Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Teraz o wyselekcjonowaniu chrześcijan spośród fali uchodźców z Syrii mówią już nie tylko czołowi polscy krytycy islamu i pracownicy Fundacji Estera, ale najważniejsi politycy w kraju z byłym ministrem sprawiedliwości Jarosławem Gowinem na czele. Jednocześnie już nie tylko część mieszkańców największych polskich miast, ale również tych mniejszych jak np. Bielsko-Biała mobilizuje się przeciwko islamizacji, która w ich mniemaniu jest nieuchronna jeśli do kraju napłyną uchodźcy. Przed osobami upatrującymi we wszystkich muzułmanach aktualnych lub przyszłych terrorystów otwierają się łamy największych gazet i studia polskiego radia i telewizji. Wydaje się wzrastać społeczna akceptowalność postaw otwarcie islamofobicznych.

Niewiele pomogą tu wizyty prezydenta w meczecie w Bohonikach i deklaracje o tym że Polska jest krajem, który od wieków zapewniał dom różnym nacjom i religiom. Na nic zdaje się powoływanie się realia i badania naukowe ukazujące 99 proc. osób z ponad 1,5- miliardowej populacji wyznawców islamu na świecie jako osoby miłujące pokój i wyrzekające się stosowania przemocy. Zdaniem 62 proc. Polaków "islam jest religią nietolerancji", i kropka. Tylko co piąty Polak badany przez Fundację Friedricha Eberta w 2011 r. uznał, że kultura muzułmańska jest dostosowana do życia w społeczeństwie polskim/europejskim. Jednocześnie to samo badanie pokazało, iż 47 proc. Polaków jest zdania, że "zbyt duża liczba muzułmanów zamieszkuje Polskę", a 62 proc. uważa, że "postawa muzułmanów jest nazbyt roszczeniowa". Co ciekawe, stosunek Polaków do islamu i muzułmanów jest zdecydowanie bardziej negatywny niż obywateli Francji czy Niemiec zamieszkiwanych przez dużo liczniejsze populacje muzułmańskie. Polacy również znacząco bardziej przeszacowują liczbę muzułmanów w swoim kraju. Choć stanowią oni nie całe 0,1 proc. polskiej populacji, to Polacy w niedawnym badaniu mówili że jest ich 5 proc. To przeszacowywanie jest również jednym z symptomów społecznego strachu przed muzułmanami i islamem, który w naszym kraju osiąga w ostatnich miesiącach niespotykane rozmiary.

Polacy obawiają się muzułmanów przede wszystkim dlatego, że utożsamiają ich jednoznacznie ze światowym terroryzmem i przelewem krwi. Powstanie Państwa Islamskiego w czerwcu ubiegłego roku i jego barbarzyństwo zapewnia dowolną ilość materiałów na udowodnienie tezy, że islam umiarkowany nie istnieje i że każdy muzułmanin to, jeśli nie aktualny, to przyszły terrorysta. Tego typu uproszczony wizerunek islamu i muzułmanów rozpowszechniany jest przede wszystkim przez media, które są dla ludzi podstawowym źródłem informacji na ten temat. W przypadku wiadomości na temat islamu i muzułmanów ich wartość informacyjna jest bezpośrednio związana z sensacyjnością. Tylko takie materiały mają szansę na emisje, które spełniają ten warunek. Rezultatem jest pojawianie się słów "muzułmanin" w przekazach medialnych głównie w kontekście zamachów terrorystycznych, rozmaitych kontrowersji wokół islamu (od afery Rushdiego do skandalu wokół duńskich karykatur proroka) i innych incydentów. Mają one nie tylko krótkoterminowe konsekwencje jako przykłady "minizderzeń cywilizacyjnych", ale również skutki długoterminowe. W ten sposób stają się ważnymi punktami odniesienia w interpretacji islamu i jego wyznawców i zyskują funkcję quasi-pomników historycznych w pamięci zbiorowej - są instrumentami, poprzez które utrwala się pamięć społeczna. Bez znaczenia jest tu fakt, że z reguły wydarzyły się poza granicami kraju i nie mają z Polską bezpośredniego związku. Lęki skutecznie pielęgnowane są również na podstawie czynników egzogennych lub wręcz wyobrażonych.

Badania CBOSU z lutego tego roku pokazują, że jedynie 12 proc. Polaków poznało osobiście jakiegoś muzułmanina lub muzułmankę. Potwierdzają one tym samym, iż nasz negatywny stosunek wobec wyznawców islamu powstaje w zdecydowanej mierze w oderwaniu od jakiegokolwiek kontaktu z szeroko pojętym realnym światem muzułmańskim. Ten świat jest wyobrażany natomiast w ścisłym związku ze "zdroworozsądkowymi" opiniami na tematy muzułmańskie rozpowszechnianymi w mediach koncentrujących się na naświetlaniu przejawów fundamentalizmu i integryzmu muzułmańskiego oraz opinii "ekspertów" i zdjęć potwierdzających rzekomą naturalną skłonność muzułmanów do przemocy. Bardzo nieliczne polskie elity muzułmańskie nie mają ani środków, ani możliwości, żeby zdekonstruować liczne mity i półprawdy stanowiące trzon postaw islamofobicznych.

Jedną z nich jest na przykład przekonanie, że muzułmanie się nie integrują i że w związku z tym, jeśli przybędą do Polski/Europy, to będą sprawiać same kłopoty. Mało kto zwraca uwagę na to, iż procesy przystosowywania się obcokrajowców do życia w nowym społeczeństwie są bardzo złożone i zależą od wielu czynników. Najważniejsze z nich to wielkość i charakter grupy migrującej, skala rozproszenia w kraju przyjmującym, oczekiwania i intencje związane z przybyciem do nowego kraju czy w końcu środowisko społeczne, kulturowe, polityczne i prawne w państwie, które ich przyjmuje. Wszystkie te czynniki mają wpływ na to, jak szybko obcokrajowcy uzyskują nieskrępowany dostęp do rynku pracy oraz prawa polityczne i nabywają kompetencje kulturowe pozwalające im na sprawne funkcjonowanie w nowym społeczeństwie.

Muzułmanie ani lepiej, ani gorzej od innych grup religijnych integrują się z nowymi społeczeństwami. Dynamika procesów integracji zależy od tego, jaką grupę muzułmańską analizujemy, jakim wymiarem integracji się zajmujemy (np. ekonomicznym, prawnym, społecznym) i w którym kraju. Przykładowo, w migracjach muzułmańskich do USA dominuje dobrze wykształcona miejska klasa średnia, która z dużą łatwością adaptuje się do życia za oceanem i wchodzi w skład krajowych elit społeczno-politycznych. Migracje muzułmańskie do Europy po II wojnie światowej były zdominowane przez napływ osób z terenów wiejskich z bardzo ograniczonym kapitałem kulturowym i ekonomicznym. Tego typu migranci (z Polakami włącznie) pod każdą długością i szerokością geograficzną natrafiają na więcej problemów z adaptacją do nowego społeczeństwa i zmieniającego się rynku pracy. Mimo to muzułmanie europejscy wnoszą ogromny wkład w rozwój gospodarek krajów, które zamieszkują (wskaźniki samozatrudnienia w społecznościach muzułmańskich znacząco przewyższają średnie krajowe), oraz w inne sfery życia społecznego, z kulturą i sportem włącznie.

Te i inne mity sprawiają, że wiele osób w naszym kraju postuluje, iż powinniśmy przyjmować tylko syryjskich chrześcijan. Tego typu postawa jest nie tylko wbrew konwencji gnewskiej, której nasz kraj jest sygnatariuszem, ale podstawowym zasadom humanitarnym, nie wspominając już o etyce chrześcijańskiej. Konflikt syryjski pochłonął już około ćwierć miliona istnień ludzkich i zmusił ponad 12 milionów ludzi do opuszczenia swoich domów i szukania schronienia w innej części kraju lub za granicą. Ponad 90 proc. z prawie 4 milionów uchodźców syryjskich, których działania wojenne zmusiły do opuszczenia kraju, zamieszkuje kraje sąsiednie (nade wszystko Turcję, Liban, Jordanię i Irak), a jedynie nieliczni decydują się na niebezpieczną podróż na północ do Europy.

Bomby i pociski, które od ponad 4 lat dziesiątkują populację syryjską, nie rozróżniają tożsamości religijnych. Wśród ofiar konfliktu syryjskiego są przedstawiciele wszystkich wyznań i religii zamieszkujących kraj, a procedury uchodźcze dają prawo każdej osobie dotkniętej przez działania wojenne do uzyskania statusu uchodźcy. Chrześcijanie syryjscy nie są w tym względzie bardziej poszkodowani od innych społeczności religijnych. Ci zamieszkujący Damaszek i okolice kontrolowane przez armię Baszara al-Asada, odpowiedzialną za największą liczbę ofiar, są jak dotychczas w mniejszym stopniu narażeni na bezpośrednie działania wojenne niż obywatele zamieszkujący inne części kraju. Faworyzowanie ich, jak robi to fundacja Estera i postuluje minister Gowin, jest nie tylko niesprawiedliwe, ale również nieetyczne.

Pojawiają się również głosy mówiące o tym, że Syryjczycy powinni udać się do bogatych krajów Zatoki Perskiej, zamiast przybywać do Polski/Europy. Warto uzmysłowić osobom nieznających bliskowschodnich realiów migracyjnych, iż setki tysięcy Syryjczyków znalazły schronienie w ostatnich latach w krajach Zatoki Perskiej. Nie jako uchodźcy, tylko imigranci ekonomiczni. Kraje Zatoki nie są bowiem sygnatariuszami międzynarodowych umów ustanawiających status uchodźcy, stąd Syryjczycy, którzy do nich przybywają, nie otrzymują takiego statusu, lecz pozwolenia na zamieszkanie i pracę. Szacuje się, że około pół miliona Syryjczyków zamieszkuje Arabię Saudyjską, około ćwierć miliona Zjednoczone Emiraty Arabskie, a kolejne dziesiątki tysięcy Katar, Kuwejt, Oman i Bahrajn.

Jednocześnie kraje Zatoki posiadające jedne z największych społeczności imigranckich na świecie - stanowiących od 85 proc. (Katar i ZEA) do 35proc. (Arabia Saudyjska) krajowych populacji - znacząco wspierają międzynarodowe wysiłki mające na celu pomoc materialną uchodźcom syryjskim. Biorąc pod uwagę skalę ich pomocy do wielkości PKB, są jednymi z najhojniejszych darczyńców funduszy zapewniających dach nad głową i żywność uchodźcom syryjskim. Przykładowo, od 2012 r. Kuwejt przeznaczył na budowę i utrzymanie obozów dla uchodźców w krajach bezpośrednio graniczących z Syrią 800 milionów dolarów, a Zjednoczone Emiraty Arabskie - 364 miliony dolarów.

Warto, by w dobie jednego z największych kryzysów humanitarnych tego wieku społeczeństwo polskie stanęło na wysokości zadania i choć na chwilę wyzbyło się swych lęków i obaw przed islamem i muzułmanami. Te bowiem znacząco ograniczają naszą zdolność chłodnej oceny sytuacji i przygotowania do ewentualnego napływu uchodźców oraz wypracowania adekwatnej polityki wsparcia dla tych, którzy tej pomocy najbardziej potrzebują, bez względu na to, czy są chrześcijanami, jazydami czy muzułmanami. Mamy pomagać ludziom, a nie wyznawcom religii bliskich naszemu sercu. Inaczej zachowujemy się dokładnie tak, jak ci, których u siebie nie chcielibyśmy widzieć, czyli religijni fundamentaliści.

Znajdziesz nas na Twitterze , Google+ i Instagramie

 

Jesteśmy też na Facebooku. Dołącz do nas i dziel się opiniami.

 

Czekamy na Wasze listy: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.