Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Urodziłem się w 1977 roku, dzieciństwo spędziłem w PRL. Mój ojciec pracował w socjalistycznej budżetówce. Od 1979 do 1989 roku co rok brał 1-2 miesiące bezpłatnego urlopu i jechał pracować fizycznie (choć ma dyplom studiów prawniczych i aplikację radcowską) na plantację tulipanów w Holandii. Za zarobione tam 5000 holenderskich guldenów (kto pamięta dzisiaj taką walutę?) przez cały rok mieliśmy na wakacje i remonty naszego podwarszawskiego domu postawionego przez pradziadka w 1933 r. Zarobione w Holandii nielegalnie (!) pieniądze były w Polsce warte dużo więcej niż całoroczne pensje moich rodziców.

Każdy z tych wyjazdów poprzedzony był wielodniowymi przygotowaniami dokumentów i aplikacji o wizy do Holandii (pobytowej) i Niemiec Zachodnich (tranzytowej!). Nie można było po prostu pojechać sobie do Zachodniej Europy. Czy ktoś urodzony po 1990 roku zdaje sobie dzisiaj z tego sprawę?

Wartownicze wieże na granicach

W 1988 roku tata zabrał mnie ze sobą w swą coroczną podróż do Holandii. Pojechaliśmy nawet trochę dalej. Wynegocjował bowiem z rodziną z Anglii, że wezmą mnie do siebie na lato, abym uczył się języka.

Ruszyliśmy naszym fiatem 126p do Holandii i stamtąd promem do Wielkiej Brytanii. Potrzebne były zatem aż trzy wizy do trzech krajów. Podróż trwała 36 godzin, bo maluch jechał po niemieckich autostradach max. 95 km/godz.

Do tego przekraczaliśmy aż cztery granice. Na każdej staliśmy w parogodzinnych kolejkach. Być może to banał, ale dzisiaj wydaje nam się, że granic w Europie nie ma i nigdy nie było.

Dla 11-letniego dzieciaka szczególnie traumatycznym przeżyciem był przejazd z Niemiec Wschodnich do RFN w Marienborn/Helmstedt. Granica wyglądała jak obóz koncentracyjny (były wieże z wartownikami i reflektorami), a kontrola na granicy prowadzona przez celników wyglądała jak przesłuchanie w Stasi (pewnie co drugi celnik był ich członkiem). Pamiętam do dziś, jak przeszukiwano nasze auto w poszukiwaniu przemycanych papierosów. Celnicy naprawdę odkręcali elementy tapicerki, aby pod nie zajrzeć!

Ledwie 12 lat później pojechałem już sam na studia do Kolonii. Ze zdziwieniem mijałem Marienborn/Helmstedt na autostradzie A2, gdzie stała jedynie stacja benzynowa ESSO i dawno nie było śladu po dwóch odrębnych państwach. Moja warszawska uczelnia SGH była już wtedy członkiem programu CEMS współfinansowanego przez europejski Erasmus. Za 400 niemieckich marek (kolejna nieistniejąca dzisiaj waluta) miesięcznie wypłacanych z europejskich funduszy spędziłem fantastyczne pół roku na wymianie w Niemczech. Do tej pory mam przyjaciół z tamtych czasów.

Rok później byłem na praktyce w Bielefeld w Niemczech, a moja dziewczyna z SGH (a dzisiaj moja żona) na Erasmusie w Paryżu. Co piątek wieczór jechałem do niej na weekend europejskim pociągiem Thalys z Kolonii przez Brukselę. Bez wiz! Bez kontroli! Przez trzy państwa w jeden wieczór!

Polska w Unii? Nawet o tym nie marzyłem

1 maja 2004, gdy Polska weszła do Unii, pracowałem w Nowym Jorku w korporacji, która była partnerem programu CEMS. Z polskimi przyjaciółmi poszliśmy na Greenpoint na festyn świętujący nasze wejście do Unii. Nie znaliśmy nikogo, kto był przeciw naszemu członkostwu w Unii.

20 lat po mojej pierwszej podróży do Anglii kupiliśmy dom we Francji, bez żadnych zbędnych formalności pobytowych. Codziennie jedziemy przez granicę do pracy, do Szwajcarii (bo choć Szwajcaria nie jest w Unii, to należy do strefy Schengen). Nasze dzieci mówią po polsku, francusku i angielsku.

Gdy miałem 16 lat i chodziłem do liceum, nie miałem pojęcia, że Polska będzie kiedykolwiek w Unii, że będziemy mogli swobodnie podróżować, a nawet żyć poza naszym krajem.

Moim marzeniem i planem na życie był wyjazd do Niemiec, nauka niemieckiego i nadzieja, że może kiedyś będę mógł pracować w jakiejś dobrej niemieckiej firmie w Polsce. Dalej wyobraźnia nie sięgała. Gdyby wtedy ktokolwiek powiedział mi, że będę pracował w Nowym Jorku, że będę mieszkał we Francji, że będę obywatelem świata...

I nie mam wątpliwości, że to wszystko możliwe było dlatego, że Polska weszła do Unii. I póki Unia trwa, Polska nie powinna jej opuszczać.

***

Za co kochacie Europę? Pamiętacie czasy, gdy nie byliśmy w UE? Napiszcie: listy@wyborcza.pl

Przypomnijmy, że chcemy współtworzyć Europę. I nie pozwolimy się z niej wyprowadzić! Dołącz do wydarzenia - Kocham Cię, Europo! Spotkajmy się 25 marca, by powiedzieć: Kocham Cię, Europo!

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.