Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

 Nie trzeba czekać na wrzesień 2017 roku, by się przekonać, jakie są skutki nieprzemyślanych decyzji w oświacie, które podejmuje się wyłącznie z powodów politycznych, bez konsultacji społecznych, bez przygotowania i wyłącznie na złość poprzedniej ekipie rządzącej.

Gdy PiS wygrał, szybko postanowił zatrzymać w przedszkolach sześciolatki, urzeczywistniając projekt domorosłych specjalistów od oświaty - państwa Elbanowskich. Ta jedna decyzja – o likwidacji obowiązku szkolnego dla sześciolatków – wywołała prawdziwy efekt domina w szkołach podstawowych i przedszkolach. Wszyscy niby wiedzą, że w ten sposób rzesze trzylatków nie znalazły miejsca w przedszkolach, że matki, które planowały powrót do pracy, musiały zrewidować swoje plany zawodowe albo szukać pieniędzy na prywatne opiekunki. Dla władzy, która kieruje się wyłącznie żądzą odwetu, a edukacja dzieci ma służyć ich politycznym celom, nie jest to oczywiście żaden problem. Bo to państwo ma służyć rządzącym, a nie rządzący państwu. Tak, jesteśmy republiką bananową, czas to powiedzieć głośno.

My nie zatrzymaliśmy naszego sześciolatka w przedszkolu na drugi rok i we wrześniu 2016 r. nasze dziecko poszło do pierwszej klasy, bo tak się z nim umawialiśmy (umowy z dziećmi są ważne i trzeba ich dotrzymywać), bo dziecko chciało iść do szkoły, bo było gotowe, bo kolejny rok w przedszkolu byłby dla niego karą (po co siedzieć jeszcze rok w tej samej grupie i robić ten sam materiał?). I dziecko poszło do pierwszej klasy, dumne ze swojego nowiutkiego tornistra. Niestety szybko się okazało, że jest jedynym sześciolatkiem w jedynej klasie pierwszej (bardzo dużej rejonowej szkoły podstawowej). Poza naszym sześciolatkiem w klasie pierwszej znalazło się kilku uczniów drugorocznych (bo pozwolono zostawiać – bez wyraźnego uzasadnienia – dzieci na drugi rok w pierwszej klasie) oraz uczniowie siedmioletni z tzw. odroczeniami, którzy rok wcześniej uniknęli obowiązku szkolnego na podstawie opinii z poradni. Do szkoły nie przyszły za to „zwykłe” sześciolatki, bo zostały w przedszkolach. W ten sposób rzesza uczniów trudnych i z ewidentnymi zaburzeniami nie miała szansy „rozpłynąć się” w masie uczniów bardziej standardowych i powstało coś na kształt getta gromadzącego te wszystkie trudne przypadki.

I okazało się, że naszego sześciolatka zapisaliśmy do czegoś na kształt poprawczaka, bo taka kumulacja trudnych przypadków w jednej grupie rówieśniczej to mieszanka wybuchowa. Na porządku dziennym jest przemoc – fizyczna i werbalna, kradzieże, dręczenie i poniżanie słabszych. Wychowawca z trudem próbuje nad tym zapanować, bo – mówiąc wprost – część tych trudnych dzieci ma trudnych rodziców, którzy nie widzą problemu w tym, że ich dziecko bije i wyzywa innych, co więcej, sami przyznają, że uczą dzieci, jak się mają „bronić”, i że dają im pozwolenie na bicie i agresję w rzekomej „obronie własnej”.

W klasie tej na przerwach wychowawca zamyka na zapleczu dziewczynki, by w taki sposób bronić je przed agresją chłopców. O nauce nie ma w ogóle mowy, bo cały wysiłek nauczycieli idzie na zapewnienie minimum bezpieczeństwa fizycznego dzieciom. Przez ostatnie pół roku nasze dziecko, które z taką radością szło do szkoły, zostało wielokrotnie okradzione. Narażone było na popychanie, bicie i kopanie. Usłyszało, że jest „gównem”, a jego rodzice to „śmieci”. Jest świadkiem bójek i dręczenia słabszych. Zetknęło się z czymś, co przerasta jego siły.

A to wszystko z powodu jednej małej decyzji dotyczącej jednego rocznika dzieci. Teraz idzie zmiana, która dotyczyć będzie wszystkich dzieci, nauczycieli, budynków i programów nauczania.

Wiem, że to wszystko zmierza do katastrofy, której ofiarami będą nasze dzieci – tak jak ofiarą jednej nieodpowiedzialnej decyzji jest moje dziecko. Ale Zalewska zrobi wszystko, by przypodobać się Kaczyńskiemu, a ofiara z naszych dzieci jest czymś, co chętnie złoży mu u stóp, z tym swoim sztucznie przyklejonym uśmiechem na twarzy.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.