Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Droga Ciociu Dobra Rada,

jeśli w tym tekście napotkasz taki oto znak (...), to wstaw tam dowolne słowo oznaczające emfazę, może być mało parlamentarne. Nadwrażliwi niech nie czytają, nie chcę mieć nikogo na sumieniu.

Mam depresję, to wiedzą (prawie) wszyscy z mojego otoczenia. Coming out? Może i tak, a raczej bardziej to po prostu integralna część mnie. Żyję z tym od 15 lat (od diagnozy) i pewnie wcześniej jakieś 15 żyłam - bez diagnozy (i leczenia). W trakcie tego życia z depresją skończyłam szkołę z wyróżnieniem, dwa kierunki studiów (kończę trzeci) - też z wyróżnieniem, wyszłam za mąż (szczęśliwie, 16 lat po ślubie), urodziłam dwoje dzieci i praktycznie już półmetek wychowania, obie córki są fajne, chwalone przez otoczenie etc., zmieniłam kraj, odnalazłam się na nowym miejscu... Zwolnienia biorę rzadko, staram się tego unikać, bo „kto nie pracuje, niech również nie je”, więc działam, póki mogę i ile mogę. Zawód i okoliczności życiowe dopasowałam sobie do realnych możliwości, więc mogę więcej niż w regularnym zatrudnieniu u zewnętrznego pracodawcy.

Po co to piszę? Żebyście (...) wreszcie zrozumieli, że ja nie leżę na szezlągu i twierdzę radośnie, że nie mam siły, tylko (...) ciężko pracuję, cały czas. I tak na przykład wtedy, kiedy ty (przeciętny Kowalski) narzekałbyś, że masz doła - pracuję, bo zwykły dół ma się zawsze, więc nie ma wymówek; wtedy, kiedy ty dawno leżałbyś w łóżku - pracuję, bo jeszcze trochę siły jest, da się myśleć, klikać w klawiaturę, tylko jestem wolniejsza niż zwykle i mniej mówię; a wtedy, gdy ty rozstałbyś się już dawno z tym światem (i ja też mam takie myśli, w sumie codziennie...), zwalniam tempo, a w końcu zwyczajnie padam na mordę. Siedzę, leżę, nie robię nic. Zbieram siły. I wtedy się zaczyna...

„A może jednak spróbuj”. 

A może zaryzykuj taki tekst wobec kogoś wykończonego chemioterapią w nowotworze? Powiedz mu, żeby może jednak spróbował... bo, prawda, nie próbuje zapewne wystarczająco mocno. Nie wiem, czy wiesz, że depresja to też choroba, a nie punkt widzenia/światopogląd/widzimisię. Jeśli jestem chora, to (...) jestem chora. Jeśli nie daję rady czegoś zrobić, to (...) nie daję rady naprawdę.

Dodatkowo w tym konkretnym przypadku oznacza to również, że sprawdziłam wszystkie znane mi dostępne metody poprawy samopoczucia i one też nie dają rady na chwilę obecną, dlatego się skarżę, że mi źle (bo zwykle się nie skarżę, tylko działam, patrz kilka akapitów powyżej - właśnie, jak byłeś/ byłaś uprzejmy/-a napisać - „próbuję"). A jeśli czasem jestem chora, to jestem chora.

Będę dozgonnie zobowiązana, jeśli zechcecie przyjąć to wreszcie do wiadomości, zinternalizować i stosować w życiu - nie tylko wobec mnie, ale wobec wszystkich, którzy na co dzień zmagają się z chorobami/zaburzeniami, których nie widać ani gołym okiem, ani w badaniach obrazowych czy laboratoryjnych. Nam jest wtedy łatwiej żyć, a pod górę mamy i bez Waszych dobrych rad.

***

Czekamy na Wasze listy: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.