Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Ostatnio w Polsce próbowano wprowadzić całkowity zakaz aborcji. Zastanawiam się, jak moja historia wyglądałaby, gdyby wydarzyła się w Polsce.

Luty 2015

Przeprowadzam aborcję. Boję się, serce mi się rozpada na kawałki, ale wiem, że to słuszna decyzja. W przeszłości obiecywałam sobie, że jak sama będę w takiej sytuacji, to nigdy tego nie zrobię. Zrobiłam. ***

Razem z moim partnerem odwiedzamy rodzinę na święta. Mieszkamy w Anglii. Spędzamy miło czas, traktujemy ten wyjazd jak wakacje. Ponosi nas w hotelu, za dużo grzanego wina i świątecznej atmosfery. Nawet nie przeczuwam, że zajdę w ciążę. Spędzamy resztę świąt u znajomych. Śnieg blokuje drogi, utknęliśmy na autostradzie. Bardzo przemarzam. Tydzień później nagle choruję. Bardzo poważna angina, lekarze nie wiedzą, co robić. Jestem hospitalizowana. Po paru dniach wypuszczają mnie do domu z reklamówką leków. Nic nie pomaga, nie mogę jeść. Lekarz nakazuje mojemu partnerowi karmienie mnie posiłkami w proszku wymieszanymi z mlekiem. Tracę na wadze.

Jestem w ciąży

Drugi tydzień stycznia 2015 roku. Mój okres się spóźnia. Winię antybiotyki i ignoruję sprawę przez jeszcze parę dni. Podczas kontroli u lekarza rodzinnego mówię o spóźniającym się okresie. Przeprowadza test. Jestem w ciąży. Przepisuje inne antybiotyki i każe odpoczywać w domu. Znów pogorszenie. Krwawię z gardła, nie mogę oddychać. Przyjmują mnie do szpitala. Lekarka pyta mnie, czy czas nie przemyśleć aborcji. Jest w tym bardzo profesjonalna i delikatna. Wciąż stanowczo się sprzeciwiam. Mój partner awansuje w pracy. Jednocześnie oznacza to, że szykuje mu się dużo wyjazdów za granicę. Nie wie, czy może się mną zająć. Koniec stycznia 2015 roku. Mój partner przebywa za granicą. Jestem sama w domu. Leki wciąż nie pomagają. Lekarz zwiększa mi dawkę. Spadam ze schodów na brzuch. Tracę przytomność. Pomaga mi mama mojego partnera. Trafiam do szpitala. Lekarz rodzinny poważnie każe mi się zastanowić nad aborcją.

Szukałam dobrych słów. Wsparcia, miłości...

Dzwonię do rodziny w Polsce. Szukam dobrych słów, wsparcia i miłości. Zamiast tego zostaję zbluzgana za posiadanie jakichkolwiek wątpliwości. Rodzina oferuje mi pieniądze za urodzenie i oddanie im dziecka.

Moja macocha płaci za mszę w mojej intencji za nawrócenie się. Dostaję listy z życzeniem mi śmierci, nazywające mnie dzieciobójczynią, żałujące, że mnie nikt nie zeskrobał. Jej autorką jest moja przyrodnia siostra.

Załamuję się. Zrywam kontakt. Mój partner przerażony wraca z pracy. Odbywamy poważną rozmowę. Informuje mnie, że dla niego moje zdrowie jest najważniejsze. Chce poczekać jeszcze rok i dać mi szansę na powrót do zdrowia. Decydujemy się na aborcję. Przeprowadziłam aborcję farmakologiczną w piątym tygodniu ciąży. W szpitalu pod opieką wspaniałych pielęgniarek. Miałam również dostęp do psychologa.

Rok później...

Dziękuję mojemu partnerowi za wspieranie podczas depresji. Powoli z niej wychodzę. Decydujemy się na dziecko za rok. Dbamy o moją dietę, zdrowie, staramy się dużo spacerować i zwiększyć aktywność fizyczną.

Zakładam własną firmę, która odnosi sukces. Moja sytuacja finansowa się stabilizuje. Zbliżam się ze swoim partnerem jeszcze bardziej, nawzajem się wspieramy i nauczyliśmy się rozmawiać o problemach.

Planujemy zmianę domu na większy. Nie mogę wyobrazić sobie życia bez niego. Wybaczam mojej mamie. Nigdy nie odzyskuje kontaktu z moim ojcem i jego partnerką. *** Aborcja nie jest niczym dobrym, ale tak samo nie jest dobre zmuszanie do porodu. Świat nie jest czarno-biały. Niektóre tragedie są małe, a inne duże. Ale wciąż są tragediami. To, co zrobiłam, nie jest złem.

Czy dałabym radę donosić dziecko? Nie byłam wstanie nawet wyjść samodzielnie do sklepu. Co ze zdrowiem? Przez pierwsze tygodnie byłam na ogromnej mieszance antybiotyków z paracetamolem, ibuprofenem i kodeiną. Przez ten okres schudłam 13 kg. Nie wybaczyłabym sobie, gdyby później wykryto jakieś wady. Uważam, że miałam prawo zdecydować o sobie, o swojej przyszłości. Tak samo miał mój partner. Nie wyobrażam sobie, żeby być w takiej samej sytuacji w Polsce, i jeszcze bardziej doceniam, że mieszkam w wolnym kraju, gdzie bez kościelnego umoralniania mam szansę wybrać to, co jest właściwe.

Teraz mam szansę, żeby stać się lepszą osobą. Przygotować się. Wiem, że będę lepszą matką. Wiem, że jestem silniejsza. Nie wiem, czy jeszcze do siebie dopuszczę swoją polską rodzinę. My nie potrzebujemy modlitw, pieniędzy czy Kościoła, żeby być dobrymi ludźmi. Szacunek do drugiej osoby, dobroć, pracowitość powinna wystarczyć. Straszono mnie, że mój związek się rozpadnie. Nie, nie rozpadł się. Jest za to mocniejszy niż kiedykolwiek i cieszę się, że wybrałam dobrego partnera, z którym chcę spędzić resztę swojego życia.

 

Znajdziesz nas na Twitterze , Google+ i Instagramie

 

Jesteśmy też na Facebooku. Dołącz do nas i dziel się opiniami.

 

Czekamy na Wasze listy: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.