Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Szanowny Panie Profesorze,

tak, tak i tak. Osoby nieheteronormatywne mają prawo oczekiwać poparcia swoich postulatów, młode kobiety powinny się spodziewać solidarności w ich protestach, a Partia Razem zasługuje na wsparcie w przedsięwzięciach, które współorganizuje. Dla nas, trzydziestokilkuletnich, wcale nie skrajnie lewicowych wykształciuchów to jedyne możliwe odpowiedzi na pytania, które Pan stawia. 
I stawia. I stawia. Nieprzerwanie od kilku miesięcy. Teza: Razem jest złe, a młodzi socjaliści tracą czas na zawracanie kijem mętnego jak jesienna Wisła nurtu „partykularnych postulatów”, zamiast maszerować pod sztandarem KOD-u w obronie „uniwersalnych praw obywatelskich i politycznych”. 

Szanujemy stałość pańskich przekonań, jednak od profesora socjologii oczekujemy czegoś więcej niż uporczywie powtarzalnych „refleksji dojrzałego heteroseksualnego mężczyzny o liberalnych poglądach”. Stąd nasz list. 

Niech nam Pan wybaczy, że zaczynamy od naiwnej powtórki ze spraw podstawowych. To ważne, żebyśmy z góry zakładali, że rzeczy oczywiste dla nas są tak samo oczywiste dla reszty świata. 

A zatem: w idealnych warunkach suweren, w akcie wyborczego kompromisu, wyłania przedstawicieli, którzy reprezentują jego poglądy, dążenia i pragnienia. Skrojony na miarę świadomego i głosującego (zgodnie z założeniem: idealnego) społeczeństwa parlament zajmuje się polityką. Jej podstawą jest merytoryczny, nieprzerwany dialog parlamentarnej większości z równie parlamentarną opozycją. Józef Pinior w rozmowie z Piotrem Kraśką przypomniał (tak właśnie: „przypomniał”, a nie „przywołał”!) niedawno ten model uprawiania polityki: w parlamencie, a nie na ulicy. 

Niestety, w naszych dalece nieidealnych warunkach polityka sięgnęła bruku - dosłownie. Suweren - jeden i drugi - stracił wiarę w kompetencje swoich namaszczeńców, rozczarował się nimi, zezłościł. Ulica wyłoniła własną, pozaparlamentarną opozycję, którą rozmaite koterie parlamentarne próbują to udobruchać, to znów zawłaszczyć, powołując się na najświętsze ze świętych prawa solidarności i wzajemności (raz my wam, raz wy nam - i jakoś to będzie). Problem w tym, że ani parlament, ani „pozaparlament" nie są jednolite - w społeczeństwie pluralistycznym, zróżnicowanym geograficznie, ekonomicznie, demograficznie i na wiele jeszcze innych sposobów nie mogą być. 

To wszystko wydaje się oczywiste, prawda? A jednak pisze Pan w swoim gorzkim komentarzu tak:

Jak się ma interes partykularny do wspólnego i wzajemna troska o nie oba? (...)
Wiele środowisk i grup społecznych (kobiecych, nieheteronormatywnych, lewicowych) gotowych jest dopominać się o respektowanie ich partykularnych praw i postulatów, niechętnie przyłączając się do ruchów i inicjatyw domagających się respektowania uniwersalnych praw obywatelskich i politycznych”. 

Nie możemy nie zapytać o kryterium, którego używa Pan, by jedne wartości uznać za bardziej uniwersalne niż inne. Wyciąganie wygodnych dla siebie badań opinii publicznej przestało być, niestety, czerpaniem z dorobku nauki. Dziś to jeszcze jedna erystyczna sztuczka, która pozwala każdą tezę udowodnić lub obalić, byle tylko dopiec oponentowi. Z drugiej strony, szermowanie opiniami bez pokrycia prowadzi do katastrofy - kto nie wierzy, niech oglądnie choć jedną debatę sejmową. Uwierzy niechybnie. Lawirując między rzetelnością a ideologicznym sprzeciwem wobec pańskich tez, które uważamy za nadużycie, przytoczymy jedynie wyniki Eurobarometru z jesieni 2015 roku. Wynika z nich, że od rządów prawa Polacy wyżej sobie cenią prawa człowieka, szacunek dla życia i wolność osobistą. Nad demokrację przedkładają pokój i równość (ale już nie solidarność). 
Zaraz, zaraz: prawa kobiet i prawo do godnej, nieśmieciowej pracy miałyby być ważniejsze niż trójpodział władzy i niezawisłość spółek skarbu państwa? Ano, tak.

Będzie Pan miał rację, jeśli odpowie, że przecież to jedno z drugiego wynika - że państwo to złożony układ pokrętnych, skomplikowanych zależności i że np. bez szacunku dla konstytucji trudno mówić o jakichkolwiek prawach indywidualnych czy zbiorowych. Tak, wszystko jest ważne. I właśnie dlatego uważamy, że nie ma Pan racji, obwiniając - proszę wybaczyć to uproszczenie - lewaków o rozbijanie wspólnoty. Spór, który tak Pana zaprząta, nie ma nic wspólnego z uniwersalizmem pewnych wartości i partykularyzmem innych. Oba te pojęcia są względne i, doprawdy, nie powinno nikogo dziwić, że „dojrzały mężczyzna o liberalnych poglądach” chce od życia czegoś innego niż młoda matka zatrudniona na niepewnej umowie. Ani że grupa takich mężczyzn nie weźmie na sztandary haseł „czarnego poniedziałku”. Uniwersalizm jednych kończy się tam, gdzie napotyka uniwersalizm innych - czy nie tego nas uczyliście? 

Zauważa Pan, że „aktywiści Partii Razem odżegnywali się od protestów KOD, oskarżając ich organizatorów o to samo, co zarzuca im PiS, czyli chęć utrzymania dotychczasowego systemu politycznego, który oni chcą usunąć, by wprowadzić socjalizm”. Pana to oburza, a mogłoby dać do myślenia. Być może doszedłby Pan do wniosku, że jest między Razem i PiS więcej podobieństw niż tylko krytyka status quo. Jedną z ważniejszych jest na przykład stosunek do prawa, wyrażony łagodnie przez Adriana Zandberga („Z Trybunału [Konstytucyjnego] nie ma co robić relikwii”) i dobitnie przez nie należącego do PiS, ale gromko przez rządzącą partię oklaskiwanego i szczególnie za tę wypowiedź chwalonego Kornela Morawieckiego („Prawo jest ważną rzeczą, ale prawo to nie świętość. (...) Nad prawem jest dobro narodu, (...) [ono] ma służyć [narodowi]”).

To nie herezja: prawo, które zmienia się i ciągle tworzy od nowa, by jak najlepiej godziło sprzeczne interesy państwa i jego obywateli, a także obywateli między sobą; prawo jako elastyczne narzędzie sprawowania władzy, a nie sztywne ramy, w których władza musi się zmieścić i których pod żadnym pozorem nie wolno jej przekroczyć; wreszcie, prawo jako żywy język, w którym mówi się o googlowaniu i siedzeniu na fejsie, zamiast nieudolnie tłumaczyć dzisiejszą rzeczywistość na prastare zwroty, w których jeden myśliwy przekazywał drugiemu informacje o legowisku wymarłego dziś, a wtedy podstawowego źródła białka. Nie, to nie herezja - to po prostu inny sposób patrzenia na kwestie fundamentalne. Może bardziej lewicowy niż konserwatywny i liberalny - ale niekoniecznie (choć potencjalnie) gorszy. 

Zarówno Razem, jak i PiS (ale PiS bardziej) widzą w prawie narzędzie do budowania dobra ludu albo narodu, albo wspólnoty. Ci pierwsi, z bodaj najlepiej ze wszystkich partii napisanym programem politycznym, proponują to, co każda młoda, rozsądna, europejska lewica. Jeśli czegoś im brakuje, to swojskiego, polskiego (albo jeszcze lepiej: regionalnego) kontekstu. 

Prawo i Sprawiedliwość kontekstu ma aż nadto, a historia zna katastrofalne skutki łączenia socjalnego programu gospodarczego z narodową, nietolerancyjną, ksenofobiczną retoryką. Jarosław Kaczyński idzie tą drogą (póki co, szczęśliwie, wciąż wydaje się niezdecydowany i jakby zniechęcony nieudolnością pomagierów), a Razem - nie. I to: brak negatywnego mitu założycielskiego, poza merytorycznym wytykaniem niedomagań poprzednich rządów, co mieści się w standardach oraz konsekwentne, spójne i merytoryczne trzymanie się raz obranego kierunku - to jest bardzo ważna różnica. Nawet Pan, niechętny „młodym socjalistom”, nie może tego nie dostrzegać. 

A dlaczego Razem idzie osobno, a nie z KOD-em?

Po pierwsze dlatego, że swoje przesłanie kieruje do ludzi, którzy nie widzą przyszłości w przeszłości i nie chcą, żeby było tak, jak było. Jeśli działacze Razem mają rację, jeśli tych ludzi jest odpowiednio dużo - uzyskają dobry wynik w przyszłych wyborach. Jeśli się mylą - cóż, polityka nie znosi próżni. A więc maszerują sami, bo to im się opłaca.

Po drugie zaś, maszerują sami, bo się z innymi - z KOD-em na przykład - nie zgadzają. Bo we własnej ocenie, być może słusznej, jest Pan liberałem, ale my (a ile jeszcze nam brakuje do lewackości Razem!) widzimy w Panu zachowawczego konserwatystę, który zmiany utożsamia z niebezpieczeństwem (słusznie) i tylko z tego powodu opowiada się przeciwko nim (niesłusznie?). 

Wolelibyśmy, żeby zamieszanie wokół TK - „łamanie praworządności” - stało się bodźcem do dyskusji o tym, czym jest dla Polaków prawo, czym być powinno, a czym chcielibyśmy, żeby było. 

Wolelibyśmy, żeby zamiast zakazu krytykowania mniejszego zła, tylko dlatego, że to większe uważnie słucha, i ojców założycieli (wielkich, ale przecież niedoskonałych!) zastanowić się, jaka powinna być konstytucja, którą poprze 75 proc. obywateli, a nie tylko 22 proc. (54 proc. jeśli uwzględnić frekwencję), jak tę z 1997 roku. 

Wolelibyśmy, żeby komentatorzy, zamiast uparcie szarpać deklinacją metryki demograficzne i ulubione rubryki: „płeć” i „orientacja seksualna”, spojrzeli na wyborcze mapy i zobaczyli, że Polska nie jest jednolita - że dawne Prusy Wschodnie - dzisiejsza Warmia i Mazury i odwieczna ziemia sanocka to zupełnie różne światy, choć mówi się w nich tym samym językiem (albo że właśnie mówi się różnymi!).

Wolelibyśmy, żeby ludzie pełni dobrych intencji nie nazywali sprzątania po psie patriotyzmem, a inni ludzie, tak samo dobrzy i szlachetni, nie martyrologizowali się obroną polskiej tożsamości. Żeby jedni i drudzy porozmawiali o tym, co łączy, a nie o tym, co dzieli. Żebyśmy zamiast przekrzykiwać się, kto jest prawdziwszym Polakiem, poszukali kolejnego kompromisu: polskości nie lepszej i gorszej, ale wystarczająco dobrej. Takiej, w której moglibyśmy się wszyscy - no dobrze, prawie wszyscy - zmieścić. 

Niestety, w tych intencjach nikt dziś nie maszeruje.

Z wyrazami szacunku, 

Bartek Lisowski 
Michał Żabicki 

Znajdziesz nas na Twitterze, Google+, Instagramie
Jesteśmy też na Facebooku.
Dołącz do nas i dziel się opiniami.
Czekamy na Wasze listy: listy@wyborcza.pl.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.