Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Wpatrzeni w smartfony, nie widzą świata i nie umieją się normalnie komunikować z innymi. Są egoistyczni i niechętni do współpracy, jeśli nie widzą w tym dla siebie jakiejś korzyści. Bywają agresywni, nie panują nad emocjami, nie myślą o konsekwencjach tego, co robią. Są zdziwieni, gdy nauczyciel każe im zrobić porządek na ławce. Porządek nie jest im potrzebny. Pasuje do nich jak ulał zdanie z prehistorycznego już dziś filmu „Hakerzy” – nie ma dobra i zła, jest tylko zabawa lub nuda. Znudzony gimnazjalista to bomba z opóźnionym zapłonem, nigdy nie wiadomo, kiedy wybuchnie i jakie posieje spustoszenie.

Gimnazjaliści potrafią być wspaniali. Mają dużo pomysłów, jeszcze więcej energii, są kreatywni. Są na takim etapie w życiu, kiedy jeszcze wszystko jest dla nich możliwe, więc mają marzenia i gonitwę pomysłów, często nie do zatrzymania. Chcieliby zmieniać świat, który raczej im się nie podoba, w dążeniu do tych zmian nie są bynajmniej realistami, nie widzą ograniczeń, ale potrafią zobaczyć cel (np. świat bez wojen i cierpienia). Zachowują się w sposób skrajny – nie dostrzegają kompromisów, złotych środków, światłocieni: albo przyjaciel, albo wróg, albo wygrana, albo przegrana, żadne win-win. Bywają zagubieni, nie zawsze wiedzą, czego chcą. Świat jest trudny do pojęcia, a przyszłość niepewna.

Na oczach swoich rodziców i nauczycieli przepoczwarzają się z prawie już nie dzieci w prawie jeszcze nie dorosłych. Często jest to proces burzliwy i bolesny, ale na pewno twórczy i ciekawy. I nieunikniony. Bo też gimnazjaliści są w niesamowitym, niepowtarzalnym i absolutnie dziwnym okresie życia. Oto już opuścili podstawówkę – mają nawet wykształcenie podstawowe. Nowa szkoła, nowi koledzy, nowi nauczyciele, nowe wymagania – trzeba się z nimi zmierzyć, ale inaczej niż na poprzednim etapie, kiedy zaczynali szkołę, byli mali i podporządkowani. Już nie są mali, coraz więcej wiedzą i rozumieją. Już nie jest im się łatwo podporządkować, bo to, że trzeba lub wypada, jakoś przestało być oczywiste. Tak jak cała rzeczywistość wokół – też przestała. Domaga się tłumaczenia, trzeba ją dopiero poznać i zrozumieć (a jak ją poznać inaczej niż przez doświadczenie?).

Dlatego gimnazjaliści nieustająco próbują, co nas dorosłych wkurza, bo dla nas to oczywiste, jak jest, mieliśmy sporo czasu, żeby się przekonać. Dla nich nic nie jest oczywiste, w tym również to, że nie należy rzucać jabłkiem w ścianę i wycierać o nią dżinsów. Można to nazwać złym zachowaniem, ale to nie do końca prawda, bo chodzi też o spróbowanie, gdzie w naszym świecie są granice, których nie wolno przekraczać. Wcale nie jest dla nich oczywiste, gdzie one są. Za to oczywiste jest, że ktoś je musi dzieciom postawić – to nasza rola, rodziców i nauczycieli. Rzeczywistość jest jak zwykle bardzo skomplikowana.

Dzieci w wieku gimnazjalnym potrzebują dla siebie szkoły. Gdy ją kończą, są najczęściej całkiem innymi ludźmi – są na innym etapie rozwoju, dojrzalsi, bardziej odpowiedzialni, wreszcie zaczynają myśleć choć trochę podobnie jak dorośli. Ale to przepoczwarzanie się muszą przeżyć. A my razem z nimi lub obok nich – wspierając, gdy trzeba, stawiając granice, gdy trzeba, wymagając brania odpowiedzialności za własne postępki (lub występki). Ważne, by dorośli byli obok, by byli uważni i nie dali się zbyć. Wtłoczenie gimnazjalistów do szkół podstawowych nie uczyni z nich aniołów – gdzieś trzeba ten niełatwy okres w życiu przeżyć. Za to na pewno spadnie poczucie bezpieczeństwa wśród mniejszych dzieci.

Nauczyciele gimnazjów przez lata nauczyli się, jak być z gimnazjalistami i nie zwariować, a potem nawet ich polubić, choć nie jest łatwo lubić człowieka niedojrzałego z definicji. Wiedzą, że trzeba się nauczyć dostrzegać źródła destrukcyjnych zachowań nastolatków, nie tylko ich efekty. Że trzeba się nauczyć dostrzegać emocje, jakie za nimi stoją, potem można pomóc młodemu człowiekowi znaleźć dla ich ujście. Że trzeba nieustannie stawiać granice i objaśniać świat. Jeśli zła zmiana w postaci likwidacji gimnazjów wejdzie w życie, część doświadczonych nauczycieli może znajdzie zatrudnienie w starszych klasach szkół podstawowych, a część – nie znajdzie. Tak oto nauka pójdzie w las.

Gimnazja były dla wielu uczniów wyzwaniem i nobilitacją – czuli się starsi, ważniejsi. Niosły zmianę – a z nią także niepokoje i lęki. Jeśli zła zmiana wejdzie w życie, nobilitacji nie będzie, za to niepokoje pozostaną, tyle że ich źródłem nie będzie zmiana, lecz jej brak.

Zła zmiana jest najgorsza dla uczniów. Już dziś co bardziej zaradni rodzice szóstoklasistów i uczniów pierwszej gimnazjum kombinują, czy dziecku nie opłaca się zostać na drugi rok, żeby za 3 lata uniknęli wspólnego startu do liceów w skomasowanym, podwójnym roczniku. Czy zastanawiają się, co to znaczy dla uczniów? I że na pewno nic dobrego? Tyle że nikt na razie nie wie, co się będzie działo, ile miejsc będzie w szkołach i dla kogo. To dopiero za 3 lata w końcu. Nauczyciele jakoś sobie poradzą, najwyżej powiedzą: trudno, miejsc nie ma, to nie nasza wina, to władza decyduje. To samo powie minister edukacji: to nie moja wina, przecież licea należą do powiatów, nie poradzili sobie. Starosta rozłoży ręce: to nie moja wina, taką mamy infrastrukturę, widocznie ustawodawca nie przewidział wszystkiego. Na końcu tego łańcucha przewin są uczniowie i ich rodzice. Jeśli nie wkurzą się na czas i nie zaczną protestować, zła zmiana wejdzie w życie.

I nikt nie będzie już musiał rozumieć gimnazjalisty. 

 

Piszcie do nas na: listy@wyborcza.pl.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.