Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Dożyliśmy takich czasów, że zanim coś się wydarzy, już zostanie sfotografowane, nagrane i udostępnione w portalach społecznościowych. Kiedyś tak nie było.

Dziś wyświetliło mi się to zdjęcie. Sprzed 35 lat. Zrobił je sąsiad, który mieszkał piętro, może dwa niżej. Po 35 latach zobaczyłam widok z okna mojego pokoju w tamten dzień. Identyczny, jaki miałam w pamięci.

W niedzielę rano tata z bratem pojechali samochodem do rodziny na wieś. Na tej wsi dziadek Marian, potocznie zwany Maniolka, miał w torbie podróżnej ubite pół świniaka i trzeba to było zwieźć do Łodzi na święta. Jak szybko wyjechali, tak szybko wrócili. Na rogatkach stało wojsko i zawracało. Coś się stało. Miałam wtedy 12 lat, więc czy był "Teleranek", nie pamiętam, bo już byłam za duża. Poza tym u nas w domu telewizor włączało się od święta, a świąt przecież jeszcze nie było.

Ledwo tata z bratem wrócili, na sąsiednią posesję Piotrkowska 260 zajechały zomosuki. Tłukli się nie na żarty. Do budy, którą widziałam z okna, wrzucili ludzi. Ludzie zaczęli w budzie śpiewać i rozkołysali ją tak, że się prawie przewróciła. Podszedł ormowiec, zapuścił gazu i ucichło.

Potem puściliśmy TV, wysłuchaliśmy generała. Pod domem zrobiła się kolejna zadyma, waliło gazem, miło nie było. Podjechał wóz opancerzony z lufą i zatrzymał się na rogu. Jak spojrzycie na foto, to dokładnie zza ruin kamienicy wystawała lufa.

Byłam wtedy wzorową uczennicą i coś mi się wydawało, że szkoły w poniedziałek nie będzie i nie trzeba lekcji odrabiać. Około 17 powiedzieli, że nie trzeba. Pod domem tłukli się do wieczora. Tata na chwilę wyszedł popatrzeć, ale szybko wrócił, bo oczy łzawiły.

W poniedziałek wprowadzili przepustki, a nas, dzieci, zawieziono do dziadków. Właściwie to do babci, bo Maniolka gdzieś z tą świnią utknął. Telefony były głuche. To siedzieliśmy z bratem u babki i nudziliśmy się przeraźliwie, bo na dwór był szlaban. Około środy przyjechał Maniolka z torbą. W torbie zawinięta w szary papier – świnia. Okazało się, że dziadek, jak się dowiedział, że wojna, to od razu na własną rękę postanowił wrócić do domu. Dwa dni czekał na dworcu w Gostyninie na pekaes. Jak mu się udało przemycić ubite pół blondyny przez kontrolne bramki? To już zostanie jego tajemnicą.

Na miejscu ruin widocznej na zdjęciu kamienicy dziś stoi chiński hotel. Na widocznym zburzonym pięterku ponoć przed wojną był burdel.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.