Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Chciałabym podzielić się przemyśleniami po przeczytaniu wywiadu Agnieszki Jucewicz z Cristianą Cutroną, opublikowanym w "Magazynie Świątecznym Wyborczej", „Zmierzch epoki open space. Praca w biurze przyszłości”. Dziwna mieszanka doświadczeń jako architekta krajobrazu, pracownika korporacji oraz osoby w jakiś sposób kreatywnej i wrażliwej społeczno-politycznie wpłynęła na poniższe wynurzenia.

Pierwszą myślą, jaka mi się nasunęła, było to, że choć wizja elastycznego, nieustannie przekształcającego się biura brzmi ciekawie i na pewno mogłoby to w pewien sposób sprzyjać kreatywności, to jednak jedną z potrzeb człowieka jest poczucie pewnej stabilności i bezpieczeństwa. Wdrażane w wielu outsourcingowych korporacjach koncepcje „ruchomych stanowisk pracy”, zakładające, że pracownik codziennie może być przerzucany w inne miejsce i do innego komputera, jednak nie spotykają się z dobrymi opiniami. Monotonna, niezmieniająca się przestrzeń biurowa faktycznie może być nudna, ale wydaje mi się, że wielu osobom poczucie komfortu może faktycznie dawać świadomość, że jutro wrócą do pracy do swojego biurka, na którym stoi zdjęcie ich dzieci i psa, w którym są jakieś ich osobiste rzeczy i gdzie mają własną, w pewnym zakresie samodzielnie zorganizowaną przestrzeń. Oczywiste jest, że oprócz tego do zachowania dobrego samopoczucia niezbędne jest dobre oświetlenie, wystarczająco dużo miejsca, wygodny fotel i ogólne zachowanie zasad BHP. I że w każdej przestrzeni biurowej potrzebne są i salki konferencyjne, i przestrzeń mniej formalna. Ale czy rzeczywiście zlewanie miejsca pracy z miejscem wypoczynku jest tym, do czego chcemy dążyć?

Przykłady firm posiadających „elastyczne biura” to oczywiście molochy branży rozrywkowej technologii i IT; Facebook, Apple, Google itd. Nie jest to przypadek i nie do końca (choć w dużym stopniu niewątpliwie) jest to kwestia budżetu tychże firm. Te nie tyle biura co think tanki są miejscem zatrudnienia pracowników kreatywnych, programistów, marketingowców, osób, które faktycznie mają wpływ na tworzenie produktów bądź strategii danej firmy. Za każdym z tych brandowych molochów stoją tysiące outsourcowanych centrów biznesowych, które wykonują mniej spektakularną pracę – administracja, HR, księgowość. Artykuł zdaje się pomijać fakt, że obecnie lwia część pracy biurowej polega na zajęciach nieangażujących w takim stopniu kreatywności, a wymagających wytężonego intelektualnego wysiłku. Przez jeszcze jakiś czas, zanim urzeczywistnią się wizje Lema i Dukaja i wszelka praca umysłowa zostanie zautomatyzowana, będzie istnieć spore zapotrzebowanie na pracowników administracyjnych. I przy naszym obecnym modelu i kulturze pracy ich wymierna wartość mierzona będzie twardą produktywnością, której nie wzmogą przechadzki wśród zieleni czy gra w piłkarzyki w godzinach pracy. A te z kolei mają trochę inne podłoże.

Korporacyjne praktyki mające umilić życie pracownikom, a niebezpiecznie upłynniające granicę między pracą a życiem prywatnym, zostały już nazwane po imieniu i opisane. Powszechne są już wyjazdy integracyjne, firmowe sekcje szachowe czy wspinaczkowe, biurowe strefy zabawy i relaksu i zespołowe spędzanie czasu na squashu po pracy, oczywiście przy użyciu ufundowanej przez pracodawcę karty Multisport. Normą są weekendowe pikniki dla pracowników z rodzinami czy regularne teamowe drinki. To wszystko świadczy oczywiście o dbaniu przez firmę o dobrą atmosferę, ale również dość perfidnie ma na celu przywiązanie do siebie pracownika poprzez zatarcie granicy pomiędzy pracą a prywatnością. Ta sama firma nie będzie miała żadnych skrupułów, żeby tego pracownika zwolnić, gdy tylko ktoś obliczy, że dane stanowisko da się zlikwidować, wciskając komuś innemu więcej obowiązków i zatrudniając dodatkowo stażystę. Każdy, kto spędził trochę czasu w korporacji, będzie wiedział, o czym mówię.

Piękna jest kulturowo-ekonomiczna wizja społeczeństwa, którą roztacza pani Cristiana Cutrona, w której to nie zorientowane na zyski firmy, lecz organizacje działające na rzecz środowiska stanowią koło napędowe gospodarki. Nowoczesne, wyznające zasadę zrównoważonego rozwoju trendy w urbanistyce faktycznie snują opowieści o wielofunkcyjnych przestrzeniach publicznych, przyjaznych środowisku, wspierających wydajną komunikację zbiorową i zapraszających przyrodę do miasta. Nie ma potrzeby rozdzielania sfery prywatnej i zawodowej, ponieważ to poczucie wspólnoty i dążenie do wolności wyrażania siebie jest nadrzędnym celem wszystkich podmiotów zaangażowanych w konstrukcję społeczeństwa. Jako architekt krajobrazu z wykształcenia dostrzegam autentyczną wartość w takich koncepcjach przestrzeni publicznej. Był to ten obszar moich studiów, który mnie najbardziej fascynował – rozważania z pogranicza socjologii futurystycznej, urbanistyki i filozofii o tym, jaki model organizacji tkanki miejskiej jest najbardziej korzystny dla ludzi.

Rozpatrywanie jednak takich zmian nie od strony gospodarki oraz krajobrazu, ale z perspektywy open space'a, zmieniającego się w elastyczno-dynamiczne biuro kreatywne w centrum miasta, prowadzi do dwóch zjawisk, z których obydwa mają związek z neoliberalną, kapitalistyczną kulturą pracy, w której obecnie funkcjonujemy. Po pierwsze, w praktyce będzie to skutkować w podziale przestrzeni, która jak dotąd miała być wspólna. Zagarnięcie centrów miast przez elitarnych pracowników elitarnych korporacji i spychanie tych nie tak wielkokapitałowych podmiotów na coraz dalszy margines w szarą strefę krajobrazu i zatrudnienia; słowem to, do czego prowadzi galopujący kapitalizm: pogłębienie nierówności społecznych. Po drugie, będzie to sprzyjać zjawisku, które według pani Cutrona jest perspektywą pozytywną. Zatarcie granicy pomiędzy pracą a prywatnością, nigdy nie będzie odbywać się z korzyścią i poszanowaniem dla jednostkowej wolności, szczęścia i samorozwoju, jeżeli będzie realizowane przez przedsiębiorstwo znajdujące się w prywatnych, korporacyjnych rękach – tutaj zawsze pierwszorzędną rolę będzie odgrywał zysk; nie środowisko, nie wspólnota i nie jednostka.

Myślę, bez cynizmu, że koncepcja swobody pracy w przyjaznej przestrzeni jest piękna i że należy generalnie dążyć do takiej rzeczywistości, ale jest to jednak wizja idylliczna. Jeżeli model taki miałby być faktycznie realizowany ze społecznym pożytkiem, to nie przez firmy, a przez państwo; jedyny sposób na choćby skierowanie się w stronę realizacji takich założeń, to bardziej prospołeczna, otwarta polityka, działająca w interesie obywateli i pracowników, a nie przedsiębiorstw i kapitałów.

***

Czekamy na Wasze opinie: listy@wyborcza.pl

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.