Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Pamiętasz tę dziewczynę? Siedzieliśmy na zupie pho, na Złotej nieopodal Helsińskiej. Stolik obok usiadła ona z kolegą, nie rozpoznała Cię lub nie zauważyła. Szczebiotała głośno o tym, jak super jest na stażu w tej Fundacji Praw Człowieka. To było zimą, byłeś już bardzo słaby. Słuchałeś znad talerza. Uśmiechnąłeś się tylko do mnie szeptem: "Młoda krew idzie...". Nie mówiłem Ci tego, ale gdy przed wyjściem poszedłeś do łazienki, zapytałem ją, czy wie, kto siedział obok. Chciałbyś zobaczyć jej minę...

Zostawiłeś po sobie tak bardzo dużo, a mimo to wciąż chciałeś jeszcze zrobić wiele. Pomimo postępującej choroby imponowałeś mi postawą wciąż rosnącego apetytu na pracę. Gdy porządkowaliśmy Twoje archiwum w domu na Żoliborzu i bibliotekę na Mokotowie, czy dokumenty w Fundacji, wciąż miałeś nowe pomysły: "Napiszę jeszcze to. A to masz dla córki. A to weź sobie, przeczytaj. A to mi się przyda do tego. A może bym zrobił to...".

Podobno uzależniony zawsze pozna uzależnionego. Coś w tym jest, bo gdy się poznaliśmy, już po kilku zdaniach okazało się, że jesteśmy, jak to powiedziałeś, "z jednego klubu, z tej samej ekipy". Jak miliony ludzi na całym świecie. Mało kto w tym kraju zrobił tak dużo jak Ty dla tej pięknej wspólnoty miłości, która kiedyś ocaliła moje życie i robi to chyba wciąż, codziennie. Powiedziałeś, że przecież jesteś istotą śmiertelną, że umrzesz i nie masz o to pretensji do świata. W ostatnich miesiącach więcej już milczeliśmy, niż mówiliśmy. Pomimo cierpienia i bólu była w Tobie zgoda i akceptacja na to, czego nie mogłeś zmienić. Uczyłem się tego z Twoich książek, jeszcze zanim się zaprzyjaźniliśmy.

Później już, w naszych niekończących się rozmowach, podkreślałeś nAAszą wspólną naukę, zasadę i wskazówkę, aby nigdy nie zabrało nam odwagi do zmiany tego, co zmienić możemy. I mądrości, aby odróżnić jedno od drugiego. Tak bardzo potrzebnej nam dziś, o czym mówiłeś na ostatniej wigilii w Helsińskiej. Zły, zaniepokojony i zasmucony tym, co się dzieje z Polską, przy opłatku obiecałeś wszystkim, że to nie potrwa długo, przeminie. Trzymamy Cię za słowo. Uprzejmość, klasa, skromność. Szacunek, którym otaczałeś żonę. Zawsze w swojej pracy, życiu i postępowaniu zatroskany losem innych, najbliższych i najdalszych, bardziej niż swoim.

A pamiętasz, jak jechaliśmy gdzieś za miasto i słuchaliśmy Grechuty? To musiało być dokładnie rok temu, bo mówiłeś, że za kilka dni otworzą się kasztany, i nuciłeś: Gdziekolwiek będziesz, cokolwiek się stanie, będą miejsca w książkach i miejsca przy stole. Kasztan, kiedy kwitnie lub owoc otwiera, będą drzewa, ulice, ktoś nagle zawoła. Ktoś do drzwi zapuka, pamięć przyniesie. Z kwiatem, z godziną, z kolorem. Gdziekolwiek będziesz, cokolwiek się stanie. Gdziekolwiek będziesz...

Dziękuję Ci za bezcenne nauki, a zwłaszcza za to wszystko, czego nie mówiłeś, ale co sobą pokazywałeś. Bo w tym do końca byłeś niesłychanie męski. Godnie przyjmowałeś nieuchronne, był w Tobie zadziwiający spokój. Może dlatego, że nie bałeś się, bo wiedziałeś, dokąd idziesz. Do zobaczenia, Przyjacielu.

* Bartosz Gardocki - taksówkarz warszawski, drukuje reportaże w "Dużym Formacie", absolwent Polskiej Szkoły Reportażu.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.