Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

To był jeden z tych szarych zimowych dni, w które mało komu chce się wychodzić z ciepłego mieszkania. W naszym domu jednak panowała radosna atmosfera powiązana bezpośrednio z moim syndromem wicia gniazda. Przyszli teściowie wytapetowali już pokoik, w planach było kupno łóżeczka i innych drobnych akcesoriów dla dzieci, bez których tak trudno jest się obyć w dzisiejszych czasach. Byłam w 23. tygodniu ciąży, nasz ukochany Wojtuś dawał już znać o sobie i wszystko wskazywało na to, że jeszcze tylko kilka miesięcy i dołączy do nas.

Dziś minęło osiem miesięcy, a ja wybieram znicze na jego malutki grobik gdzieś na samym końcu cmentarza.

Dzień wcześniej odbyłam planowaną wizytę u jednego z lekarzy. Na moją opuchliznę, lekki białkomocz i delikatne plamienia lekarz zareagował spokojnie, zalecając odpoczynek, wykluczenie z diety soli i obserwację.  

Nigdy nie zapomnę tego dnia i mojego stoickiego spokoju. Bo przecież lekarz mnie zbadał, wszystko jest w porządku, plamienie ustało. A że trochę boli mnie głowa i wyglądam inaczej niż kilka dni wcześniej... Byłam pewna, że to normalne, że kobieta w ciąży jest czasem opuchnięta. Na szczęście mój narzeczony był obok. Niepokoił się, więc by go nieco uspokoić, zaczęłam grzebać w internecie w poszukiwaniu moich objawów.

Wtedy po raz pierwszy przeczytałam o stanie przedrzucawkowym (gestozie/zatruciu ciążowym).

Chociaż opuchlizna nie zalicza się już do objawów gestozy, często również towarzyszy białkomoczowi i nadciśnieniu. To właśnie tej ostatniej zmiennej mi brakowało. Wysłałam więc narzeczonego do najbliższej apteki po ciśnieniomierz. Pierwsze pomiary wykazały 170/100 mm Hg.

Nie chciałam panikować. Nie jestem typem panikary. Dla pewności pojechaliśmy do tej samej apteki, by na miejscu je zweryfikować. Potem wydarzenia nabrały tempa. Pakowanie, droga do szpitala i SOR z jego trzygodzinną kolejką kobiet w ciąży i nie w ciąży.

Pierwsza pani, która badała tętno dziecka, zapytała tylko, czy malec jest ruchliwy. Odpowiedziałam twierdząco, więc przeszłyśmy do kolejnego badania. Banalnego. Zdawałoby się. Pech chciał, że wyczerpały się baterie w ciśnieniomierzu, więc pani musiała skorzystać z tego mechanicznego. Prawie dokładnie takiego, jaki przed paroma godzinami wskazywał 170/100 mm Hg.

Okazało się, że ciśnienie jest prawidłowe, a ja trafiłam tam w zasadzie bez powodu, bo wszystko jest w porządku.

Rzadko zdarza mi się kwestionować autorytety. Taka już jestem. Ale korzystając z okazji, że jedna z pań wciąż uzupełniała dokumentację, głośno zdziwiłam się, czy to możliwe, by tak wysokie ciśnienie spadło praktycznie z godziny na godzinę. Zdecydowano się przebadać mnie na SOR-ze kardiologicznym (praktycznie po sąsiedzku). Wynik: 220/115 mm Hg.

Nad biurkiem pracownic SOR-u wisi karteczka z liczbą wolnych łóżek na oddziale. Byłam jedną z tych szczęściar, którym udało się załapać do grona zwycięzców. Tak mi się przynajmniej wówczas wydawało. Niezwykle spokojna, odprawiłam mojego narzeczonego, zapewniając, że wszystko będzie w porządku.

Trafiłam na oddział patologii ciąży do sali z innymi przyszłymi mamusiami. Po dziesięciu minutach pewna pani przyszła po mnie, by wykonać kolejne badanie (tym razem USG). Była godzina dwudziesta druga. Usłyszałam tylko: "Ale ja tu nie słyszę bicia serca dziecka”. I tyle.

Mroczny, duszny i niemalże pusty szpitalny korytarz i ja. Bez Wojtusia.

Dalsze wydarzenia pamiętam raczej jak przez mgłę. Przeniesienie na oddział ginekologiczny. Kroplówki, pompy z lekami, wymioty, kroplówki. Decyzja lekarza, że będziemy wywoływać poród naturalny. Totalny chaos, gdy okazało się, że już rodzę. Obecność rodziny, a przede wszystkim mamy, dzięki której wiedziałam, że to już... (ja przecież nawet nie zdążyłam zapisać się do szkoły rodzenia). I cisza, gdy było już po wszystkim. Gdy mój Wojtuś leżał nagi na tym zimnym metalowym wózku (bo w tym amoku nawet nie pomyślałam, by poprosić rodzinę o przyniesienie jednej z tych muślinowych pieluszek, które już czekały na przyjście na świat mojego synka). I to poczucie, że muszę być silna. MUSZĘ. I pustka.

Poczucie pustki. I ogromne pragnienie, że zaraz się obudzę, a to wszystko okaże się tylko bardzo złym snem.

Minęło już kilka miesięcy, ja okres żałoby mam już chyba za sobą. Już nie wybucham płaczem na widok sąsiadki z maleńkim dzieckiem. Moje ciśnienie wciąż bywa niestabilne, pojawiły się właśnie sygnały, że mogę mieć chore nerki. Myśl o kolejnej ciąży budzi lęk nie tylko mój, ale również mojego narzeczonego. Odkładam w czasie wybór ginekologa do prowadzenia następnej ciąży. Boję się tej decyzji. Bardzo. Bardzo się boję.

Właśnie dlatego wzięłam udział w #czarnymproteście.

Dla siebie samej i tysięcy innych kobiet w mojej sytuacji. Żeby nie bały się podjęcia decyzji o kolejnej ciąży. By nie czuły ryzyka, że zostaną oskarżone o nieumyślne spowodowanie śmierci swojego maluszka. Ale nie tylko. 

Protestowałam też przeciwko skupianiu się na sporach z pogranicza etyki i filozofii, zamiast na faktycznych problemach kobiet, które zostaną matkami. Przeciwko miernej opiece prenatalnej oraz marnej służbie zdrowia. Przeciwko limitom przyjęcia na oddział. Przeciwko odpływowi wykwalifikowanej (i wykształconej tutaj, w Polsce, za nasze pieniądze) kadry medycznej do krajów, w których jest lepiej opłacana. Przeciwko traktowaniu pacjenta jak kolejnego numeru pesel, który można wpisać w rubryczkę rozliczenia (nie da się przecież w 10 minut wykonać badania ginekologicznego, przestudiować karty pacjentki i jeszcze zapytać ją, jak się czuje). Przeciwko bylejakości i obojętności na drugiego człowieka. Przeciwko dramatycznie niskim jałmużnom dla matek niepełnosprawnych dzieci. Przeciwko skandalicznie małej liczbie pielęgniarek, od których przecież jesteśmy – my, chorzy – zależni, zupełnie jak noworodek od matki. Przeciwko limitom na wszystko. Przeciwko zmuszaniu kobiet do rodzenia ich martwych lub śmiertelnie chorych dzieci, które zaraz po porodzie umrą. A następnie do tłumaczenia się przed księdzem, dlaczego nie widywał rodziców na mszy, a teraz chcą pochować dziecko. Do tłumaczenia ludziom czekającym w kolejce w Urzędzie Stanu Cywilnego, że dziecko urodziło się martwe, dlatego nikt w szpitalu nie wyznaczył rodzicom godziny załatwienia formalności. Wreszcie do tłumaczenia prokuratorowi, że tak na prawdę one czekały na swojego synka i bardzo, bardzo go kochały... 

Czysty pragmatyzm każe mi protestować przeciwko temu. Bo wiem, jak trudno jest uleczyć zranioną kobiecą duszę.

Dlaczego piszę to właśnie teraz? Bo bez mojej zgody zostałam wrzucona do jednego worka z kobietą, która w jednym z wywiadów pochyla się nad cierpieniem krowy pozbawianej cielaczka, by następnie beztrosko, jakby to był normalny etap życia każdego człowieka, przyznać się do aborcji. I do zażycia sporej dawki leków, aby wywołać poronienie (a być może i do sporych powikłań zdrowotnych). I to z powodów, które rozzłościłyby chyba nawet najbardziej zagorzałego zwolennika liberalizacji prawa aborcyjnego: posiadania już dwójki dzieci i (tylko!) sześćdziesięciometrowego mieszkania.

Ktoś może powie, że w końcu to też jej mała tragedia. Może to wydarzenie równie traumatyczne, jak to moje. Może nawet tak wielkie, jak tragedia zgwałconej kobiety, która dowiaduje się, że jest w ciąży z gwałcicielem. I musi podjąć decyzję co zrobić, mając świadomość, że każdy wybór będzie niósł za sobą cierpienie. Albo kobiety, która dowiaduje się, że jej dziecko nie przeżyje prawdopodobnie nawet jednego dnia. Kto wie...

Istnieje jednak między nami jedna ogromna różnica: ani ja, ani kobiety zgwałcone lub te, które noszą pod sercem dziecko śmiertelnie chore, nie wybrałyśmy swojego losu. 

Nie miałyśmy na niego żadnego wpływu. Często nawet ze wszystkich sił próbowałyśmy bezskutecznie na niego wpłynąć. Ona miała do dyspozycji całe spektrum środków antykoncepcyjnych, ewentualnie tabletkę "dzień po”... 

Takie wyznanie wcale nie pomogło #czarnemuprotestowi, który przypomnę, wyrażał solidarny sprzeciw ogromnej liczby Polek przeciwko zaostrzeniu istniejącego prawa aborcyjnego. 

Wręcz przeciwnie, cofnęło ono całą dyskusję do etapu podziału pomiędzy zwolennikami całkowitego zakazu aborcji a zwolennikami aborcji na życzenie. 

 

Piszcie do nas na: listy@wyborcza.pl.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.