Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Jestem stałym czytelnikiem i wiem, że „Wyborcza” opowiada się bardziej za poglądami liberalnymi niż socjalnymi. Nie ma w tym nic złego, bo sam takie podejście polityczne prezentuję. Jednak chciałbym zwrócić uwagę na problem strajku włoskiego w handlu 2 maja 2017 r. Jak to zwykle bywa, znalazło się wiele osób, które uważają, że kasjerki w sklepach i sprzedawcy za dużo się nie uczyli, w związku z tym powinni zarabiać mało. To podejście to katastrofa.

Po pierwsze, nikt nie mówi o tym, by kasjer zarabiał więcej niż np. pracownik księgowy, podatkowiec, prawnik, chodzi tylko o pensję godną. Jest jedna firma handlowa o kapitale zagranicznym, która rzeczywiście podwyższyła wypłaty dla swoich pracowników, oczywiście nie do kwot astronomicznych, ale pracownicy wychodzą z założenia, że wolą pracować tam, bo za tę samą robotę w innych sieciach dostają znacznie mniej.

Po drugie, naprawdę 1400 zł za ciężką pracę cały dzień w sklepie to trochę jednak mało.

Po trzecie, nie można widzieć w drugim człowieku wroga, tylko partnera do robienia biznesu.

Po czwarte, wiele sieci handlowych ma się świetnie, ich naprawdę stać na podwyżkę, to przecież nie malutkie firmy pana Zenka z małej miejscowości, gdzie się nie przelewa.

Po piąte, sprzedawcy w sklepach są tak samo potrzebni jak lekarze, bankowcy, architekci. Wyobraźcie sobie, co stałoby się, gdyby od dziś we wszystkich sklepach działały tylko kasy samoobsługowe? Mielibyśmy masakrę, jak to dziś młodzież mówi. Niestety tego wiele osób nie dostrzega.

To były argumenty pracownika handlu, a ja jestem konsumentem.

Uważam, że poziom obsługi konsumentów jest w tej chwili w wielu miejscach po prostu tragiczny, a odpowiedzialność ponosi za to pracodawca, który, co tu dużo mówić, płaci pracownikom strasznie mało, a myśli przy tym, że konsument będzie dobrze obsłużony:

1) Kupowałem ostatnio obrączki ślubne w znanej sieci. 2 lutego 2017 r. poprosiliśmy o dobranie rozmiarów, mi zaproponowano rozmiar 24, z grawerem. Następnie 20 lutego 2017 r. mieliśmy je odebrać. Okazało się, że gotowe obrączki są inne, niż zamówiliśmy, bo pracownik się pomylił. OK, wpadliśmy do sklepu, obsługuje nas już inna osoba. Dobieramy jeszcze raz rozmiar. Tym razem powinno być dobrze, ja mam rozmiar 20, zamawiamy. Niestety pracownik nie zauważył, że ja przymierzam obrączkę na lewej ręce, tak, to moja wina, zapomniałem, że w Polsce nosimy na prawej, ale pracownik też nie zauważył tego błędu. Następnego razu, a więc już w marcu, poszliśmy do salonu i okazało się, że ten zamówiony na lewą rękę nie pasuje na prawą, w związku z tym zamówiliśmy ponownie taki sam pierścionek o rozmiarze 22. Odebraliśmy pierścionek 2 kwietnia 2017 r. Jednocześnie pan sprzedawca oznajmił nam, że on nie wie, dlaczego tyle błędów popełniono, jeden z pracowników ponoć już tam nie pracuje. Jak rozumiem, pracownicy ze względu na żenujące pensje zatrudniają się na okres paru miesięcy i szukają nowej pracy. Super, tylko jak ma dobrze funkcjonować taki sklep?

2) Dwa tygodnie wcześniej byłem w salonie prasowym, poprosiłem o zdrapkę Lotto, zapominając, że płacimy za nią tylko gotówką, nie miałem gotówki i w związku z tym pan sprzedawca zaczął na mnie krzyczeć, że ja muszę teraz iść do bankomatu, bo on nie może rzekomo cofnąć transakcji. Dziwne podejście, ale OK. Poszedłem do bankomatu i zapytałem, czemu pan na mnie krzyczał, nie odpowiedział.

3) Wczoraj byłem na stacji benzynowej, był jeden pracownik wieczorem, musiał zrobić 3 hot dogi, a jednocześnie wspaniały klient z samochodu zaczął krzyczeć, że myjnia mu się nie włącza, a nikt nie chce mu pomóc. Pracownik wrzasnął parę wulgaryzmów i wyszedł na chwilę za zaplecze, bo po prostu nie wytrzymał, że ma do ogarnięcia tyle spraw w jednej chwili za żenujące pieniądze. Akurat na stacjach zarabia się najgorzej. Kolega pracował na 3/4 etatu za 750 zł w centrum Poznania, masakra. Jeszcze właściciel jęczał, że nie powinien robić sobie wolnego w czasie choroby, bo po co.

Fajnie drodzy pracodawcy handlowi, nie mam do was o nic pretensji, ja wiem, że złota zasada analizy finansowej brzmi (pamiętam ze studiów): najpierw zobowiązania, potem aktywa trwałe, potem aktywa obrotowe, a na końcu pracownicy (jako część aktywów obrotowych), ale czyż wy naprawdę nie widzicie tego, że zrażacie tym również konsumentów? Jak mam być zadowolony z zakupów, jeżeli kasjerka sprzedająca mi towar patrzy na mnie jak na wroga i ma minę, jakby pracowała tam w ramach odbywania wyroku w więzieniu, to myślicie, że ja będę chciał wrócić do tego sklepu?

Pomyślcie o tym, zanim znowu zakomunikujecie, że nie macie kasy na podwyżki dla pracowników.

Jeśli natomiast chodzi o obrączki, na szczęście ślub mamy w lipcu tego roku, inaczej byłoby bardzo nieprzyjemnie. Jeszcze mała uwaga do właściciela polskiej sieci supermarketów, proszę, zatrudniajcie kasjerów chociaż na pół roku, a nie na miesiąc, bo to jest skrajnie żenujące.

***

Czekamy na Wasze opinie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.