Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Nie inaczej jest z ustawą "Za życiem”, która jak to już się powoli staje tradycją, przeszła jak burza przez nasz parlament. Zdaje sobie sprawę, że w dyskusji toczącej się na ten temat podniesiono już wiele argumentów, zwłaszcza natury emocjonalnej. Pomijając fakt, że jest to przejaw patologii moralnej, bo jak można traktować wyborcę jak prostytutkę, która dla pieniędzy gotowa jest zrobić wszystko, pragnę podejść do tematu pod względem praktycznym.

Po pierwsze więc, w doktrynie nauk prawniczych uważa się, że ustawodawca, uchwalając prawo, stara się tym sposobem osiągnąć jakiś cel. Ulga podatkowa na cele budowlane ma na celu zachęcenie ludzi do inwestycji w mieszkania, do remontowania. Kara więzienia za popełnienie przestępstwa pełni funkcję prewencyjną, ma odstraszać potencjalnych sprawców. Można powiedzieć: to nic nie daje, wyremontuję, jak będę chciał, albo przestępstwa i tak będą popełniane. Tak, ale czy ktoś się zastanowił, jak wyglądałaby nasza rzeczywistość bez tych regulacji? Wracając do naszej ustawy - jaki cel miał nasz ustawodawca? No właśnie. Bo przecież nie ochronę życia. "I rzecz szczególna, ten sam płód, nad którym trzęsą się ustawodawcy, póki jest w łonie matki, w godzinę po urodzeniu traci wszelkie prawa do opieki prawnej, może zginąć pod mostem z zimna, gdy matka - którą jej 'święte' macierzyństwo czyni nieraz wyrzutkiem społeczeństwa - nie ma dachu nad głową” - napisał Boy-Żeleński ponad 70 lat temu i nic się nie zmieniło. Zamiast zapewnić środki na opiekę nad dzieckiem, przekupuje się wyborcę, aby osiągnąć doraźne cele polityczne. I to jest właśnie największą klęską aktualnego, tak zwanego ustawodawcy. Przedmiotowe i absolutnie bezrefleksyjne traktowanie prawa. 

Po drugie, nawet jeśli prawo zostało uchwalone "na Kubusia Puchatka”, czyli bez głębszych przemyśleń na temat długofalowych efektów i dla osiągnięcia doraźnych celów politycznych bądź dla odwrócenia uwagi opinii publicznej od innych, znacznie dla niej groźniejszych ustaw, to nie znaczy, że nie wywołuje skutków.

Tak więc do czego zachęca państwo? Do rodzenia chorych dzieci w zamian za bonus. Może nie każdy się na to skusi, ale z całą pewnością znajdzie się ten i ów potrzebujący gotówki obywatel, który postara się pomóc swojemu szczęściu. Nie od dziś słyniemy jako naród kombinatorów. Polak potrafi. Zaczynając od ordynarnego dawania lekarzowi w łapę aż po bardziej kreatywne rozwiązania, paleta możliwości jest szeroka. Nie zawsze musi się udać, ale spróbować zawsze warto. "Stefan, kopnij mnie w brzuch, to dostaniemy cztery koła” albo ”Stefan, napijmy się jeszcze tego denaturatu, warto” - to też jest warta do przemyślenia opcja dla niektórych spragnionych obywateli. Czy któryś z panów posłów o tym pomyślał?

Po trzecie, skoro już obecnie wiadomo, że będą problemy z pokryciem kosztów 500+, to dlaczego rząd wprowadza następne "plusy”? Przecież to niewykonywalne. A jeśli już teraz wiadomo, że nie będzie na to pieniędzy, to po co prawo, które jest tylko na papierze?

Po czwarte, załóżmy, że społeczeństwo weźmie na serio PiS i przybędzie nam masowo upośledzonych dzieci. Czy rząd myśli, że po porodzie rozpłyną się we mgle? To są ludzie wymagający dożywotniej profesjonalnej opieki, co również kosztuje. A o tym nikt nie myśli, zamiast tego atakuje się WOŚP, która tak naprawdę może pomóc. Brutalnie rzecz ujmując, PiS nie może na to liczyć, że wszystkie dzieci poumierają.

Ale o tym wszystkim nikt najwyraźniej nie myśli, liczy się to, co teraz. O przyszłość niech się martwią inni, po nas choćby potop. 

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.