Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Szukając w internetowej przestrzeni wspomnień i artykułów o Leonardzie Cohenie, zastanawiałam się, czy opisanie jednego z najbliższych mi współczesnych artystów jest zadaniem łatwym i właściwym. Okazuje się bowiem, że czasem chciałoby się tak wiele powiedzieć, lecz zwyczajnie brakuje słów które mogłyby wyrazić własne przemyślenia. Ponadto takie wyznania uważam za niewątpliwie osobiste, zwłaszcza jeśli w podobny sposób odbieram twórczość Cohena.

Z bezmiaru słów, jakimi mogłabym Go opisać, wyłania się obraz twórcy, który wykorzystał wyjątkowy potencjał literacki, aby przekuć go w liryczną opowieść, jaką zawarł. w swoich piosenkach i wyśpiewał niepowtarzalnym głosem. Tę na poły autobiograficzną "muzyczną historię" tworzą słowa: niezwykle silnie zapadające w pamięć, będące połączeniem aspektów związanych z miłością we wszelkich jej przejawach - od tej czysto fizycznej po duchową, a także wewnętrznym niepokojem, wrażliwością, poszukiwaniem harmonii i wolności w jakże niespokojnym, "rozedrganym" świecie. Zanurzając się w świecie słów, melodii i wyjątkowego głosu, odnajduję - i myślę, że podobnie czyni wielu wiernych słuchaczy Leonarda - swoiste poczucie bezpieczeństwa, że Ktoś potrafił wyrażać myśli i uczucia tym, które są tylko z pozoru oczywiste; towarzyszy temu również silna potrzeba nostalgii, czyniona powoli, bo Leonard nie spieszył się wykonując swoje utwory, celebrował słowa, jak w piosence "Slow" z przedostatniej płyty "Popular problems":

"I'm slowing down the tune,
I never like it fast
You want to get there soon
I want to get there last".

Jakże często chciałoby się wykrzyczeć losowi, że parafrazując słowa jednej z piosenek "w moim sekretnym życiu" nie ma miejsca na odchodzenie, Ci których podziwiamy powinni przecież towarzyszyć nam do końca. Nawet, jeśli wiemy, że pozostaną płyty i książki, przekonanie, że ich autor był tutaj wśród nas, czego niektórzy doświadczali namacalnie podczas koncertów, było czymś niezwykle istotnym, taką swoistą duchową, zakamuflowaną więzią, że jesteśmy razem na tym świecie. Lou Reed powiedział kiedyś: "Powinniśmy być wdzięczni, że żyjemy w tym samym czasie co Leonard Cohen". Jestem wdzięczna, że dane mi było dzielić wiele lat z tą świadomością. Leonard Cohen miał zwyczaj zachowywać pewną "elegancką rezerwę" wobec siebie i świata, dlatego też warto mieć nadzieję, że możemy Go wciąż spotykać tutaj na ziemi, słuchając i czytając Jego poezję, a wtedy nie będziemy zmuszeni powiedzieć "tak długo kazałeś nam czekać, Leonardzie".

Kilka lat temu, miałam okazję uczestniczyć w koncercie Cohena, a emocje, jakich wówczas doświadczyłam, próbowałam przelać na papier. Ośmielę się podsumować nimi moją wypowiedź.

Z zamglonych pejzaży wyobraźni
niewidzialnych podszeptów snów
wyłania się obraz wspomnienia
tak bliski jak tembr głosu
i odległy niczym myśli
wśród gasnących świateł scenicznych lamp.

Głos zniewala
słowa przychodzą i odchodzą
ze swym bagażem prawd.
Dokąd poszłabym za tym głosem
I czy odnalazłabym jeszcze siebie?

Zmęczona noc rozrywa już swe barwy
płyta milknie ostatecznie.
Zostaje sama ukołysana muzyką ciszy
i odchodzę - śniąc o Twym niebieskim prochowcu. 

ZA CO KOCHAŁAŚ/EŚ LEONARDA COHENA? 
KTÓRE JEGO WIERSZE i PIOSENKI BYŁY DLA CIEBIE NAJWAŻNIEJSZE?
NAPISZ DO NAS NA LISTY@WYBORCZA.PL.
WASZE WSPOMNIENIA OPUBLIKUJEMY NA WYBORCZA.PL. 

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.