Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Polub nas na Facebooku

To ciało trzylatka, które przed tygodniem mogliśmy oglądać na wszystkich portalach i w każdym telewizorze zostało wplątane w polityczną i społeczną grę. Wiemy to wszyscy. Zdjęcie, które obiegło cały świat jest modelowym przykładem i gdyby nie okoliczności, gdyby nie dramat, można by wręcz twierdzić, że cały spektakl został przygotowany przez agencję PR-ową, która prostymi metodami, grając naszym współczuciem, usiłowała zmusić nas do zmiany podejścia.

Ale my się nie daliśmy. Ta rozlana na brzegu śmierć nie jest dla nas większym argumentem. Oczywiście jest nam smutno, wyrażamy żal i łączymy się w bólu z ojcem, lecz nie znaczy to jeszcze, że mamy zmieniać front i ulegać moralnemu szantażowi...

I tak dalej, i tym podobne. Przez ten z górą tydzień, kiedy chłodne morze wyrzuciło małego człowieka i gdy agencje na całym świecie powielały fotografię, słyszałem wiele argumentów i czytałem różne artykuły i teksty. Mógłbym je łatwo przywołać, ale bez trudu znajdziecie je Państwo sami. Niektóre z nich mówią wprost, inne powtarzają jak mantrę, że nie są przeciw, bynajmniej, tylko stawiają po przecinku owo "ale", rozpoczynając chocholi taniec i w miarę rozwijania się zdania, wzmagając niepokojącą niechęć.

Z tej frustracji można by stworzyć cały album. Słabości, gdy insynuuje się, że nasza kultura jest zbyt słaba, by móc się obronić po przyjęciu garstki migrantów, albo że nasze państwo łatwo może zdestabilizować grupa przyjaznych, bo do niczego nie jesteśmy zdatni. Albo "polski katolik" mówi mi, że przyjęcie migrantów to czyn antychrześcijański, zaś od proboszcza tuż przed wzywaniem do miłości bliźniego słyszę tyradę przeciwko islamistom wygłaszaną w kontekście uchodźców.

Mnóstwo zagrożeń, jak na 38 milionowy naród, gdy z drugiej strony dwu-, dwunasto- (?), a niechby i trzydziestotysięczna grupa nieszczęśliwych i zagubionych pielgrzymów, uciekinierów z wojny i z biedy, którzy porzucali cały świat wokół, by po długim marszu oddać się nieprzyjaznemu morzu, o którym wiedzieli, że nierzadko zamienia się w Styks.

Taki ruch świadczy o desperacji, przed jaką nie stanęli syci Polacy, chętnie wygłaszający tyrady w obronie czystego ogródka. Oczywiście te wszystkie głosy więcej mówiły o nas, niż faktycznie odnosiły się do emigrantów, i bez wątpienia w ciągu ostatnich dwóch tygodni wiele się o sobie dowiedzieliśmy.

Zobaczyliśmy, jak mało w nas empatii, i jak wiele energii musimy inwestować, by zachować poczucie, że jesteśmy lepsi. Bo to złudzenie musieliśmy podtrzymywać wszelkimi środkami i aż raziło, jak wiele wysiłku wkładamy w masowe unikanie dyskursu etycznego.

Postanowiliśmy go omijać, desperacko szukając argumentów, które zapełniłyby przestrzeń i płynnie pozwoliły zmienić jeden dyskurs na inny.

Stąd właśnie przywoływanie tych wszystkich "samych mężczyzn", bojowników ISIS, darmozjadów, stąd powtarzanie o braku pieniędzy, o zagrożeniu kultury, o zagrożeniu chrześcijaństwa...

Możemy pytać o powody, dlaczego tacy jesteśmy: 50 lat komunizmu, homo sovieticus, który nie do końca z nas wyszedł, agresywny neoliberalizm, który spowodował atomizację społeczną...

Ale te przyczyny za każdym razem rozbijają się o brak woli czy - lepiej - o wysiłek, który musimy włożyć, by człowieka zmienić w zagrożenie bez uczuć i emocji, bez nadziei i właściwej godności.

Oto kim się staliśmy. Wypłowiali i wypatroszeni, którym w kunsztownym apartamencie przeszkadza ruch za oknami. To wszystko nie są problemy z emigrantami tylko z samymi sobą. Bawię się, sugerując, że cała historia z wyrzuconym na brzeg trzylatkiem powinna być inscenizowana, ale też dlatego właśnie, że nic innego już do nas nie dociera.

Podobnymi zdjęciami trzeba z nami grać, epatując tragedią, bo do najtrudniejszej roli urasta pomoc bliźniemu. Pomoc najprostsza z możliwych - z wyciągnięciem dłoni i jasnym uśmiechem na przywitanie.

Lecz na to już nas nie stać. Nas, właścicieli najnowszych telefonów, szybkich komputerów, bezpiecznych samochodów. To jest już ponad nasze siły, gdy zmęczeni dniem pracy wpatrujemy się w szklisty ekran wielkiego telewizora zawieszonego na ścianie.

A przecież ten dramat nie jest jak z filmu, gdzie łagodny ketchup udaje rozlaną krew. Prawdziwe są depresje, prawdziwe są rany, prawdziwa jest śmierć. Ten chłopiec nim po raz ostatni zachłysnął się wodą, musiał drżeć nie tylko z zimna, ale też z przerażenia.

Jak wielu przed nim, i jak jeszcze wielu po nim. Czytam właśnie rozmowę z włoskim lekarzem ze słynnej Lampedusy , który codziennie przyjmuje uchodźców, głodnych i wyziębionych, zawsze odwodnionych i często pokaleczonych. Ludzi, którzy musieli wiele znieść, by tu dotrzeć, także tortury i gwałty. Europa niechętnie ich przyjmuje, zazdrosna o własne zasoby. Ale część z nich się przedostaje, wyliczamy liczby roczne i próbujemy ciężar jakoś rozłożyć na członków.

Inni usiłują stanąć na wysokości zadania, gdy Polska odwraca pogardliwie głowę. A potem dziwimy się, że patrzy się na nas z góry, że jesteśmy nazywani zaściankiem i bardziej kurtuazyjnie - prowincją.

Otóż zasługujemy na podobne epitety i cała nasza postawa z ostatnich dni dowodzi tego jak nic innego. Trudno o trywialniejszy przykład, gdy nasz izolacjonizm nas zjada. I tylko proszę: nie powtarzajmy przypadkiem, że Polska to katolicki naród, bo ten oksymoron obraża prawdziwych chrześcijan i deprecjonuje ich wartość.

Znajdziesz nas na Twitterze , Google+ i Instagramie

 

Jesteśmy też na Facebooku. Dołącz do nas i dziel się opiniami.

 

Czekamy na Wasze listy: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.