Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Siedzę w wagonie w podrzędnej kategorii pociągu o wdzięcznej nazwie TLK, w drugiej klasie, bo bilety drogie, a studentów nie stać na wyższe atrakcje, takie jak pendolino czy inne expresy. Czekam na magiczny dźwięk gwizdka, który już za chwilę wydobędzie się z płuc konduktora lub kierownika. Przez okno widzę spóźnialskich, którzy biegną z walizkami na kółkach, które latają w powietrzu niczym latawce na wietrze, lub plecakami pod pachą, bo weekend się zbliża i kolejki długie. Biegną z myślą, że może się uda wsiąść do pociągu nie byle jakiego, lecz do tego właściwego.

W przedziale ludzie powoli się rozsiadają, przepychają się, kruszą mi w oczy błotem spod kółek walizek i rozsiadają się niczym król na tronie, przyduszając współpasażerów do okien. I gdy już, już, mam usłyszeć w końcu, że pociąg numer 72840 relacji Zielona Góra – Warszawa Wschodnia jest gotowy do odjazdu i moje napięcie wzrasta, nagle z głośnika rozbrzmiewa się przemiły głos pani konduktor, że mój pociąg ma 50 minut opóźnienia.

Znaczy domyślam się, że to chodzi o skomunikowanie.

Moje napięcie wzrasta, ale to już nie jest pociągowa ekscytacja, tylko wnerw typowego pasażera opóźnionego pociągu. Patrzę na zegarek, odliczam, czy starczy mi na przesiadkę. Liczę, znowu liczę, dodaję, mnożę, wyciągam pierwiastki i inne matematyczne konfiguracje. Już prawie trygonometrię i twierdzenia Pitagorasa sobie przypomniałam, ale to nic nie daje, bo na przesiadkę i tak nie zdążę. Patrzę na alternatywy w różnych informatycznych konfiguracjach. Czuję się jak w "Matrixie", cyfry 0 i 1 latają mi przed oczami, ale to znowu na nic się nie zdało.

Pojawia się jednak nadzieja. Nadzieja na to, że ten pociąg, na który czekamy, przyjedzie wcześniej i zdążę jakoś na przesiadkę. Patrzę po przedziale, jedni delektują się muzyką w słuchawkach, którą oczywiście słychać na full, drudzy czytają książki.

Zaczyna mnie ten ich spokój doprowadzać do szału. Rozglądam się po przedziale i znajduję ofiarę, która siedzi naprzeciwko mnie i patrzy przez okno. Nie wytrzymuję i w końcu pytam: „Nie denerwuje się tym pani?”. Na co wskazana do odpowiedzi z uśmiechem numer 5, prawie jak zapach Channel czy inne Mambo, odpowiada: „Pani, ten pociąg w życiu nie przyjechał punktualnie.”

I tutaj mnie szlag trafia. Wstaję, idę prawie z pianą na ustach do kierownika, zakasuję rękawy, gotowa na walkę: „Spać czy nie spać na dworcu?”. Wchodzę do przedziału konduktorskiego, do którego przedzieram się przez tłumy ofiar PKP. Wchodzę i co zastaję? PUSTKĘ!

Przechodzę na język obcy i pytam: „What the hell?”, bo tego drugiego na f... nie wypada mi publicznie wypowiadać. Otwieram stare, rozryte drzwi, dzięki którym czuję się jak w Escape Roomie. Wyglądam, na peronie pusto. Wracam do przedziału. Znowu się przeciskam, przeskakując przez walizki prawie jak małpa w zoo. Udało się, doszłam cała. Patrzę jeszcze w swoim przedziale przez okno, czy aby ktoś z obsługi pociągu się pojawił. Nie ma!

Cudownie, nocka na dworcu gwarantowana. No nic, nie pierwsza i nie ostatnia. Czekam kolejne 20, 30 minut, pociągu skomunikowanego nie ma, a w głośnikach cisza.

Po jakiś 60 minutach, gdy zjadłam wszystkie kanapki i popiłam hektolitrem coli, w oddali słyszę sygnał R1 wydobywający się z wjeżdżającej na peron lokomotywy. Drzwi otwierają się z impetem. I gdy wyobrażam sobie tłum ludzi, który zabija się, łapiąc przesiadkę... Widzę tylko wysiadającą blondynkę w krótkiej spódniczce z walizką z różowymi serduszkami.

W końcu ruszamy po kolejnych 20 minutach, bo w PKP, jak w życiu, hierarchia obowiązuje, TLK przepuszcza EIC, chociaż wygląda tak samo, i jedzie 10 minut krócej.

Dojeżdżam, wysiadam, jestem, prawie całuję ten peron, ale się powstrzymuję. Ledwo żywa idę do poczekalni, przypominając sobie hity Justina Biebera, które leciały przez pół drogi, a w rytm hitów rozmowy o polityce, które są nieodzownym elementem konwersacji w pociągach.

Wchodzę na halę i za każdym razem obiecuję sobie, że już nigdy więcej...

A na mój pociąg i tak zdążyłam, bo też był opóźniony.

***

Czekamy na Wasze listy: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.