Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Polub nas na Facebooku

Pracuję od wielu lat z imigrantami w Niemczech. Znam setki osób z krajów arabskich, afrykańskich czy azjatyckich. Tak, w większości są to muzułmanie, w zasadzie przez te lata na palcach jednej ręki mogę policzyć osoby niereligijne.

Zatem pracuję z tymi, których Polacy się boją, wielu z nich lubię. Uczę ich niemieckiego i tego, na czym opiera się tożsamość europejska, czyli tolerancji. Efekty mojej pracy są połowiczne, część chce się szybko zintegrować lub zasymilować, nauczyć języka, a część kompletnie nie jest zainteresowana tematem i uczestniczy w kursach tylko dlatego, że została do tego przymuszona przez urząd pracy (job center). Takie są realia, wbrew temu, o czym donoszą media.

W tym roku mamy nieporównywalny z niczym napływ uciekinierów i migrantów, granice niemieckie zostały w zasadzie otwarte. Każdy może wejść bez okazywania jakichkolwiek dokumentów. Dostanie na przywitanie jedzenie i miejsce do spania, a może i kwiaty. Niemieckie media relacjonują tylko budujące historie o tym, jak zwykli Niemcy oferują bezwarunkową pomoc. Ta pomoc jest tak duża, że już się wszystko nie mieści i nie ma jej gdzie magazynować. Przynajmniej w Bawarii.

Ja mieszkam w Berlinie i słucham tego, co się dzieje na ulicach mojego miasta. Ulica wrze. W metrze jest się otoczonym przez wielojęzyczny tłum i nie są to turyści, panuje ogólnie napięta atmosfera.

Wypowiedzi zwykłych ludzi są pełne niepokoju i często nieukrywanej wrogości. Słowa, które dwa lata temu byłyby uważane za ekstremalnie prawicowe, są dziś w obiegu powszechnym. Najczęściej słychać, że ten spokój to tylko do pierwszego zamachu.

Wielu narzeka, że w Niemczech nie ma kultury protestu. Nic z tego nie widać w telewizji ani w prasie. Jakby panowała niepisana umowa, by mówić tylko o biednych syryjskich dzieciach uciekających przed wojną.

Ta polityka się zemści, jestem o tym przekonana. Domy dla azylantów płoną, codziennie są jakieś incydenty, o których wspomina się półgębkiem. W tym samym czasie niemieccy politycy wpadają w totalny samozachwyt, upajają się swoją wspaniałomyślnością i chęcią niesienia pomocy. Prezydent dzieli kraj na Niemcy jasne i ciemne.

Politycy lewicy i zielonych napiętnują każdego, kto cieszy się niewystarczająco. Pracodawcy cieszą się, że migranci uratują rynek pracy itd. Pomoc to także lansowanie się w mediach, ale dziwnym trafem największe domy dla azylantów powstają w biednych dzielnicach Berlina, a nie w sąsiedztwie rezydencji owych postępowych myślicieli.

Zadaję sobie pytanie, co będzie z tymi ludźmi za rok czy dwa. Pracuję z nimi codziennie i widzę, jak są zagubieni w naszej europejskiej rzeczywistości. Jestem daleka od naiwnej wizji, że wszyscy będziemy żyli długo i szczęśliwie. Syryjczyków jest wśród uchodźców ok. 30 proc., u nich w kraju długo nie będzie spokoju i uważam, że bezwzględnie należy im pomagać.

Europa przyglądała się i dalej patrzy, jak ten kraj płonie. Jesteśmy współodpowiedzialni za tę katastrofę!

Ok. 50 proc. to migranci z Bałkanów, czyli Macedonii, Bośni, Kosowa, Serbii, Czarnogóry, Albania i o tych mówią Niemcy, że będą odsyłani (nikt nie używa słowa "deportacja", bo się źle kojarzy), nie wiadomo jednak, kiedy i jak to zrobić.

O Afrykanach nie wspominam, bo to odrębna, specyficzna grupa. Na razie potężne maszyny niemieckiej biurokracji mielą powoli setki tysięcy wniosków. Oczekiwanie na decyzje administracyjne trwa miesiącami, ponieważ urzędy mają za mało ludzi, a więcej nie mogą mieć, bo gminy nie mają na ich stanowiska rozpisanego budżetu.

Ludzie w międzyczasie próbują się jakoś urządzić, dzieci idą do szkół itd. Zrozumiałe mechanizmy. Poziom wykształcenia wielu, bardzo wielu jest dramatycznie niski. Mamy w Europie analfabetów! To jest największy wstyd, pouczamy innych, a sami nie potrafimy na naszym małym kontynencie rozwiązać problemu biedy na Bałkanach.

Jaką pracę może dostać osoba nieumiejąca niczego przeczytać ani napisać? Kto ich zatrudni, da ubezpieczenie i mieszkanie? Ci, którzy w ramach 600 godzin kursu nauczą się niemieckiego, będą mogli chociaż częściowo zrozumieć świat, który ich otacza.

W Europie nie ma już fabryk, a na mycie talerzy załapią się nieliczni. Zresztą te pozycje okupują od lat "starzy" imigranci. Notabene "starzy" patrzą raczej z niechęcią na "nowych", postrzegają ich jako konkurencję. Media tymczasem donoszą o tym, że płyną do nas lekarze, a lekarzy przecież potrzebujemy, bo niemieccy jadą za pracą do Szwajcarii. Mechanizm znany z psychologii, nieprawdaż? Muszę dodać, że funkcjonuje.

Widzę, jak Syryjczycy są zdeterminowani, wielu ma wykształcenie, zawód i jest nadzieja, że gdy szybko nauczą się języka, to mają, niewielką, ale zawsze jakąś, szansę na niemieckim rynku pracy.

Dla całej reszty tej nadziei praktycznie nie ma. Wielu z nowo przybyłych nie ma pojęcia, na czym polega gospodarka oparta na wiedzy i technologii.

Politycy, obojętnie z jakiej opcji, nie generują miejsc pracy! Jak wpłynie na niemiecką gospodarkę fala ludzi gotowych pracować za każdą stawkę? Około 6 mln ludzi w Niemczech pobiera różne zasiłki socjalne, więc albo są bezrobotni, albo zarabiają za mało, by osiągnąć minimum socjalne. Te liczby nijak się mają do oficjalnych statystyk o bezrobociu, ale zdecydowanie lepiej oddają rzeczywistość.

Berlin jest biedną stolicą bogatego państwa, tutaj widać te problemy jak na dłoni.

Kim będą następni, którzy teraz na wieść o kwiatach na powitanie udają się w drogę? Ilu ich będzie, jesli nawet teraz nikt nie ma dokładnych danych ani o liczbie, ani o tym, kim są ci ludzie. Ile zasiłków, jakie kwoty jest w stanie udźwignąć system? Kto, czego i gdzie będzie ich uczył?

Te pytania nie są popularne w niemieckiej debacie publicznej. Na razie w dobrym tonie jest źle mówić o Węgrach i o Polakach, o naszym braku tolerancji i braku solidarności. Jako przykład podano sześcioosobową rodzinę z Syrii, która mieszka tylko w dwóch pokojach w Pruszkowie i cierpi na "duchową śmierć w Polsce" (widziane w Phoenix, 06.09, godz. 18). Niemcy nie wiedzą i nie chcą wiedzieć, że tak właśnie mieszka wielu Polaków.

Co nie zmienia faktu, że musimy nauczyć się żyć w Polsce z sąsiadami z całego globu. Te procesy są nie do zatrzymania.

Angeli Merkel nic na razie politycznie nie zagraża, nie ma żadnej konkurencji, ale za kolejne pięć, dziesięć lat scena polityczna się zmieni. Plan B, czyli kwoty przydziałów na poszczególne kraje, jest dramatyczną próbą przesunięcia problemu na innych. Przy braku jednorodnej polityki unijnej i braku wspólnych zasad finansowania we wszystkich krajach Unii to iluzja. Przecież migranci sami decydują, gdzie się chcą zarejestrować, i bezbłędnie wybierają Niemcy oraz kilka krajów na północy.

Nie ma nikogo, kto miałby odwagę powiedzieć tym ludziom, że przed nimi są lata pracy, nauki, a wynik końcowy niepewny.

Zostały rozbudzone wielkie nadzieje, każdy chce mieć udział w dobrobycie Zachodu. Kto będzie odpowiedzialny za fiasko tego projektu, za rozczarowanie Europą? Jaki wyraz przybierze to rozczarowanie? Ktoś także będzie musiał przecież za tę pomoc zapłacić. Pomoc to odpowiedzialność. Sądzę, że rachunek dostanie Unia Europejska solidarnie. Migrantom się nie dziwię, robią to, co w ich sytuacji jest logiczne, przybywają do raju. Jednak Europa nie jest rajem, jest kontynentem, który zafundował światu ostatnio dwie największe wojny. Nie wiem, czy ktokolwiek o tym pamięta.

Znajdziesz nas na Twitterze , Google+ i Instagramie

 

Jesteśmy też na Facebooku. Dołącz do nas i dziel się opiniami.

 

Czekamy na Wasze listy: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.