Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Śledzę zawartość "Gazety Wyborczej", bo zainteresowana problemem czekam na ustosunkowanie się do pytań, jakie 20 września br. zostały postawione nowemu kierownictwu Instytutu Książki w tekście "Pięć pytań do szefa Instytutu Książki". 

Nie doczekawszy się (lub nie zauważywszy) ich, pozwalam sobie, z racji prowadzenia już szósty rok Dyskusyjnego Klubu Książki w dużym, powiatowym mieście, odpowiedzieć na dwa z nich.

Czy DKK staną się narzędziem rządowej polityki historycznej

Na jedno z postawionych pytań (trzecie): "Czy DKK staną się narzędziem rządowej polityki historycznej?", można by odpowiedzieć, że tak, bo w innych sferach życia od czasu „dobrej zmiany” jest tylko jeden kierunek.

Faktycznie, odpowiadam: „NIE”, chociaż indywidualny czynnik ludzki ma ogromne znaczenie. Od kadry będącej moderatorami DKK oraz dyrektorów bibliotek zależy, jaki kierunek kluby obiorą. Wszyscy, ci starsi znów, a młodsi może po raz pierwszy, staną przed próbą: złamią mnie, narzucą czy: nie dam się, pozostanę sobą, a kiedy „dobra zmiana” przeminie i spocznie, jak mniemam, w lamusie historii, będę mogła bez wstydu spojrzeć sobie w twarz.

Dotąd, czym zresztą reklamowano czytanie i DKK, mówiono, że biblioteka i DKK to najbardziej demokratyczne miejsce, bo spotykają się tam bardzo różni ludzie, których łączy chęć, a nawet pasja czytania i dyskutowania o literaturze. Robią to z własnej woli, choć książki, które wybierają, bywają nie lada wyzwaniem. Od czytelników, bo dla nich kluby istnieją, a potem od moderatora zależy, co będzie czytane i omawiane, z jakim komentarzem, na co moderator pozwoli: tendencyjność, jednokierunkowość, przedkładając jedne książki i racje dyskusji nad inne, nie reagując na mowę nienawiści, nie dopuszczając do czytania pewnych tytułów.

Instytut Książki, finansując zakupy książek w całej Polsce, może pewnych tytułów nie kupić

Trudno w DKK o realizację polityki historycznej, bo czytelników interesują tak różne problemy i tematy, formy wyrazu lub wyłącznie przyjemność czytania i mówienia o nim, że niejeden klub nawet nie otrze się o jedyny słuszny dobór lektur. Jest jedno niebezpieczeństwo - mianowicie to IK finansuje zakupy książek dla klubów w całej Polsce, czyli może po prostu pewnych tytułów nie kupić, czym faktycznie ograniczy dużej grupie ludzi dotarcie, choćby ze względów finansowych, do nowości, bo tym głównie zajmują się DKK.

Jeśli czytelnicy będą chcieli czytać i konfrontować swe poglądy w gronie klubowiczów, to przy dzisiejszych możliwościach zawsze znajdzie się czas, miejsce i tytuł lub jego fragmenty przesłane np. pocztą e-mail lub skserowane, by je poznać, a potem o nich dyskutować.

Poza tym, z czego niezainteresowani nie zdają sobie sprawy, przez lata istnienia DKK powstały takie duże zapasy książek o nieprzemijających wartościach: Kapuściński, Myśliwski, Hen, Stasiuk, Rylski, Bralczyk, Kowalewski, Tokarczuk, Dehnel, Kuczok, Janko, Chwin, Huelle, Bator, Masłowska, Urbanek, Szymborska, Twardowski, Miłosz, Bart, Karpowicz, Orłoś (wyliczam niektóre nazwiska pisarzy, by uświadomić, ile i co Polki i Polacy czytają we wspólnocie DKK) i innych, których nie sposób wyliczyć w krótkim liście, plus cała literatura non fiction i światowa i jej tłumaczenia, że życzyć sobie trzeba, by czasu i zdrowia starczyło, by to wszystko wspólnie przeczytać i omówić, czerpiąc właśnie z istniejących zasobów.

Nie zakładam niszczenia, mówiąc eufemistycznie (wiadomo, co ma się na myśli w tym geograficznie miejscu) o likwidowaniu książek. Może po prostu dojść do targnięcia się na DKK i uznania ich za zbędne, skoro niejaki Dariusz Kawa, powołany na opiekuna DKK (powtarzam za "Gazetą Wyborczą"), krytykuje finansowanie promocji czytelnictwa z budżetu państwa, ale wtedy i pan Kawa jest zbędny.

Niektórzy, gdy tylko otworzą buzię lub coś napiszą, od razu pokazują swoje horyzonty, merytoryczne przygotowanie do pełnienia zleconej funkcji, zapominając o starym stwierdzeniu: "O, gdybyś milczał, nadal uchodziłbyś za filozofa" (czytaj: mądrego) czy: "Mowa jest srebrem, a milczenie złotem".

Ponadto organem prowadzącym biblioteki są samorządy. To one utrzymują budynki, opłacają etaty, finansują imprezy i zajęcia obywające się w murach bibliotek. Od dawna wielu urzędników, posłów nie widzi nic wstydliwego w tym, że nie czytają niczego, więc mogą zlikwidować to, co wywołuje, tak, widziałam ten lęk przed pytaniem o przeczytaną książkę, rumieniec wstydu na ich obliczach. Osobiście już czuję dreszcz emocji, gdy schodzę z DKK do podziemia.

Wspomnienia ożyją, a młodzi poznają, co to jest konspira. Tylko czy o to chodzi?  

Czy IK jest należycie nadzorowany

Na kolejne pytanie, na które, jak mi się wydaje, mogę w pewnym stopniu odpowiedzieć: "Czy IK jest należycie nadzorowany?", odpowiem jak pan Petru o braku głosu obecnego prezydenta RP w ważnych sprawach społecznych.

Nie brakuje nadzoru, bo DKK go nie potrzebuje (prócz zakupu i dostarczenia książek). Niech nam nikt nie przeszkadza, bo suweren wie, co chce czytać, których pisarzy podejmować w klubach i bibliotekach i jak w realnych wspólnotach (czyżby władza  widziała w nich zagrożenia dla siebie?) dyskutować o przeczytanych książkach, a za ich sprawą o problemach, postawach, rozróżniać skutki od przyczyn etc. Natomiast IK powinien mieć merytoryczny, nie partyjny, nadzór, byśmy pozostali we wspólnocie cywilizowanych narodów Europy, dając suwerenowi poprzez finansowanie czytelnictwa szansę ciągłego rozwoju intelektualnego, estetycznego, duchowego i emocjonalnego, które ziszczają się w ramach DKK, o czym przekonałam się, prowadząc takowy klub przez sześć lat.

Może chodzi właśnie o to, by tak się nie działo, gdyż inaczej nie da się uformować obywatela według wyobrażeń obecnej władzy.                              

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.