyłania aktów do komisji nie polega na tym, że można coś krzyknąć, siedząc na krześle, bez podchodzenia na mównicę, do czego zmusza sala plenarna. Gdzie jest, się pytam, spór o treść i jej znaczenie? Gdzie jakaś kłótnia o brzmienie paragrafu? Jakaś analiza wpływu, zależności, konsekwencji? Nawet jak jesz ostrą papryczkę, to myślisz o potencjalnie bolesnych konsekwencjach! A Wy, do diabła, piszecie ustawy o ustroju państwa!

Na czym ona polega, ta Wasza reforma? Co się zmieni? Na czym polega oddanie tego strasznego SN narodowi? Co się poprawi? Działacie szybko i sprawnie, bo obiecaliście to w kampanii? Wy nie startujecie w Diamentowej Lidze w biegu na 400 m. Nikt Wam czasu nie liczy! Trzy czytania w dwa dni? Macie rację, to szybko. Tylko czemu? Czy Wy gonicie dopingowiczów? Sędzia Gersdorf wypłucze z siebie ten przesiąkający ją komunizm do soboty? Przecież Wy jesteście pewni, że to komunistka, więc we wrześniu też nią będzie i ją przykładnie, „zasłużenie” wywalicie. W czym problem?

 ***

Wartości to też autorytety. Jak ustaliłem sam ze sobą w pierwszym akapicie, jestem odrywanym od koryta postkomunistą. Tylko jakbym nie zebrał aż tyle niezbitych faktów dowodzących tej tezy i chciałbym jednak zasięgnąć opinii eksperta, aby to zweryfikować, to kogo bym zapytał?

Córkę kolegi, która zbiera ciągle figurki z LEGO Friends? Czy może Maćka Karnowskiego, który komunistę wyczuje po migotaniu na ekranie czcionki Time New Roman w przesłanym do niego e-mailu? Pewnie, że do Pana Redaktora, bo on się na tym zna. Ma w tej dziedzinie niekwestionowany autorytet.

I dokładnie tak samo jest ze stanowieniem prawa. Pyta się ekspertów. Niezależnie od poglądów politycznych, religijnych czy zapatrywania na kwestię uchodźców - na niektórych rzeczach niektórzy się znają, a inni nie!

Małysz zna się lepiej na lądowaniu telemarkiem niż minister Jurgiel, pani Kempa mówi szybciej niż pan Michnik, a profesor Safjan zna się na prawie lepiej niż poseł Piotrowicz.

Jak chcę zrobić telemark do pozowanego zdjęcia, słucham Małysza, jak chcę, żeby mi przerwano wypowiedź, zanim wezmę oddech, umawiam się na rozmowę z Kempą, jak chcę opinii o ustawie na temat SN - pytam Safjana. Z tym się nie dyskutuje, bo to nie ma sensu. Tak jest. Wierzy się ekspertom, a nie mądralom.

 ***

A u nas wygląda to tak:

Po ulicy biega pies. Wygląda jak pies, pachnie jak pies, szczeka, macha ogonem, aportuje, obgryza kości, ślini się, jak sika, podnosi łapę. Na oko pies, ale się upewnijmy.

Przychodzi hodowca: Tak to pies. Labrador retriever. Charakteryzuje się grubą skórą oraz sztywną, nieprzemakalną sierścią, ale uważajcie na niego, ma szczególnie wrażliwe struktury stawowe, dobrze by było go zbadać, ale jestem pewien - to pies.

Przychodzi weterynarz. Tak to pies. Labrador, ale stary. Ma dyskopatię, to nie do końca typowe, bo to choroba psów z długim kręgosłupem, wiecie, np. jamników, ale ten tutaj ewidentnie utyka. Widzicie, to objaw dyskopatii, ale wczesne stadium, może da się go z tego wyprowadzić. Ale jestem pewny. To pies.

Przychodzi poseł PiS: R2D2. To R2D2, taki jak ten z Gwiezdnych Wojen. Ale dziwny jakiś, chyba zepsuty. To jest moja opinia.

No proszę Was! Bez jaj! Naprawdę Wy wszyscy w liczbie 235 widzicie w psie R2D2?! (Przepraszam. Jeden nie widział. Ten, który nie chciał podatku paliwowego. Szacun dla Ciebie, Chłopie).

 ***

Wylałem żale, przeczyta garstka, ale i tak trochę pomogło.

Kuba lat 10. Syn. Babcia go chciała zabrać nad jeziorem na lody, ale młody zapatrzony w telewizor powiedział: "Babcia, nie teraz, bo chcę obejrzeć debatę". Trochę śmieszne, a trochę fajne. Wie, że dzieje się coś ważnego.

Życzę Wam, dzieci moje najdroższe, żebyście kiedyś jeszcze obejrzały prawdziwą, merytoryczną DEBATĘ w polskim parlamencie. Teraz nie rozumiecie, ale to tak naprawdę byłoby rajcujące, a nie ten cyrk bez akrobatów, którym się wydaje, że mają prawo do tego, co robią.

***

Czekamy na Wasze opinie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.