Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Byłem studentem trzeciego roku Politechniki Poznańskiej, ale studia pozostawały trochę w tle politycznych wydarzeń, których rozwój pod koniec 1988 nagle przyspieszył - budząc powszechną nadzieję.

Od lutego 1989 żyliśmy przekonaniem, że teraz jest szansa na przełom, na zmianę. Z przejęciem obserwowaliśmy wieczorne krótkie migawki w TVP z kuluarów obrad Okrągłego Stołu. Adam Michnik z teczką z logo "Solidarności" w TVP - to jeszcze przed chwilą było niewyobrażalne. Wiosną 1989 Komitet Obywatelski "Solidarność" przeprowadzał rekrutację na członków komisji wyborczych - zostałem członkiem rejonowej komisji wyborczej w poznańskiej dzielnicy Wilda. Wydawało się, że w końcu przydarzyła się nam ta wiosna, o której krzyczeliśmy w stanie wojennym w 1982 roku przed kościołem Dominikanów - "zima wasza, wiosna nasza". KO "Solidarność" w komisji reprezentowały dwie osoby, czyli po jednej na zmianę.

Pozostali członkowie komisji byli weteranami wyborczymi, członkami podstawowej organizacji partyjnej PZPR w największym zakładzie pracy, który mieścił się w tym rejonie miasta. Dla mnie to były oczywiście pierwsze wybory w życiu (na wybory w 1985 roku nie poszedłem).

Miesiąc przed wyborami odbyło się spotkanie komisji wyborczej w celu ustalenia zasad działania komisji zgodnie z obowiązującymi przepisami oraz podziału na dwa zespoły - przedpołudniowy i popołudniowy. Spotkanie przebiegało dosyć drętwo, przyglądaliśmy się sobie nawzajem z podejrzliwością. Panowie z zakładowej POP mieli doświadczenie w organizacji wyborów od lat 70., pełna rutyna i przekonanie, że mimo dokooptowania do ich komisji dwójki młodocianych osób będzie jak zwykle, nic się nie zmieni - zwykły teatrzyk wyborczy, bo tylko naiwniacy mogą wierzyć, że PZPR podzieli się władzą i że ludzie będą mieli odwagę wybrać niezależnych kandydatów. Atmosfera rozluźniła się trochę, gdy nasi nowi "znajomi" zaczęli się przerzucać anegdotami o tym, co dziwnego można było znaleźć w urnach wyborczych - od pomyłkowo wrzuconych dowodów osobistych do papieru toaletowego, którego podobno nigdy nie brakowało w urnie wyborczej, mimo że w PRL był deficytowym towarem.

Wybory poprzedzały akcje ulotkowe, rozlepialiśmy na słupach, wiatach przystanków plakaciki, z reguły z cienkiej bibułki, z marnym jakościowo drukiem.

Dzień wyborczy zaczął się o 6 rano od wręczenia tradycyjnego kwiatka pierwszemu wyborcy, w którym moi "towarzysze" rozpoznali zdobywcę kwiatka sprzed 4 lat.

To, co się działo później, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Mały znaczek "Solidarności" w klapie mojej marynarki wywoływał w głosujących ludziach całą gamę autentycznych spontanicznych emocji - od radosnych, życzliwych uśmiechów do łez wzruszenia. Wysłuchałem wielu miłych słów, pełnych wiary w zwycięstwo i poznałem parę trudnych opowieści o wspomnieniach związanych z wydarzeniami poznańskiego Czerwca '56 - w końcu nie będzie trzeba się bać o tym mówić, to panu powiem.

Głosowanie przebiegało bez większych problemów, oprócz technicznych - np. na liście wyborców występowała ulica Jerzego, a część mieszkańców tej ulicy miała meldunek w dowodzie z wpisem "Św. Jerzego", więc wyborcy domagali się uzupełnienia w spisie nazwy ulicy o litery "Św.".

Po południu pojawiła się moja zmienniczka, mogłem w końcu sam zagłosować w moim rejonie. Wieczorem powrót do komisji, po zamknięciu lokalu wyborczego przystąpiliśmy do liczenia głosów. W miarę jak rosły kupki posortowanych kart, nasi "towarzysze" byli coraz mocniej zadziwieni. Przewaga głosów na przedstawicieli KO "Solidarność" była ogromna. Lista krajowa z establishmentem PZPR przepadła prawie całkowicie. Nieliczne przypadki niedociągnięcia linii przekreślającej listę kwalifikowaliśmy jako głos na nieprzekreślonego kandydata (co było zapewne wbrew intencjom głosujących), ale priorytetem było działanie zgodne w 100% z regulaminem pracy komisji, tak żeby nikt nie mógł wskazać nam żadnych zaniedbań. Z tych samych powodów pomimo coraz późniejszej pory nie dopuściliśmy do pomocy w liczeniu głosów pani występującej w charakterze męża zaufania (porażka kandydatów partyjnych, w tym tych z listy krajowej, spowodowała nerwową zmianę ordynacji wyborczej i drugą turę wyborów, zwaną potocznie dożynkami).

Po godzinie 24 razem z moją zmienniczką odwieźliśmy kopie protokołu do siedziby okręgowej Komitetu Obywatelskiego "Solidarność", która mieściła się w poznańskim Centrum Kultury Zamek.

Wracając do domu, sprawdziłem wyniki wywieszone na drzwiach pobliskich komisji wyborczych i miałem już niezbitą pewność, że udało się, że nie da się już zmienić tego, co stało się w niedzielę 4 czerwca 1989 roku.

Chcemy, żeby 4 czerwca był świętem państwowym. Świętem wszystkich Polaków, tak ceniących wolność i demokrację.

Dlaczego ten dzień jest dla Ciebie ważny? Jakie wartości uosabia? A może sam głosowałeś 4 czerwca 1989 roku? Kto był Twoim kandydatem? Jak zareagowałeś na wyniki? Napisz do nas.

Wasze listy, podpisane imieniem i nazwiskiem, opublikujemy na wyborcza.pl

Czekamy na Wasze wspomnienia listy@wyborcza.pl

Podpisz się pod apelem w sprawie ustanowienia 4 czerwca świętem państwowym.

REGULAMIN użytkownika "Gazety Wyborczej" >>> Szanowni Państwo, kontynuujemy prace nad systemem komentarzy i ich ocen. Wspólnie możemy sprawić, że nasze forum będzie miejscem przyjaznym i wolnym od agresji.

 

Pomóżcie nam:

 

- nie dyskutujcie z trollami,

 

- jeśli widzicie komentarze, które powinny być skasowane, zgłoście je moderatorowi poprzez kliknięcie kosza przy wpisie,

 

- wpisy i uwagi do systemu moderacji przysyłajcie mailem na adres forum@wyborcza.pl.

 

Dziękujemy.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.