Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Maciejowi Stuhrowi z podziękowaniem za odwagę...

Doganianie zamożnej Europy nigdy nie było łatwe. Nawet jeśli kolejne rządy „goniły” zbyt wolno – ślamazarnie, a czasem wręcz bojaźliwie i nieudolnie – to zmiany było widać: w sklepach, na drogach, w poprawiającej się infrastrukturze gminnej i powiatowej, a także we wzrastającym dobrobycie obywateli (mierzonym za pomocą optymistycznych statystyk, świadczących o rosnącej zamożności gospodarstw domowych).

Strategia powolnego dobijania do najlepszych okazała się jednak frustrująca dla tych, którzy zostali w tyle. Dobrobyt nie przybliżał się do nich w takim tempie, w jakim by sobie tego życzyli. Zniecierpliwienie, w połączeniu z brakiem edukacji ekonomicznej i narodową skłonnością do narzekania, stało się znakomitą pożywką dla idei populistycznych, intelektualnie miałkich, a nawet szalonych. To one też okazały się siłą napędową największego wyborczego kłamstwa, z jakim mieliśmy do czynienia w wolnej Polsce: oto mieszkańcy kraju, który się systematycznie bogacił i poprawiał swoją pozycję polityczną, dali sobie wmówić, że „Polska jest w ruinie”, że gospodarka się wali, że tracimy suwerenność i stanowimy kondominium Niemiec (w łagodniejszej wersji Unii Europejskiej).

„Świat na opak” – czyli Polska według PiS-u

Z perspektywy półtorarocznych rządów PiS-u widać wyraźnie, że kłamstwo wyborcze było częścią przemyślanej strategii. Opierała się ona na dobrze znanej konstrukcji świata na opak – świata a rebours – który opisał niegdyś Michał Bachtin w niezapomnianym studium o Dostojewskim. W karnawałowym „świecie na opak” to król jest żebrakiem, a żebrak królem, złodziej sędzią, a nauczyciel rajfurem, safanduła ministrem, a bohater opluwanym zdrajcą. Z figury „świata na opak” (nie licząc twórców literatury) korzystają zazwyczaj dyktatorzy. To oni mówią, że „białe nie jest białe, a czarne nie jest czarne” (i dodają, iż nikt ich nie przekona, że jest inaczej).

„Świat na opak” w wydaniu pisowskim przybrał postać podręcznikową. Doprowadził do wyeliminowania specjalistów, ośmieszenia elit i zniszczenia autorytetów, do zakwestionowania porządku prawnego i kompromisów społecznych. Pisowski „świat na opak” koronował chama, który otoczył się dworem odtrąconych, zmarginalizowanych i niedocenionych drugoligowców. Elitą narodu uczynił sfrustrowanych, przeciętnych i nieudolnych, którym się nie udało osiągnąć tego, co pragnęli. To oni stali się mitycznym suwerenem, odgrodzonym od protestującej „swołoczy” i „bydła” (jak powiedziała ostatnio o protestujących – w rządowej telewizji – pewna posłanka) kordonem policji i wojska.

Pomysł wyciągnięcia ręki do słabszych wydaje się z gruntu szlachetny, tyle tylko, że czynienie z nich intelektualnej elity państwa grozi zapaścią. Jej ponurym symbolem stały się wakaty po zwalnianych fachowcach, pospiesznie zapełniane „swoimi”. W efekcie z mediów publicznych usunięto ikony polskiego dziennikarstwa, zastępując je bezosobowym planktonem. W ordynarny sposób zniszczono sąd konstytucyjny, który stał się karykaturą siebie samego. Z wojska odeszło kilkudziesięciu najważniejszych generałów, których zastąpili nieprzygotowani do pełnienia swoich funkcji niżsi oficerowie. Rząd znalazł się w sporze zbiorowym z pracownikami oświaty, szkołami wyższymi i kobietami walczącymi o swoje prawa.

Cechą „świata na opak” jest nie tylko postawienie wszystkiego na głowie, ale nieustanne powtarzanie, że jest to właściwy porządek. W ten sposób nawet najbardziej kompromitujące wyczyny okazują się wielkimi sukcesami. Ostra reprymenda udzielona rządowi przez Komisję Wenecką i Parlament Europejski może być wówczas zwycięstwem, a kompromitacja w głosowaniu na przewodniczącego Rady Europy (1:27) – symbolem powstawania z kolan. Sukcesem mogą być również egzotyczne gesty ministra spraw zagranicznych, zawierającego sojusze z nieistniejącymi państwami, deforma edukacji (przeciwko której protestują nauczyciele, rodzice oraz uczniowie), a nawet odwołany ostatnio przez pisowską telewizję festiwal w Opolu. Idąc dalej tym tropem, można się spodziewać, że już wkrótce dowiemy się, iż to Jarosław strzelił bramkę Anglikom na Wembley, a Antoni bronił Westerplatte.

Kłamstwo smoleńskie

Konstrukcja „świata na opak” ma swoje źródło w „kłamstwie smoleńskim” – w próbie przerzucenia odpowiedzialności za katastrofę z winowajców na tych, którzy winy nie ponoszą lub ponoszą ją w stopniu niewspółmiernym do oskarżeń. Narzędziami podtrzymującymi kłamstwo stały się hipotezy o rzekomym zamachu, spisku i ukartowanej zdradzie.

Kłamstwo smoleńskie rozrastało się, mnożąc absurdalne hipotezy o pancernej brzozie, rozpylonym przez Rosjan helu, o bombie na pokładzie i zestrzeleniu samolotu przez wrogi pocisk, o zdradzie, spisku i zamachu stanu przygotowanym przez Tuska w porozumieniu z Putinem. Oskarżający zapomnieli jednak całkowicie o tym, że nieszczęsny wyjazd do Katynia został przygotowany przez Pałac Prezydencki i wynikał z kalendarza wyborczego – to znaczy z chęci zamanifestowania, przez prezydenta Kaczyńskiego i obóz PiS-u - dystansu (a może nawet niechęci) wobec obchodów rocznicy katyńskiej, zorganizowanych przez ówczesny rząd Tuska.

Hipotezy mówiące o zamachu i wybuchu, które nie znalazły żadnego potwierdzenia w materiale dowodowym i analizach specjalistów (i których nie można mylić z opiniami amatorów, niemających doświadczenia oraz wiedzy w zakresie badania katastrof lotniczych), okazały się wiarygodne dla pewnej części wyborców. Oni też, w dużym stopniu, zadecydowali o zwycięstwie PiS-u w 2015 roku. Wiara w spisek i winę Tuska stała się fundamentem religii smoleńskiej i całej „dobrej zmiany”.

Atak na elity

Atak na stary porządek miał się dokonać w dwóch strategicznie ważnych planach: ideologicznym oraz ustrojowym. W pierwszym – jak słusznie zauważył ostatnio Jan Śpiewak – chodziło o walkę z inteligencją. O zniszczenie środowisk intelektualnych, stanowiących zarzewie wolnej myśli niepoddającej się indoktrynacji (prowadzonej zresztą prostackimi metodami).

Na fali narodowo-patriotycznego wzmożenia posypały się ataki na Miłosza, Szymborską, „antypolskiego” Gombrowicza czy żydowskiego Brzechwę (ostatnio na czarną listę wciągnięty został nawet Tony Halik). Ordynarna nagonka nie ominęła też prof. Władysława Bartoszewskiego (którego pewna posłanka nazwała pastuchem), Lecha Wałęsę (systematycznie opluwanego przez narodowe media), ale także Bronisława Geremka, Jacka Kuronia, Bogdana Borusewicza, Jana Rulewskiego, Stefana Niesiołowskiego, Władysława Frasyniuka, Józefa Piniora i wielu innych zasłużonych działaczy opozycji demokratycznej.

Ponurą ilustracją „świata na opak” stały się ubiegłoroczne obchody rocznicy powstania „Solidarności”, w trakcie których nie padły nazwiska najważniejszych przywódców ruchu. Ich miejsce zajęli bohaterowie drugiego planu, zapewne również zasłużeni, tyle tylko, że do tej pory stojący w cieniu swoich kolegów. Pozostając w otwartym konflikcie z Wałęsą, mogli mieć poczucie, że ktoś ich docenił i że w końcu nadszedł ich czas.

Król jest nagi

Głównymi filarami nowej ideologii PiS-u nie stali się jednak żywi, ale zmarli: „żołnierze wyklęci” i prezydent Lech Kaczyński. Kłopot z żołnierzami polega na tym, że wrzucono wszystkich do jednego worka. Wśród tych, którzy pozostali w lesie – nie zgadzając się na sowiecką okupację po 45 roku – byli zarówno bohaterowie i patrioci, ludzie wielkiej odwagi, a nawet heroizmu, jak i zwykli awanturnicy, bandyci i mordercy. Nawet usłużni wobec PiS-u historycy IPN-u zauważyli, że niektórzy z „wyklętych” – ze względu za zbrodnie popełnione na ludności cywilnej – powinni zostać raczej „przeklęci”.

Nie mniej kontrowersyjna okazała się pośpieszna „kanonizacja” tragicznie zmarłego prezydenta (której częścią był nieszczęsny pochówek na Wawelu – wywołujący nieustanny sprzeciw dużej części rodaków).

Natychmiast po śmierci Lecha Kaczyńskiego uczyniono zeń wielkiego męża stanu i wizjonera sięgającego wzrokiem dalej niż inni. Usiłowano w ten sposób zatrzeć pamięć o tym, że zmarły prezydent nie cieszył się – mówiąc najdelikatniej – uznaniem i popularnością. Przyczyniły się do tego zarówno wypowiedzi Lecha Kaczyńskiego na temat strategicznych interesów Polski (suwerenności i wspólnoty europejskiej), jak i chybione sojusze i błędy w polityce zagranicznej. Gdyby Lech Kaczyński nie zginął, zostałby zapewne zapamiętany jako dość przeciętny prezydent, który – poza awanturą o krzesła i popieraniem gruzińskiego watażki – niewiele wniósł do polityki międzynarodowej i nie przyczynił się do budowania dobrego obrazu Polski na świecie.

Promocja dziedzictwa Lecha Kaczyńskiego i "żołnierzy wyklętych" miała jednak bezcenną wartość polityczną. Z jednej strony tworzyła nową wersję historii – przeinaczoną, opartą na ćwierćprawdach, niedomówieniach i nadinterpretacjach. Z drugiej była narzędziami ataku na „zdrajców”, „odszczepieńców” i „gorszych Polaków”.

Służyło temu etykietowanie obywateli oparte na bolszewickich metodach. Prezes PiS-u, wypowiadając słowa o obywatelach „drugiego sortu”, przekroczył nie tylko granice kultury osobistej, ale również granice absurdu. Mówienie o elitach intelektualnych i umysłowych kraju, że są obywatelami gorszej kategorii, tylko dlatego, że się nie godzą na dyktaturę i niszczenie demokracji, pokazało, że uzurpator (który uważa się za króla) jest nagi i co więcej, że żyje tylko po to, żeby się mścić za swoje niepowodzenia (a mścić będzie się do końca życia, ponieważ lista porażek jest długa).

Ta smutna diagnoza odnosi się nie tylko do lidera PiS-u, lecz także do całego obozu władzy.

Skutki nieobnażania kłamstwa

Można odnieść wrażenie, że jeśli rządzący są przy zdrowych zmysłach i nie działają na niekorzyść kraju (a więc nie są agentami obcego mocarstwa), to jedynym powodem ich niemądrych zmian niszczących Polskę jest potrzeba jak najszybszego zatarcia śladów po rządach poprzedników.

Niezależnie od tego, że jest to skrajnie szkodliwe – ponieważ stawia chęć zemsty ponad interesem państwa i obywateli – jest też dość infantylne. Odsłania bowiem niskie i prymitywne emocje – najgorsze cechy polskiego zaścianka: zawiść, cynizm, despotyzm i oportunizm. Co można zrobić ze „światem na opak”? Jak reagować na wpisany weń absurd?

Problem polega na tym, że na brednie zwykło się nie odpowiadać. Oskarżani i obrażani nauczyli się traktować PiS jak rozwydrzone dziecko, któremu trzeba wybaczyć niemądre zachowanie. Ten brak reakcji wynikał z przeświadczenia, że absurd jest tak oczywisty i rozpoznawalny, iż nie warto go komentować. Okazało się jednak, że jest to opinia tych, którzy oczywistość absurdu dostrzegają. Nie rozpoznała go spora grupa wyborców (i to nie tylko ze ściany wschodniej). Winę za to ponoszą politycy ze wszystkich środowisk, ale także: dziennikarze, uczeni, nauczyciele, przedstawiciele organizacji i instytucji zainteresowanych wspieraniem demokracji. Nie obnażając kłamstwa i pozwalając mu się rozrastać w kolejnych powtórzeniach, doprowadziliśmy do sytuacji niebezpiecznej.

Dziecko dorosło, jest silne i ma w ręku brzytwę, którą wymachuje naokoło. Wyhodowaliśmy potworka: prymitywnego, ksenofobicznego, ultrakatolicko-narodowego mutanta, który próbuje narzucić wszystkim swoją wizję Polski. Jest groźny i zdeterminowany. Szuka rewanżu za wymyślone winy, chce krwi. Dość naiwna wydaje się nadzieja, że można się z nim porozumieć.

Należałoby raczej powiedzieć słowami Posłańca z Antygony: „Nieszczęściem dowiódł, że wśród ludzi tłumu/ Największe klęski płyną z nierozumu”. Kto jednak dzisiaj czyta Sofoklesa? Należy raczej sądzić, że czeka nas kryterium uliczne, a później polskie majdany.

*Jacek Wachowski, prof. zw. dr hab. pracuje na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu

***

Czekamy na Wasze listy: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.