Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Pamiętam dobrze dzień nowojorskiej hekatomby. Po lekcjach w liceum jak zwykle poszłam do dziadków na obiad. Jadłam jakiegoś schabowego i ziemniaki, kiedy po drugiej stronie stołu dziadek siedział zasłuchany w radio, które grzmiało dramatycznymi relacjami z Nowego Jorku. Pamiętam, że nie umiałam potraktować ich poważnie. Te doniesienia były dla mnie gdzieś pomiędzy niemożliwym a głupim żartem. Rozglądałam się wkoło i nic się nie zmieniało - babcia jak zwykle krzątała się po kuchni, rozmyślając, czym jeszcze mogłaby mnie nakarmić, ludzie wracali z domów do pracy, wolno, targając ze sobą siatki zakupów, słońce zachodziło jak co dzień, a nauczyciel jak zadawał prace domowe, tak zadał, i to na jutro.

Dopiero kiedy wieczorem wróciłam do domu i wraz z tatą włączyliśmy telewizję, filmowe urywki walących się wież wbiły mnie w fotel. To, co jeszcze przed chwilą wydawało mi się idiotycznym, ale jednak żartem, stało się straszną rzeczywistością - niby odległą, a mimo wszystko rzeczywistością świata zachodniego, do którego coraz silniej zaczynaliśmy należeć.

Co wtedy mogłam wiedzieć o wojnie? Kiedy się rodziłam, kiedy stawiałam pierwsze kroki, mój kraj walczył o wolność pod hasłem "Solidarności" i to solidarności, która dawała przykład i siły innym, zupełnie nie licząc się z granicami. Wałęsa dostał Pokojową Nagrodę Nobla, a komunistyczne rządy słabły kraj po kraju, aż upadły na dobre.

Potem przyszły inne solidarności - pod szyldem NATO, europejska. Przystąpiliśmy do Unii, otworzyły się granice. Wszyscy nawoływali do tolerancji, do wspólnoty, powoływali się na pięknie brzmiące zapiski z deklaracji praw człowieka. Deklarowali bronić ich i stać za nimi murem. Dziś ten mur przybrał kształt kolczastych zasieków, a my owszem dalej za nim stoimy, ale już nie po tej samej stronie.

Dziś, kiedy stoję pomiędzy uchodźcami i migrantami z Bliskiego Wschodu i Afryki, wśród gotowych do pracy dyktafonów, telefonów i aparatów, na dnie torby leżą "Listy przeciwko wojnie" Tiziano Terzaniego.

Włoski reporter pisał te listy po 11 września, kiedy większość z nas przecierała oczy ze zdumienia, a ci najbardziej decyzyjni zacierali ręce, szykując się do wojny. Czytam je w wolnych chwilach między słuchaniem wspomnień szukających azylu o zabitych ojcach i synach, a ich opowieściami o bombardowaniach i prześladowaniach.

Z tą książką pod pachą, w tłumie uciekających z ogarniętych konfliktami i biedą rejonów wstecz patrzy się zupełnie inaczej: Tiziano wiedział i miał rację, mówiąc, że bardziej niż czegokolwiek potrzebowaliśmy wtedy pokoju, nie wojen. To, co według niego było "dobrą okazją" do uspakajania, a nie rozjuszania muzułmańskiego świata, zostało odrzucone.

Nikt nie dosłyszał jego naiwnie brzmiącego komentarza w żądnych zemsty krzykach, a zaduma, do której namawiał, była niczym więcej jak minutą ciszy na szkolnym apelu dzień po nowojorskiej hekatombie.

"Nowojorska hekatomba dała nam okazję do przemyślenia wielu spraw i postawiła nas przed nowymi wyborami. Ten najbliższy zdecyduje, czy dodamy czy też odbierzemy fundamentalistycznemu islamowi kolejne powody do istnienia, czy zmienimy sens palestyńskich tańców, by z makabrycznych wybuchów radości z cudzego nieszczęścia stały się wyrazem ulgi, jaką przynosi odzyskana godność. W przeciwnym wypadku każda bomba lub pocisk, które spadną na ludność w innej niż nasza części świata, zasieje tylko więcej smoczych zębów i pobudzi młodych ludzi gotowych wołać "Allah Akbar" ("Allah jest wielki") do skierowania następnego samolotu pełnego niewinnych ofiar na jakiś wieżowiec albo podłożenia bomby bakteriologicznej lub kieszonkowej atomówki w którymś z naszych centrów handlowych" - pisał Terzani.

Ruszyliśmy jednak na tę niezakończoną do dziś wojnę. Konfliktom i radykalnemu islamowi nie dała też kres śmierć Osamy ben Ladena, na którą wszyscy czekali. Wielkie zwycięstwo amerykańskich służb nie przyniosło nic prócz chwilowej euforii nad wykonaną zemstą.

Zachodnia polityka siły nie wybawiła ludzkości od radykałów i nie wybawi, dopóki nie zdamy sobie sprawy, że zrzucanie bomb, agresja i wrogość wzbudzają jedynie to samo.

Znaleźliśmy się w pułapce wrogości i strachu, na którą umiemy odpowiedzieć jedynie soczystą kurwą albo serią pocisków z karabinu.

Jak się okazuje, dążenie do pokoju jest znacznie większym i trudniejszym wyzwaniem niż zbombardowanie czyjegoś domu. Ale ludzkość, która odpowiadać umie jedynie siłą, jest słaba. Jak pisał Włoch: "Cywilizacja staje się dużo silniejsza raczej dzięki swojej postawie moralnej niż nowej broni".

Świat po 11 września zmienił się tak samo dla nas, jak i dla tych ludzi, którzy teraz czekają na decyzje Zachodu pod węgierskimi zasiekami. Ich domy zostały zburzone, zrujnowano przyszłość wielu pokoleń naprzód. My daliśmy się zastraszyć i dajemy się zamykać w rezerwacie otoczonym kolczastym drutem.

Terroryzm, ten nowoczesny, medialny, spełnił swoją rolę - nie tylko zburzył wieże, ale i to, co wypracowaliśmy sobie w Europie przez ostatnie lata: otwarte granice, wiarę we wspólnotę i wartości, które dziś są pustymi hasłami. Mimo tego to dziś mamy kolejną "dobrą okazję", okazję, by przekuć nienawiść i strach w pomoc i przyjaźń.

Ta pomoc i otwartość nie jest przejawem naiwności. Kiedy my spieszymy dawno już spóźnieni debatować nad kryzysem, kiedy wycieramy sobie twarz sloganami, kiedy opluwamy się nawzajem, kiedy staramy się uszczelnić granice, przez które latami przeciskali się uchodźcy i migranci, tylko pomagamy napięciom i konfliktom rosnąć w siłę.

Zapominamy, że bezpieczeństwo - podobnie jak wspominane przez Tiziano w "Listach" wolność i szczęście - jest niepodzielne. Desperacja migrantów pcha ich nie tylko na mordercze szlaki, ale i powoduje dziury w europejskich granicach, przez które może się przecisnąć każdy. Jeśli zamiast zamykania oczu i granic - które spowoduje, że uciekinierzy będą szukać dziur w innych granicach - pozwolimy im przekraczać je oficjalne, rejestrując się, nie tylko wreszcie wyciągniemy rękę w geście pojednania, zwrócimy im zabraną godność, lecz także otrzymamy szansę, by ujarzmić chaos i położyć kres ogarniającemu nas strachowi.

To także może wreszcie skłoni nas do zażegnywania konfliktów w innych krajach. Tak samo jak uchodźcy i migranci, my też zostaliśmy zagnani w ślepy zaułek. "Skoro już jesteśmy razem w tej pułapce, to może lepiej byłoby żyć w niej w pokoju".

Znajdziesz nas na Twitterze , Google+ i Instagramie

 

Jesteśmy też na Facebooku. Dołącz do nas i dziel się opiniami.

 

Czekamy na Wasze listy: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.