Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Mam na ten temat swoje zdanie, dość dobrze umocowane w rzeczywistości, nie zamierzam się jednak wdawać w jałowe spory i toczyć bezsensownych debat, czy należy myć ręce, czy nogi. W dalszym ciągu uważam, że jednym ze szczytowych osiągnięć demokracji jest pilot do telewizora. Żadnego politycznego ani nawet zahaczającego o politykę komentarza tym razem więc też nie będzie. Niemniej jednak chciałbym zaprotestować i to zaprotestować bardzo głośno.

Poprawcie mnie, jeśli nie mam racji. Nie muszę. Tylko błagam, bez obelżywych słów, które nic nie wnoszą, lecz jedynie niszczą. A tego mamy ostatnio zdecydowanie za dużo.

TVP to telewizja utrzymywana za państwowe, a więc moje i twoje, i cioci Kasi, pieniądze. Od prywatnych stacji różni się tym, że wolno jej mniej. Jeśli pan X albo pan Y w swojej własnej stacji zechce wygłaszać głupoty albo je usilnie promować - jego sprawa. O pilocie pisałem już wcześniej. Analogicznie rzecz ma się do tego, co pan X zaprezentuje na swojej antenie - mam na myśli warsztat, poziom intelektualny czy wrażliwość. A nawet rzetelność. W gruncie rzeczy nie obchodzi mnie i nie musi  obchodzić ani pan X, ani pan Y, ani jego program. TVP obchodzi mnie o tyle, że nie tylko ściąga ze mnie przymusowy haracz, którym później finansuje swoje produkcje. Jest też - albo może przede wszystkim, tak przynajmniej być powinno - podstawowym źródłem informacji, od którego mogę (jeśli  zechcę) rozpoczynać dalszą wędrówkę po kolejnych kanałach. W zamian za opłatę abonamentową i przywilej korzystania z zaszczytnego tytułu "Mediów Narodowych" oczekuję niewiele: nieodbiegającego od ogólnie przyjętych standardów poziomu prezentowania informacji oraz nieprzynoszenia mi wstydu. Myślę, że naprawdę nie są to oczekiwania zbyt wygórowane.

Teraz już krótko. W dniu wczorajszym telewizja narodowa zafundowała mi (i każdemu, kto to oglądał) taki pokaz ignorancji i buractwa, że zmuszony byłem ze zdziwienia przecierać oczy. To się nie dzieje naprawdę! A jednak się działo. Potworną tragedię, jaka wydarzyła się zaledwie 600 kilometrów od Warszawy, relacjonowano na antenie TVP Info, jedynej - przypomnę - telewizji INFORMACYJNEJ dostępnej w pasmach naziemnych, a więc ogólnodostępnych w taki sposób, jakby przedstawiano relację z dożynek w Górnej Pipidówie. Rozumiem czas niezbędny do zebrania informacji, zawezwania ekspertów itd. Czym jednak wytłumaczyć ten koszmarny popis niekompetencji, jaki nastąpił po ściągnięciu z anteny redaktora Klarenbacha i zastąpieniu go Eweliną Lisowską śpiewającą swój największy przebój o włączaniu niskich cen?

Na czerwonym pasku informacja o tragedii dotykającej nas wszystkich. Na antenie debiutantka (?) łykająca nerwowo ślinę i zadająca tak idiotyczne pytania, że zatkało nawet zaproszonego naprędce do studia eksperta. Później zaś chwiejący się na nogach "specjalny wysłannik TVP" do Berlina, z petem w dziobie usiłujący zaczepić zabieganego strażaka - ten obrazek na szczęście prędko zniknął z ekranu, zastąpiony ponownie przerażoną debiutantką, która zdołała się po drodze nieco pozbierać. Nic to jednak nie dało, gdyż "specjalny wysłannik", teraz tylko słyszalny, nie potrafił odpowiedzieć na żadne jej pytanie. Z przekazu wynikało jedynie, że nic nie wie, bo stoi jakieś 500 metrów od ciężarówki, która doprowadziła do tragedii. Gdy pokazano go ponownie, zdążył się już pozbyć peta i cokolwiek ogarnąć. Nie udało mu się pozbyć jednak głupawego, drwiącego uśmieszku, z którym trwał przez całą relację, stojąc plecami do miejsca, gdzie ratowano rannych i pakowano w plastikowe worki zabitych.

Sytuację usiłowali ratować nieco bardziej doświadczeni dziennikarze, którzy przejęli później pałeczkę. Co z tego jednak, skoro relację (wydanie specjalne!) przerwano, aby nadać... program satyryczny. Bredzący pan Ziemkiewicz i bredzący pan Wolski uzupełnili bredzącego pana Gmyza i w ten sposób tragedia w Berlinie sprowadzona została do poziomu wspomnianych wcześniej dożynek.

Ergo może być tylko jedno. Taki wstyd, jaki zafundowała widzom i samej sobie telewizja publiczna, powinien znaleźć się w annałach dziennikarstwa. Ku przestrodze. Podaruję sobie wyżywanie się na dziennikarzach, ale od czegoś w telewizji jest prezes. Panie Prezesie Jacku Kurski, larum grają. To, co wczoraj pokazała pańska telewizja, to było dno i dwa metry mułu. Pull up. Terrain ahead.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.