Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Ze sławetnego wywiadu Moniki Olejnik z minister edukacji Anną Zalewską pamiętam zdanie, o jakim media nie pisały. Pani minister stwierdziła, że jej projekty zmian mają szerokie poparcie społeczne, ale też wie, że są ludzie - jak to określiła - "zatroskani", którzy nie są do nich przekonani. Minister oświadczyła, że chciałaby z nimi rozmawiać, prowadzić dialog. Zabrzmiało ładnie i obiecująco.

Jedną z wielu zatroskanych jest pani dyrektor jednej ze szkół. Nie tworzą oni zwartej grupy. Różnią się miejscami zamieszkania, pozycją społeczną, dochodami, doświadczeniami, miejscami pracy. Prócz zatroskania łączy ich poczucie, że nikt z nimi dialogu nie prowadzi, nie słucha, nie bierze pod uwagę. A przecież to oni są solą tej ziemi - nauczycielami, dyrektorami szkół, od lat zaangażowanymi w pracę z dziećmi. Dlaczego więc rządzący nie chcą ich słyszeć?

Na razie udzielają sobie głosu sami.

Zatroskana nr 1: strach.

Nauczycielka przyrody z publicznej podstawówki w małym mieście.

Martwi się. Reforma ma być już za rok, a jeszcze nic o niej właściwie nie wiadomo. Jakich przedmiotów będzie uczyć? W jakim wymiarze godzin? Przedmiot "przyroda" ma zniknąć. I co dalej? Czy to, co będzie zamiast, będzie dla niej wykonalne? Nigdy nie pracowała z dziećmi starszymi niż 13-letnie. Boi się, a to nie sprzyja budowaniu nauczycielskiego autorytetu. Dlaczego te zmiany idą tak szybko, tak bez przygotowania? I jaka właściwie jest koncepcja?

Zatroskana nr 2: niepewność.

Nauczycielka języka polskiego z publicznej podstawówki na wsi.

To duża miejscowość, stolica gminy. Znajduje się tu szkoła podstawowa z gimnazjum i nawet liceum. Oba imienia Jana Pawła II. Boi się. Bo z rachunków wynika, że jeden etat dla polonistki zniknie w związku z likwidacją gimnazjum. W liceum nikogo z podstawówki nie zatrudnią, mają "swoich" - oni już czekają na te dodatkowe godziny. Nie wie, co będzie dalej. Dyrektor nabrał wody w usta, pewnie czeka na to, co mu powie wójt. A wójt nie darzy jej sympatią - przynajmniej od czasu, gdy jej mąż wygarnął mu na radzie gminy za niezrealizowane obietnice wyborcze. Nie wiadomo, co będzie, ale istnieje mała szansa, że będzie dobrze.

Zatroskany nr 3: rezygnacja.

Dyrektor publicznego gimnazjum w dużym mieście.

Utrata pracy w związku z reformą - pewna. A przecież szkoła już wyszła na prostą, początki były trudne, ale to już mamy za sobą. Ważne, że się udało. Dyrektor zbudował dobry zespół nauczycieli, wielu młodych, zaangażowanych. Nauczyli się, jak pracować z trudną młodzieżą w tym trudnym wieku. Wiedzą, jak się z nimi naprawdę pracuje, i przestają być tacy trudni. Są normalni jak dzieci w tym wieku. Przejście z podstawówki do gimnazjum było dla nich awansem. Czuli się dowartościowani, choć może czasem nie okazywali tego w sposób, jakiego oczekiwaliby dorośli. Ale za to jak już kończyli tę szkołę i szli dalej - czuliśmy wszyscy satysfakcję - jednak "coś" z nich wyrosło i to co "coś" nie jest bez znaczenia, widać kawałek naszej roboty. Teraz koniec. Nie ma żadnego "dalej". Czy nasza praca miała sens?

Zatroskany nr 4: bezsilność.

Wiceprezydent dużego miasta zajmujący się edukacją.

Głowa puchnie, a najgorsze jest to, że nie wiadomo, czemu to wszystko ma służyć - z wyjątkiem realizacji obietnic wyborczych polityków. Jest pewne, że nie dobru dzieci. Reformowany od roku 1999 system edukacji właśnie się ustabilizował. W 2015 r. pierwszy rocznik zdał maturę zgodną ze zreformowaną przez ten czas podstawą programową. Wyglądało na to, że to dobry moment, by zacząć oceniać i poprawiać system, który - wiadomo - idealny nie jest. Na pewno nie burząc go i ustawiając od nowa. Edukacja wymaga czasu i precyzji. Wszystko tutaj dzieje się latami i dopiero później przynosi efekty, które można oceniać. Właśnie nadszedł czas, by to zrobić. Idą czasy pełne chaosu, olbrzymich kosztów, tytanicznej pracy nad ustawieniem od nowa sieci kilkuset szkół. O pracy nad jakością kształcenia można zapomnieć. Trzeba będzie łapać i próbować związać różne sznurki, jeszcze nie wiadomo jakie - bo nie ma żadnych aktów prawnych. A najgorsze jest to, że nikt z nami nie rozmawiał. I że wygląda na to, że nie mamy na to wpływu.

Uczennica klasy VI w szkole w wielkim mieście.

Czeka na ukończenie podstawówki. Marzy o pójściu do gimnazjum, w którym uczy się jej starsza siostra. Rodzice jeszcze jej nie powiedzieli, że prawdopodobnie tak się nie stanie. Boją się, jak zareaguje, jak bardzo będzie rozżalona. Nie wiedzą, gdzie ich dziecko będzie się uczyć w kolejnym roku, bo w budynku podstawówki, do której chodzi, nie zmieści się więcej dzieci. Pewne jest, że będzie to gdzie indziej. Gdzie? Nie wiadomo.

Zatroskany nr 6: wściekłość

Rodzic ucznia klasy I gimnazjum.

Najpierw się cieszył, że się im udało - syn poszedł do szkoły w wieku lat 6 i dzięki temu w przyszłym roku zostanie uczniem pierwszej (i ostatniej w historii najnowszej polskiej edukacji) klasy gimnazjum. Unikniemy tego całego zamieszania! - cieszył się głośno. Wściekł się, gdy usłyszał, jaką trudną drogę będzie miał syn, by dostać się do wymarzonego liceum (mowa oczywiście o tych dwóch najlepszych w całym mieście). Razem z jego rocznikiem będą tam aspirować uczniowie obecnej szóstej klasy, którzy w tym samym czasie skończą ośmioklasową szkołę powszechną. Co się będzie działo, nietrudno sobie wyobrazić. Dwa razy więcej kandydatów na miejsce (a już teraz nie jest łatwo), wyścig szczurów właściwie należałoby rozpocząć już od września przyszłego roku. Niech to diabli wezmą!

Po drugiej stronie barykady

Głosy poparcia dla projektu reformy systemu edukacji brzmią mniej donośnie. Może dlatego, że jej zwolennicy czują, że już nie muszą się starać. Wierzą rządzącym. Przecież oni mogą zrobić, co tylko zechcą, i nikt im w tym nie przeszkodzi. Mówią, że chcą dobrej zmiany.

Jak to sobie popierający dobrą zmianę wyobrażają?

Głos poparcia nr 1: optymizm.

Rodzic uczennicy klasy III szkoły podstawowej.

Cieszy się, że nauczanie wczesnoszkolne zostanie przedłużone o rok i obejmie też 4. klasę. To znaczy, że mała będzie miała jeszcze rok ze swoją panią, którą lubi i która jest naprawdę fajna. Przez ten rok pewnie wszystko się jakoś ustabilizuje, więc córki nie dosięgną negatywne konsekwencje zmian w oświacie. W przyszłość patrzy z ostrożnym - ale jednak - optymizmem. Zobaczymy, jak będzie.

Głos poparcia nr 2: entuzjazm.

Nauczyciel liceum w małym mieście.

Nareszcie! Na tę reformę warto było czekać. Jeszcze nie wiadomo dokładnie, ile godzin fizyki czy historii będzie w licealnej ramówce, ale na pewno więcej niż do tej pory. Będzie praca i stabilizacja. Znowu liceum stanie się szkołą prawdziwie ogólnokształcącą - wszyscy uczniowie będą się uczyć wszystkiego, a nie tylko skupiać na rozszerzaniu wiedzy z paru wybranych przedmiotów. Uczniowie najczęściej nie wiedzą, co chcą studiować, więc teraz będą mieć więcej czasu do namysłu. I dobrze.

Głos poparcia nr 3: sentyment.

Absolwent 4-letniego liceum.

Dobrze wspomina swoją szkołę, a z tego, co słyszał, wynika, że te gimnazja to była porażka. Zresztą jego syn musiał chodzić do gimnazjum i były z nim wtedy same kłopoty. Popadł w złe towarzystwo, zaczął popalać papierosy, po raz pierwszy się upił, szkoła w ogóle sobie z tym nie radziła. Pamięta, że u niego w liceum tak nie było. Czas więc skończyć z tym eksperymentem.

Głos poparcia nr 4: dobra zmiana - po prostu.

Działaczka społeczna, członkini stowarzyszeń działających w oświacie.

Pracowała jako nauczycielka w szkołach różnych poziomów i typów. Jest przekonana, że powolną i systematyczną zapaść szkolnictwa widać dziś we wszystkich krajach europejskich. W Polsce szczególnie, bo do tej pory edukacja nie była priorytetem dla rządzących. Poza tym złe decyzje kolejnych rządów doprowadziły do stanu katastrofy: system oświaty został rozerwany najpierw przez zahamowanie reform wprowadzanych przez rząd AWS przez minister z nowego rządu - SLD. Następnie zaś po raz kolejny przez nieudane reformy minister z kolejnego rządu - PO. Ta fatalna sytuacja oświaty, jaka powstała po niewłaściwych reformach, jest dodatkowo wzmacniana przez niekorzystne dla rozwoju młodego człowieka czynniki kulturowe - tj. postrzeganie kształcenia przez pryzmat potrzeb rynku. Prowadzi do nacisku na odtwórczość, zamiast kształcenia kreatywności. Trzeba to zmienić!

Na przegranej pozycji

Kto ma rację? Które głosy brzmią bardziej przekonująco? Warto poprzeć tę reformę czy trzeba się buntować? - nawet jeśli z pragmatycznego punktu widzenia nie ma to sensu (zatroskani na razie wydają się na straconej pozycji).

Nie chcę się zastanawiać nad politycznymi przyczynami determinacji, z jaką pani minister chce zmieniać edukację. Zaczyna od najbardziej karkołomnej i nieprzewidywalnej w skutkach reformy strukturalnej. Mówiąc szczerze, przyczyny polityczne nie powinny nas, sól tej ziemi, obchodzić - troszczymy się za to o dzieci, nasze szkoły i ich funkcjonowanie oraz programy nauczania, jakie mamy realizować. Oczywiście również o naszą sytuację zawodową, możliwości rozwoju, jakie stwarza system oświaty uczniom i nauczycielom. Z tego punktu widzenia wizja tej reformy i jej skutków jest bardzo niejasna. Jasne jest jednak to, że zmiana struktury oświaty w tak krótkim czasie, przy oporze znacznej części samorządów i środowisk nauczycieli i rodziców spowoduje monstrualny chaos. I to w chwili, gdy system właśnie się ustabilizował po poprzedniej reformie z 1999 r. - która wprowadziła gimnazja i 3-letnie licea. W 2015 r. odbyła się pierwsza matura według standardów zreformowanej w całości podstawy programowej. I co? Nic z tego nie wynika. Nowy rząd założył, że nie warto się tym zajmować, analizować, ulepszać - po prostu trzeba zburzyć cały system.

Błędne koło

Wydaje się, że kluczowe znaczenie dla decyzji o zmianach struktury oświaty miała być właśnie chęć poprawienia polskiego liceum. A konkretnie przywrócenia 4-letniego, które podobno było lepsze niż 3-letnie. Jak to zrobić? Skrócić o rok podstawówkę? Niemożliwe i raczej nie do zaakceptowania przez rodziców małych dzieci. Skrócić o rok gimnazjum? Niemożliwe, zwłaszcza gdy padło już tyle słów o tym, jak w gimnazjum jest trudno zapanować nad dziećmi wyrwanymi z podstawówek - nawet teraz, gdy jest 3-letnie. Wydłużenie o rok nauki w liceum? Niemożliwe, gdyż już dziś są tam 19-latkowie i to stwarza same kłopoty. Już widać, że nie było innego wyjścia jak wystąpić z próbą likwidacji gimnazjum.

To logiczne, ale niezrozumiałe, że liceum jest do poprawki, to wiedzą wszyscy, którzy tam pracują. Ale wydłużenie liceum do lat 4 nie jest bynajmniej panaceum na wszystkie jego bolączki. Naiwnością byłoby w to wierzyć, a ślepotą - tego nie zobaczyć. Z dostrzeganiem rzeczywistości taką, jaką ona jest, w całej swej złożoności, rządzący mają prawdziwe kłopoty. Dlaczego?

Dostrzec rzeczywistość

J.L. Borges napisał kiedyś opowiadanie o arabskim mędrcu Awerroesie, który nie może zrozumieć dzieła Arystotelesa o teatrze - bo nigdy teatru nie widział (w islamie przedstawianie postaci ludzi i zwierząt jest przecież zabronione). Strapiony mędrzec wygląda przez okno i widzi bawiących się chłopców: jeden udaje że jest minaretem, drugi - że jest muezinem. Mędrzec ogląda teatr, ale nie widzi teatru - nie ma w jego umyśle takiego wzoru, który pozwoliłby mu skojarzyć, czym de facto jest dziecięca zabawa. Tak jakby w jego polu widzenia była ślepa plamka. Każdy z nas ma taką plamkę, która nie pozwala dostrzec rzeczywistości, jeśli patrzymy na nią przez pryzmat utrwalonego w umyśle wzoru biorącego się z silnych przekonań czy ideologii. Przekonania bywają ograniczające - nie zawsze ich posiadanie jest wartościowe. Czasem trzeba wyjść poza wynikające z nich ograniczenia, żeby zobaczyć rzeczywistość.

Czas prób i błędów

Podczas reform rozpoczętych przez rząd AWS w 1999 r. liceum oberwało najbardziej. Jest prawdziwą ofiarą - najpierw je skrócono formalnie tylko do lat 3. Rząd nie zdążył zreformować programów, pozostały stare, te do 4-letniego LO. Minister Anna Zalewska pracowała wtedy w liceum, musi dobrze pamiętać ten horror. Potem zatrzymano reformę egzaminu maturalnego (rząd SLD), potem ją znów uruchomiono, bo nie dało się jej już dłużej wstrzymywać. Doprowadziło to do licznych problemów i konfliktów. Komisje egzaminacyjne dopiero budowały system egzaminowania, nie było procedury odwołań. Nie było też odpowiednio wyszkolonych egzaminatorów, więc powody do odwołań by się znalazły. Pamiętam sprawę pokrzywdzonej maturzystki, która stanęła przed rzecznikiem praw obywatelskich. Pracownicy OKE tłumaczyli, że egzaminy maturalne powinny być sprawdzane przez 2 egzaminatorów, ale na to nie ma pieniędzy. Minister z nowego wtedy rządu PiS tłumaczył, "że jest on nowy i się nie orientuje". Maturzystka odpuściła, nie doczekała się rozstrzygnięcia. Później za rządów PO rozpoczęto prace nad kształtem 3-letniego LO i nową podstawą programową. Udało się skończyć, wdrożyć, a nawet przeprowadzić pierwszą maturę zgodnie z nowymi standardami - w 2015 r. Wydawało się, że teraz, gdy zamknął się cykl kształcenia wg nowego wzoru, nadszedł czas na jego ocenę i korekty. Nic z tego. Będzie likwidacja i wszystko zacznie się od nowa. Tylko po co? I co się właściwie stanie?

Niepewna przyszłość

My, zatroskani, tego nie wiemy. Jaki będzie kształt nowego liceum? Czego będziemy tam uczyć i w jakim wymiarze? Co z profilowaniem? Obecnie uczniowie, począwszy od kl. II, muszą wybierać od 2 do 4 przedmiotów, których będą się uczyć na poziomie rozszerzonym - czy to będzie utrzymane, czy nie? Czy zmienią się wymagania maturalne? Czy matura dalej będzie wstępem na studia, czy już nie - jak to było kiedyś w 4-letnim liceum? A jeśli będzie, to czy kształcenie w LO dalej będzie podporządkowane wymaganiom maturalnym (= wymaganiom uczelni)? Czy będzie trzeba uczyć się więcej przedmiotów niezwiązanych z tymi wymaganiami, tzw. ogólnokształcących. A jeśli nie będzie, to co?

Pytań jest więcej, ale nie sposób na nie odpowiedzieć bez poznania wizji, koncepcji.

Jaką wizję liceum ma minister edukacji? To ma być szkoła ogólnokształcąca, gdzie wszyscy uczniowie uczą się w pokaźnym wymiarze wszystkich przedmiotów? Czy będzie to szkoła profilowana, gdzie kształcenie ogólne ustępuje temu specjalistycznemu, które ogranicza się do przedmiotów niezbędnych do studiowania?

Zmieniać czy likwidować

Liceum trzeba poprawić. Ale żeby to zrobić, nie trzeba go wydłużać kosztem likwidacji gimnazjów. To duży koszt i niepotrzebny, bo gimnazja wyszły na prostą. Wielu uczniów podstawówek marzy, by iść do nowej szkoły, to dla nich awans. Warto zachować gimnazja, ale trzeba sobie coś uświadomić. To one są szkołami ogólnokształcącymi, to w nich wszyscy polscy uczniowie są edukowani w pewnym wyrównanym standardzie. Liceum nie musi być ogólnokształcące (tak jak nie musi nim być technikum czy szkoła zawodowa). Liceum ma przygotować do studiów, ale nie na wszystkich kierunkach, tylko na wybranych. To tylko jedna z możliwych koncepcji. Szkoda, że nikt o tym, jakie powinno być liceum, nie dyskutuje. Tak jak na temat tego, jak przygotować do wyboru kolejnej szkoły gimnazjalistów - często naprawdę zagubionych.

Nie trzeba likwidować gimnazjów, żeby poprawić licea. Likwidacja ich jest błędem, podobnie jak przekonanie, że dłuższe o rok szkoły średnie będą lekiem na całe zło.

Awerroes z opowiadania Borgesa mówi pod koniec: "Aby uwolnić się od jakiegoś błędu, należy w niego poprzednio uwierzyć". Ten etap rządzący na pewno mają za sobą. Życzmy im szybkiego uwolnienia, bo za ich błędy zapłacimy wszyscy.

Znajdziesz nas na Twitterze , Google+ i Instagramie

 

Jesteśmy też na Facebooku. Dołącz do nas i dziel się opiniami.

 

Czekamy na Wasze listy: listy@wyborcza.pl

 

Zobacz też: Temat dnia "Gazety Wyborczej": Włodzimierz Paszyński: Zmiany, które czekają nas w szkolnictwie będą jak tsunami

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.