Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Już od dawna chciałam napisać ten list, ale dopiero tekst Agaty Diduszko-Zyglewskiej „Mamo, boję się siedzieć sama na korytarzu", czyli Kościół, który się panoszy. Szkoła nie jest miejscem kultu” (7 kwietnia 2017 r.) mnie do tego skłonił. Niestety nie uczynię tego jak ona pod imieniem i nazwiskiem i wystąpię jako anonimowa czytelniczka.

Mam dwoje dzieci w dużej rejonowej szkole w średnim powiatowym mieście – i wszystko, co napiszę, będzie tak naprawdę odbierane jak atak na tę jedną konkretną szkołę. A przecież to nie szkoła jest winna, że jest częścią systemu. Chcę właśnie napisać o tym systemie, a nie o konkretnej szkole.

„Molestowanie religijne”

Reakcje na tekst Agaty Diduszko-Zyglewskiej były różne – najbardziej zdumiały mnie jednak wpisy osób podających się za nauczycieli, które zgodnym chórem twierdziły, że nie spotkały się nigdy z podobnymi przypadkami dyskryminacji, co miało prawdopodobnie dezawuować tezy autorki.

Przy czym chciałam od razu zaznaczyć, że moim zdaniem autorka bardzo rzeczowo opisała całą sytuację, chociaż jako matka małych dzieci, które zostały skrzywdzone (bo tak, dziecko jest krzywdzone, gdy katechetka wyprasza je na korytarz na czas lekcji religii), miałaby prawo być bardziej emocjonalna – czy też po prostu wściekła.

Zdziwił mnie też komentarz Jerzego Sosnowskiego w tekście opublikowanym na portalu Koduj24.pl, który ubolewa nad gniewem Diduszko-Zyglewskiej – pisze on, że autorka czuje gniew do jego religii. Myślę, że autorka czuje gniew do systemu i czułaby taki sam gniew, gdyby w podobny sposób prześladowano jej dzieci z racji nieuczestniczenia w pochodach pierwszomajowych czy obowiązkowym kółku szachowym.

Tu naprawdę nie chodzi o imputowaną niechęć do Kościoła katolickiego – tu chodzi o próbę obrony dziecka przed systemem, w którym dzieci niechodzące na religię są poddawane wykluczeniu i czemuś, co nazywam na własne potrzeby „molestowaniem religijnym” (przykłady podam, żeby nie być gołosłowną).

Wszystkim uczestnikom dyskusji przypominam, że autorka pisze o naprawdę małych dzieciach, i jeśli zaczynamy rozmawiać o religii w szkole, to pomyślmy zawsze o tych pierwszo-, drugoklasistach, zanim zaczniemy przytaczać opowieści o gimnazjalistach, którzy uwielbiają czas rekolekcji, bo mają wtedy wolne i mogą sobie w domu pograć na komputerze.

Kilka faktów: głód, trąd, ataki

Najpierw przytoczę kilka faktów z naszych kilku lat w szkole publicznej, bo chciałabym wesprzeć autorkę w jej opowieści.

Mam dwoje dzieci (obecnie w klasie czwartej i pierwszej) w rejonowej, bardzo dużej szkole liczącej ok. 600 dzieci. Moje córki są jedynymi dziećmi w szkole, które nie chodzą na religię. Z takiej proporcji wynika sporo problemów – od samego początku czuję, że moja decyzja o nieposyłaniu dzieci na religię jest podświadomie traktowana jako fanaberia i działanie dezorganizujące.

W sytuacji, gdy wszystkie dzieci od zawsze chodzą na religię, dziecko, które nie chodzi, zaczyna przeszkadzać, bo wymusza rozstrzygnięcia organizacyjne, których dotąd nie trzeba było podejmować. I chociaż na poziomie dyrekcji szkoły spotkałam się z pełnym zrozumieniem, to już na poziomie pojedynczych nauczycieli, a to przecież od nich zależy dobrostan moich dzieci, sprawy się komplikują. Może zilustruję to przykładami:

1. W pierwszej klasie, gdy dzieci są jeszcze małe i zagubione, dobrą praktyką szkoły jest prowadzenie maluchów na obiad lub przeprowadzanie ich na przykład na wf. do sali gimnastycznej. Gdy moje dzieci w czasie zajęć z religii (zwykle w samym środku lekcji) były odsyłane do świetlicy, pani katechetka regularnie zapominała, że w klasie jest jeszcze jedno dziecko. W tej sytuacji moje dzieci wielokrotnie nie trafiały na obiad w przerwie obiadowej (o czym dowiadywałam się oczywiście po fakcie – w domu) lub przesiedziały wf. czy gimnastykę korekcyjną w świetlicy.

2. Czymś oczywistym jest wyprowadzanie dzieci z klasy na czas lekcji religii – do wszystkich rodziców i czytelników, którzy nie widzą w tym problemów, mam prośbę, by zastanowili się, jak się czuje sześcio-, siedmioletnie dziecko, kiedy nagle jak trędowate musi opuścić klasę, która dotąd była także jego klasą. Potem zwykle odsiaduje godzinę w świetlicy – jakby za karę. Domyślam się, że wielu rodziców właśnie z tego powodu posyła dzieci na religię, żeby nie cierpiały w taki sposób;

3. Nasza szkoła regularnie organizuje apele papieskie, które nie tyle odnoszą się do Jana Pawła II jako do papieża, który odegrał ważną rolę w najnowszych dziejach Polski (co rozumiem), ale mają nieodmiennie charakter religijny z całą liturgiczną oprawą – zapalonymi świecami pod obrazem „naszego świętego” w holu szkoły (notabene, w tym roku szkolnym liczba apeli papieskich się zwiększyła).

W dzień takiego apelu wychowawczyni pierwszej klasy odpytała publicznie moją sześcioletnią córkę, czy będzie uczestniczyć w apelu papieskim, jeśli nie chodzi na religię. Moja córka kompletnie nie rozumiała sytuacji i siłą rzeczy nie potrafiła udzielić składnej odpowiedzi. Tego samego dnia zadzwoniłam do wychowawczyni, prosząc, by tego typu problemy rozstrzygała ze mną, na co nauczycielka odpowiedziała mi atakiem: „No chyba nie zaprzeczy pani, że Jan Paweł II był wielkim Polakiem”. Tak właśnie wygląda klasyczny dialog rodzica, który pragnie bronić swojego dziecka, z nauczycielem, który ma nam za złe, że w ogóle wpadliśmy na pomysł, by dziecka nie posyłać na religię (i komplikować mu – nauczycielowi – życie).

Upokorzenie: „Współczuję ci takiej matki”

4. „Molestowanie religijne” – w świetlicy dyżury odbywają różni nauczyciele, także katecheci. Córka od września pierwszej klasy zaczęła przynosić w tornistrze „święte obrazki” oraz opowieści o świętych, którzy „nie zgnili w ziemi po śmierci”. Zagryzłam zęby, wyjaśniłam córce, o co chodzi, a sama uznałam, że przecież nie zacznę roku szkolnego od awanturowania się, bo oczywiście każdy uzna, że przesadzam.

W końcu pani Basia, katechetka, to taka miła, ciepła i „pobożna” osoba, która nie robi przecież nic złego (argument, że mam prawo do wychowania neutralnego religijnie, i właśnie dlatego nie posłałam dziecka na religię, nie jest w Polsce zrozumiały – gdybym chociaż była świadkiem Jehowy albo wyznawcą luteranizmu, to można by jakoś moją niechęć do wciskania dziecku świętych obrazków zrozumieć).

Ale teraz już wiem, że reagować trzeba od razu, bo po kilku tygodniach pani Basia się rozkręciła i publicznie odpytała moją córkę, dlaczego nie chodzi na religię (w sali pełnej dzieci – także z innych klas, które tym samym dowiedziały się o tym „wstydliwym” sekrecie).

Gdy moja (powtórzę: sześcioletnia) córka powiedziała zgodnie z prawdą (i z moim poleceniem): „Bo moja mama nie chce, żebym chodziła na religię” (a dałam jej takie polecenie, by ciężar winy przerzucić na siebie i skierować ewentualnych ciekawskich do mnie), miła pani katechetka przytuliła moją córkę i powiedziała: „Bardzo ci, dziecko, współczuję takiej matki. Ona nie kocha Boga. A ten, kto nie kocha Boga, nie pójdzie do nieba”. Kurtyna.

Czy muszę mówić, co czuła moja córka? Została publicznie upokorzona, ale co gorsza – nauczyciel mocą swojego autorytetu wygłosił negatywną opinię o jej mamie (mam nadzieję, że przynajmniej rodzice sześciolatków rozumieją ten dramat).

W wyniku mojej interwencji (bo teraz już nie czekałam), pani katechetka została wycofana ze świetlicy w godzinach, gdy przebywała tam moja córka, ale sprawa miała ciąg dalszy, bo oto dzieci przejęły pałeczkę – wiele z nich dowiedziało się, że córka nie chodzi na religię, usłyszało od katechetki, że to źle, i zaczęło się regularne dokuczanie.

Nie byłam w stanie interweniować u wszystkich rodziców tych dzieci (w większości przecież nawet nie wiedziałam, które to dzieci), więc na kilka miesięcy to ja z kolei musiałam wycofać córkę ze świetlicy (chociaż pracuję i naprawdę nie mogę odbierać dziecka o 11.30 ze szkoły).

Władza proboszcza w świeckiej szkole

Spotkałam się wprawdzie ze zrozumieniem ze strony dyrekcji, lecz jednocześnie dowiedziałam się ważnej rzeczy: dyrekcja nie ma żadnego wpływu na panią Basię, bo w sprawie pani Basi władny jest ksiądz proboszcz. Nieważne, że posłałam dziecko do szkoły publicznej (a nie katolickiej), i tak o doborze i działaniach katechetów decyduje nie dyrektor szkoły, lecz proboszcz.

Czy polska jest krajem świeckim, jeśli o dobrostanie moich dzieci niechodzących na religię decyduje ksiądz proboszcz? Przesadzam? To proszę sobie wyobrazić sytuację odwrotną – oto jakaś nauczycielka, zadeklarowana przeciwniczka Kościoła (chociaż trudno mi sobie wyobrazić, żeby w polskiej szkole ktoś miał odwagę się tak zadeklarować), bierze na środek jakieś dziecko i publicznie je zawstydza, mówiąc, że „ma złą matkę, bo ta każe mu chodzić do kościoła”.

Taka sytuacja jest oczywiście czysto hipotetyczna, a gdyby nawet miała miejsce, to wszyscy dowiedzielibyśmy się o tak skandalicznej sprawie z wiadomości i „Gościa Niedzielnego”. O sprawie pani Basi wiemy ja i dyrekcja. Nie wiedzą o niej nawet nauczyciele w szkole, bo wiem, że gdybym zaczęła o tym mówić, to ja wyszłabym na osobę, która „się znowu czepia” i tym samym udowadnia swoją niechęć do Kościoła, a przecież pani Basia to taka miła i ciepła osoba. I pobożna.

Rekolekcje - lekcje hipokryzji

O rekolekcjach napiszę, chociaż podobno jest to temat znany, chociaż mam wrażenie, że jak ktoś nie ma małych dzieci w szkole, to nie rozumie problemu. Nawet wielu moich znajomych uważa, że przesadzam, gdy pytam o zasadność rekolekcji w godzinach zajęć lekcyjnych. „Przynajmniej twoje dzieci będą miały trochę wolnego” – brzmi zwykle lekceważąca odpowiedź.

Tymczasem wygląda to tak: szkoła w ogóle nie informuje, kiedy będą rekolekcje (bo po co, jeśli wszyscy chodzą, a moje dzieci mieszczą się w granicach błędu statystycznego), więc gdy przyszłam odebrać dzieci jak zawsze o godz. 15 w poniedziałek, dowiedziałam się, że od godz. 9.30 siedzą same w świetlicy, przy czym nikt oczywiście nie zorganizował im jakichkolwiek zajęć – pani świetliczanka po prostu ich pilnowała.

A gdy 600 uczniów we wtorek wymaszerowało do kościoła na oczach mojej córki i zostawiło ją w wielkiej pustej szkole, to przypłaciła to w domu atakiem płaczu. Wiem, zaraz pojawią się wspomnienia, jak to w czasach rekolekcji „chodziliśmy w krzaczory na wino” (cytat z dyskusji na FB), ale ja mówię teraz o małych dzieciach, które narażone są na takie wykluczenie bez chwili refleksji ze strony nauczycieli, którym powierzam moje dzieci. Wychowawczyni, której zrelacjonowałam tę sytuację, była zdziwiona moją opinią w tej sprawie: „No nie, chyba aż tak źle nie było?”.

Bo za rodzica ukarzą dziecko

Mogłabym snuć opowieść – szczególnie że mamy już za sobą pierwszą komunię w klasie starszej córki. Wtedy poważnie rozważałam możliwość zabrania jej ze szkoły na dwa tygodnie (tydzień przed i tydzień po komunii), bo cała klasa razem z wychowawczynią żyła tym faktem, bo w polskiej szkole nikt już nie rozgranicza przestrzeni świeckiej od religijnej.

Kościół wszedł do szkoły, a jeśli się komuś to nie podoba, to trudno – jest w mniejszości i lepiej niech się nie odzywa, bo jego dziecko będzie miało kłopoty. Jeśli więc rodzic ma pełną świadomość, że to jego dzieci niosą największy ciężar na swoich barkach i to one pierwsze zostaną ukarane za ich wybory światopoglądowe, to zwykle roztropnie milczy.

W takim ujęciu religia w szkole jest instrumentem władzy i dominacji. Nie mam w tym względzie najmniejszych wątpliwości. Tu naprawdę nie chodzi o wiarę w Jezusa Chrystusa i krzewienie postawy chrześcijańskiej. I nie przemawiam teraz jak wróg Kościoła – przeciwnie, ciągle czekam na głos prawdziwie wierzących rodziców, którzy zaczną domagać się, by lekcje religii odbywały się w salach parafialnych, by dzieci poznawały zasady swojej wiary w odpowiedniej atmosferze blisko budynku kościoła i liturgii.

A solidarność?

Nie wiem, czy za dużo wymagam, ale – nauczona świadomą postawą katolików w innych krajach – oczekiwałabym jakiejś solidarności z wykluczonymi dziećmi. Wydaje mi się, że gdybym jako osoba głęboko wierząca posłała swoje dziecko na katechezę, to źle bym się czuła, że z mojego powodu koleżanka lub kolega moich dzieci z klasy jest wyrzucany z klasy na czas religii, jest wyśmiewany przez rówieśników i sekowany przez katechetkę.

Tymczasem zwykle słyszę w takich sytuacjach argument o wygodzie – rodzicom jest „wygodniej”, jeśli dzieci odbędą religię i rekolekcje w szkole. Na moje pytanie, czy szkoła publiczna ma obowiązek zapewnić wychowanie religijne ich dzieciom i czy przypadkiem nie jest zadaniem wierzącego rodzica odbycie rekolekcji wielkopostnych wraz ze swoim dzieckiem, zwykle nie otrzymuję odpowiedzi. „Czepiam się”.

I nieważne, że ja tylko proszę o to, by moje dziecko nie cierpiało w szkole publicznej, która nie uwzględnia potrzeb ludzi spoza Kościoła. Przecież nie krytykuję wiary innych rodziców i ich dzieci, nie domagam się, by przestali uczestniczyć w życiu religijnym, nie zakazuję im chodzić w niedzielę do kościoła. Ale i tak – poprzez sam fakt, że nie bierzemy udziału w „nieobowiązkowych” zajęciach z religii – stajemy się wrogami i wszystko, co powiemy, w takim kontekście jest ujmowane.

Tutaj przychodzi mi też do głowy pewna istotna kwestia, której w naszym monoreligijnym społeczeństwie nie zauważamy. Katolicy domagają się szacunku dla swojej wiary, ale nie potrafią okazać szacunku ludziom, którzy podjęli inne rozstrzygnięcia światopoglądowe. Osoba niewierząca (lub niedeklarująca się publicznie jako wierząca) najwyraźniej nie zasługuje na adekwatny szacunek, a jej argumenty unieważniają się z definicji. Podam najprostszy argument: „Co ci szkodzi posłać dziecko na religię?”. Taki argument zdradza, że moje decyzje światopoglądowe są śmieszne, nieważne i niepoważne, jeśli równie dobrze mogłabym posłać dzieci na religię (a z powodu jakiejś mało zrozumiałej fanaberii nie posyłam).

Co ciekawe, mało kto rozumie moją argumentację, że nie będziemy posyłać dzieci na religię „dla świętego spokoju”, jeśli sami nie praktykujemy, że chcemy żyć w zgodzie z sumieniem i nie uczyć dzieci hipokryzji i obłudy.

Stąd blisko do mojego przypuszczenia, że w wielu przypadkach religia w szkole niewiele ma wspólnego z wyznaniem wiary chrześcijańskiej, a za to łączy się z konformizmem i plemiennym rytuałem. Wielką rolę odgrywa tutaj instytucja pierwszej komunii, która jest największym elementem nacisku na rodziców małych dzieci: „Naprawdę chcesz im odebrać pierwszą komunię? (czytaj: prezenty i imprezę)”.

Dlatego chciałabym prosić wszystkich rodziców o chwilę refleksji nad pytaniem, czy szkoła to kościół. Proszę zauważyć, że nie poruszam w ogóle argumentów finansowych (a mogłabym, bo z moich podatków finansuję nauczycieli religii, na których moje państwo nie ma żadnego wpływu). I mam też prośbę, by pomyśleć o wszystkich dzieciach, które w szkole publicznej doświadczają wykluczenia, chociaż podobno Konstytucja RP gwarantuje nam wolność wyznania.

***

Czy religia jest ważniejsza niż dobrostan dzieci w szkole? Czy konformizm nami rządzi? Piszcie: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.