Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Iran, koniec lat siedemdziesiątych. Wrzenie rewolucyjne w tym kraju narasta. Jadąc na budowę, zatrzymuję się przy stacji benzynowej, żeby zatankować samochód. Olbrzymia kolejka, bo stacja czeka na dostawę paliwa. Paliwa, którego jeszcze niedawno było w bród i stacje błagały kierowców, żeby u nich zatankować.

Nagle kolejka się rozpierzcha. Kierowcy trąbią, wyskakują z samochodów i tańczą z radości. Podbiega do mnie znajomy irański inżynier i mówi, że jak mi starczy do jutra paliwa, to niech jadę na budowę, bo dostali właśnie wiadomość, że szah nareszcie opuścił Iran. Jutro będę już mógł zatankować bez kolejki. On sam jedzie na budowę, bo paliwa starczy mu do jutra i jutro zatankuje już bez czekania w kolejce. Nie podzielałem jego przekonania.

Korzystając z zamieszania, podjechałem pod pompę w nadziei, że zostało tam trochę paliwa - przynajmniej dla obsługi stacji. Tańczący tłum zamarł, a pompiarz przeszył mnie takim spojrzeniem, że widziałem się już zlinczowanym przez tłum. Ratując się, skłamałem, że chcę jechać do polskiej ambasady, bo świętujemy tam wypędzenie szaha. Tłum zawył z zachwytu, a pompiarz zatankował mi bak do pełna.

Jadąc następnego dnia na budowę i widząc tego samego inżyniera stojącego w jeszcze dłuższej kolejce, nie wytrzymałem. Zatrzymałem się, podszedłem do niego i udając zdziwienie, zapytałem o tę kolejkę. Przecież szaha już nie ma! Stropił się, ale nagle zobaczyłem błysk w oczach - znalazł rozwiązanie zagadki. „Pomyliłem się - mówi - to nie wyjazd szaha, ale przyjazd Chomeiniego spowoduje, że znikną wszelkie kolejki”. Nie muszę dodawać, że nie miał racji.

Wiele lat później, stojąc do odprawy celnej na lotnisku w jednym z krajów arabskich i widząc, z jaką satysfakcją celnicy rozgrzebują walizy obcokrajowców, denerwowałem się, co ten celnik zrobi z tak misternie poukładaną zawartością mojej małej walizeczki. Gdy przyszła moja kolej, bez wezwania otworzyłem torbę i wręczyłem celnikowi paszport. Uśmiech rozjaśnił mu twarz. Nie zaglądając nawet do walizki, sam ją zamknął i poklepując mnie po plecach, wręczył mi paszport, mówiąc: „Walesa good!”. Zobaczyłem podziw na twarzach współpasażerów. Byłem dumny, że jestem Polakiem.

Ten prosty człowiek, zwykły elektryk, bardziej rozsławił Polskę niż niejeden wybitny intelektualista. Bo trafił pod strzechy, do milionów prostych ludzi. Pokazał im ich wartość.

Dzięki swojemu sprytowi potrafił wykołować komuchów i wyrwać Polskę z ich łap bez rozlewu krwi! Bo stacjonująca w Polsce sowiecka armia szukała tylko pretekstu, żeby rozprawić się z niepokornymi Polakami!

Teraz, gdy słyszę tę sforę kundli obszczekujących Wałęsę, jest mi wstyd, że jestem Polakiem.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.