Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Boli mnie, co PiS wyczynia. Wiem, jak wielkie zagrożenia to powoduje, dlatego też często myślę, co zrobić, by w najmniej kosztowny sposób „dobrą zmianę” od władzy odsunąć.

Co jakiś czas publikowane są sondaże, które pokazują utrzymujące się poparcie dla partii, która burzy demokrację, gwałci konstytucję, łamie prawo, obiektywizm działań prokuratury i próbuje zniszczyć niezawisłość sądów, wprowadza podziały, które trudno będzie zniwelować, posługuje się językiem kłamstwa i nienawiści, wspiera ksenofobię, chamstwo, realizuje własne interesy wprowadzając nepotyzm na niespotykaną dotąd skalę. Dlaczego tak się dzieje?

Kłamali, bo byli za dobrze wychowani

Już przed ostatnimi wyborami żyliśmy w rzeczywistości, która nie całkiem odpowiadała prawdzie i posługiwaliśmy się dla jej opisu pewnymi uproszczeniami, ale moim zdaniem było tak ze współczucia i litości. Może też z chęci bycia uznawanymi za dobrze wychowanych, a także właśnie z powodu takiego wychowania.

Klasycznym przykładem było odpuszczenie wyjaśnienia wszystkich okoliczności katastrofy smoleńskiej. Oczywista prawda (jak często mawia prezes nawet, gdy nie jest oczywista), że największą odpowiedzialność moralną za to, co stało się w Smoleńsku, ponoszą bracia Kaczyńscy, a zwłaszcza Lech, była tłumiona i pomijana ze względu na współczucie oraz z powodu przekonania w Polsce powszechnego, że o umarłych nie wolno mówić inaczej jak dobrze.

To dlatego też nikt nie ośmielał się wyrażać wątpliwości, czy Jarosław Kaczyński mówił prawdę o przebiegu swojej ostatniej rozmowy telefonicznej z bratem i nikt nie powiedział, że jeśli nie kłamał, to wystawił bratu najgorsze z możliwych świadectwo, czym prezydent się zajmował się w ostatnich minutach lotu, zamiast podjąć decyzję, by nie ryzykować życiem swoim i 95 innych osób. Ostatni odczyt nagrań z kabiny Tupolewa nie pozostawia wątpliwości, że Lech Kaczyński wiedział o warunkach uniemożliwiających lądowanie.

Zamiast wskazać odpowiedzialnych za to, że w ogóle uroczystości były organizowane na przekór zdrowemu rozsądkowi, woleliśmy zająć się ogólnonarodową żałobą, budowaniem mitu wielkiego prezydenta i okazywaniem współczucia dla Jarosława, który świetnie wykorzystał ten moment i uprzedził ewentualny atak na siebie. Zbudował narrację o zamachu i spisku Tuska z Putinem. Dobrze wiedział, że opinia publiczna, a zwłaszcza jej część podatna na wszelkie teorie spiskowe, musi mieć wskazanego konkretnego winowajcę, bo świadomość, że o tym, co się dzieje najczęściej decydują zjawiska, prawa natury, czy przypadek jest im zupełnie obca i niepojęta.

Dlaczego „moje kłamstwo jest mojsze”

Fikcyjna rzeczywistość, którą PiS tworzył od wielu lat, dotyczy nie tylko katastrofy smoleńskiej. PiS-owi udało się stworzyć przeświadczenie, że polska polityka jest zbudowana dwubiegunowo i związana z równouprawnionymi wizjami. Jedna wizja to wizja PiS-u, a pozostałe to mainstream. Wszelkie fakty nie są obiektywne, bądź fałszywe, lecz jedne sprzyjają, a inne nie - danej wizji. PiS dzięki temu wywalczył sobie prawo stosowania manipulacji, fałszu i kłamstwa, jako uzasadnionej, uprawnionej narracji sprzyjającej jednej stronie i przekonaniu, że ta druga narracja też nie jest obiektywnym przedstawieniem rzeczywistości, ale jest tak samo kłamliwa, tyle tylko, że jest im przeciwna. Dzięki temu kłamcy i manipulanci PiS-u uzyskali równoprawne warunki na głoszenie swych kłamstw w mediach, które robiły wszystko, by nie być uznanymi za nieobiektywne i sprzyjające tylko jednej stronie. W ten sposób PiS stworzył fałszywy obraz polityki, gdzie linia podziału przebiega, nie między prawdą a fałszem, tylko między kreacją przez PiS stworzoną i przeciwstawną jej.

Tak więc mamy teraz media typowo PiS-owskie, gdzie nie przedostanie się żaden fakt sprzeczny z interesem PiS-u i media, które próbują w jednakowy sposób traktować kłamstwo i prawdę, by nie być oskarżonymi o brak obiektywizmu, co oczywiście daje PiS-owi olbrzymią przewagę.

Mając już media sobie przychylne PiS potrafił to wykorzystać i stworzyć obraz polskiej rzeczywistości, w którym oni są obrońcami tradycyjnych wartości, wiary, patriotyzmu, a ci którzy w to nie wierzą, nie dali się na to nabrać, są gorszym sortem, zdrajcami i oderwanymi od koryta złodziejami, komunistami, potomkami gestapowców, żydami i agentami obcych państw, w szczególności Niemiec i Rosji.

W tak stworzonej rzeczywistości PiS jest odporny na wszelkie ciosy z zewnątrz i unika konsekwencji swoich błędów, kłamstw, a nawet jawnych działań na szkodę Polski, takich jak łamanie konstytucji, dewastacja Trybunału Konstytucyjnego, burzenie systemu edukacji, czy pozostawianie Macierewicza na stanowisku szefa MON, mimo zupełnie wyraźnych dowodów jego szkodliwości, a nawet braku kontaktu z rzeczywistością.

W świecie, który PiS nam zafundował, nie są to fakty obiektywne, a tylko coś, co się komuś wydaje w zależności od tego, którą stronę popiera.

Kłamliwa „metoda” PiS

By zobrazować, jak trudno jest bronić się przed PiS-owskim kłamstwem, warto pokazać przykład tego, co działo się w mediach publicznych w ostatnich latach.

W latach 2005 -2007 PiS wykorzystując swoją pozycję, poparcie SLD oraz przygotowane przez nich specjalnie rozwiązania prawne natychmiast wprowadził do telewizji publicznej swoich agitatorów. Po przejęciu władzy przez PO i PSL praktycznie nie dokonano żadnych zmian w publicznych mediach, mimo tego, że ekipa tam obecna była wrogo nastawiona do działającego w tym czasie rządu. Dopiero po ustawowej zmianie w Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji Platforma Obywatelska usunęła, ale przecież nie obiektywnych dziennikarzy, a propagandzistów, i wprowadziła takich, którzy w jakiś sposób gwarantowali obiektywizm.

Ale przy narracji, gdzie świat jest albo za lub przeciw nim, PiS ten krok nazwał czystką i wprowadzeniem swoich. Dzisiaj, gdy partia Kaczyńskiego zniszczyła całkowicie obiektywizm telewizji publicznej i zwolniła dosłownie wszystkich nieposłusznych dziennikarzy, zastępując ich im służalczymi, politycy PiS-u nazywają to przywróceniem obiektywizmu i mogą tak właśnie mówić dzięki temu, że wcześniej zarazili nas dwubiegunową kreacją świata, którą powyżej opisałem.

Jak skuteczna jest to broń, niech świadczy fakt, że często i dziś pojawiają się komentarze osób nawet PiS-owi nieprzychylnych, którzy dwie wymiany ekip w telewizji równoważą mówiąc, że i jedni i drudzy robili to samo - „wstawiali swoich”.

Podobną metodę zastosował PiS w przypadku wyborów sędziów Trybunału Konstytucyjnego. To prawda, że Platforma Obywatelska nadużyła prawa, by wybrać o dwóch więcej sędziów. Jednak nikt z Platformy Obywatelskiej nie odważył się powiedzieć, że zrobiono tak, żeby uniemożliwić PiS-owi wybór do sądu konstytucyjnego, nie ludzi o wysokim i niepodważalnym autorytecie moralnym i zawodowym, a funkcjonariuszy partyjnych. To był cel ze wszech miar godzien pochwały, ale nikt z polityków PO nie mówił, że tak właśnie było.

Wizja sceny politycznej, wmówiona nam, umożliwia zrównanie wyboru godnych zaufania sędziów z wyborem polegającym na skierowaniu do TK osób, które gwarantują orzekanie zgodne z wolą Jarosława Kaczyńskiego.

Co robić z kłamstwami?

Ulegając schematowi umiejętnie nam narzuconemu przez Jarosława Kaczyńskiego nie zwalczymy tego nowotworu, który toczy Polskę i przerzuca się na coraz to inne obszary. Musimy przyjąć prawdziwą diagnozę i zastosować takie środki i leczenie, które ma szansę pacjenta postawić na nogi. Nie możemy żyć w świecie, który z rzeczywistością nie ma nic wspólnego. Musimy mówić prawdę bez względu, jak będzie trudna, bolesna i po imieniu nazywać to, czego doświadczamy. Postępować tak, jak zdarzenia w Polsce na to zasługują.

Zajmujemy się bzdurami i rzeczami, które w najmniejszym stopniu nie stwarzają dla nas zagrożeń, a zapominamy o tym, co godzi w naszą wolność i egzystencję ekonomiczną.

Andrzej Duda nie zasługuje na szacunek po tym jak złamał konstytucję nie zaprzysięgając trzech prawidłowo wybranych sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Prezydent nie ma przecież prawa, kompetencji do oceny, czy działania Sejmu były zgodne z konstytucją, a tym bardziej orzeczeń TK. Podobnie jak nie ma prawa żaden obywatel w Polsce sprzeciwiać się ostatecznym wyrokom sądów.

Nie powinniśmy wobec tego cieszyć się z obecności gwałciciela konstytucji, krzywoprzysięzcy na imprezach sportowych, czy kulturalnych, a jeśli chce się tam pokazywać, powinny go witać gwizdy i okrzyki przypominające kim on właściwie jest.

Nie możemy umożliwiać PiS-owi zarażanie Polaków łgarstwem i mataczeniem traktując kłamstwo na równi z prawdą. Nie powinniśmy nazywać mijaniem się z faktami sytuacji, gdy ktoś z pełną świadomością i premedytacją kłamie. Nie możemy uznawać i uwiarygodniać PiS-owskiego prawa uchwalonego z pogwałceniem konstytucji. Nie możemy, tak jak to robi opozycja, wnosić spraw do nielegalnego Trybunału Konstytucyjnego. Trybunał Konstytucyjny już nie istnieje i musimy przyjąć tę trudną prawdę i dawać wyraz temu, że naprawdę tak uważamy. Że demokracja jest łamana, a budżet został uchwalony niezgodnie z prawem.

Musimy przestać wreszcie mieć skrupuły przed wskazywaniem Jarosława Kaczyńskiego wspólnie z bratem jako odpowiedzialnych za katastrofę smoleńską. Pokażmy też hierarchom kościoła katolickiego, że interesowne poparcie rzekomo dobrej zmiany, a więc tych niegodziwości i postępków zupełnie sprzecznych z tym, co kościół głosi, musi odbić się na ocenie kościoła przez wiernych, a najlepiej, by miało to wyraz w datkach i frekwencji na kościelnych obrzędach.

Nie rozumiem dlaczego media, które chcą być obiektywne, tak unikają głoszenia prawdy? Po co zapraszają kłamczuchów z PiS i dziennikarzy im sprzyjających, dając im szansę rozprzestrzeniania kłamstw i manipulacji. Dlaczego nie zaczynają wszelkich swoich programów informacyjnych od prostego stwierdzenia: dzisiaj mija taki, a taki dzień złamania Konstytucji przez prezydenta Andrzeja Dudę oraz taki, a taki dzień od złamania Konstytucji przez Beatę Szydło?

Jeśli nie chcemy tego nazywać po imieniu, jeżeli nie chcemy wyrażać tej prawdy, to dlaczego ludzie uwiedzeni PiS-em mieliby do niej dotrzeć i z nią się zgodzić? Jeżeli dalej będziemy odpuszczać po to, by nie zaogniać debaty, skazujemy się na porażkę i czekanie bezczynne na odrzucenie PiS-u od władzy dopiero po tym, gdy dzisiejsi ich zwolennicy odczują ekonomiczne skutki nieudolnych rządów, oderwanych od ekonomii, dewastujących pozycję Polski. To stanie się prędzej czy później, ale czy możemy czekać do czasu, gdy kraj nasz stanie na krawędzi bankructwa? Siły dzisiaj przez PiS wspierane i hołubione mogą wykorzystać zamęt, który wtedy nastąpi. Czy możemy tak ryzykować?

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.