Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Polub nas na Facebooku

Szanowni Państwo,

 

z wielką uwagą śledzę na łamach "Wyborczej" dyskusję o uchodźcach.

W 1927 roku Feliks Koneczny, tak często przywoływany przez prawicę myśliciel, twórca oryginalnej koncepcji cywilizacji, wygłasza odczyt na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim pt. "Polska. Między Wschodem a Zachodem". W swojej historiozoficznej wizji, wynikającej z geopolitycznego i kulturowego położenia Polski, opowiadał się za koniecznością cywilizacyjnego skierowania się ku Zachodowi, czego gwarantem miała być przynależność do kultury łacińskiej, ugruntowanej w Polsce przez Kościół.

Ten aspiracyjny w gruncie rzeczy pogląd o ciążeniu Polski bardziej na Zachód niż Wschód dziś nabiera zupełnie innego znaczenia. Niekwestionowane już chyba miejsce Polski w zachodnim kręgu cywilizacyjnym nagle uzmysławia nam, za sprawą dobijających się do bram Europy emigrantów, szukających w pierwszej kolejności bezpieczeństwa dla siebie oraz własnych rodzin, że podział na zróżnicowany kulturowo Wschód i Zachód przeobraża się w dramatyczne relacje między bogatą (globalną) Północą a biednym i pogrążonym w niepewności dnia codziennego Południem.

Wejście Polski do Unii Europejskiej wydaje się być w dużej mierze spełnieniem nadziei bycia bliżej Paryża niż Moskwy. Być może to właśnie aspiracyjny charakter wydarzeń ostatnich 25 lat w Polsce i tej części Europy spowodował, iż takie kraje, jak Polska, Węgry, Czechy czy Słowacja stosunkowo szybko odnalazły się we wspólnocie europejskiej.

Wołania o pomoc przybywających na stary kontynent Syryjczyków czy Libijczyków ujawniły głęboko dotąd skrywane paradoksy "spóźnionych narodów", jakimi są wschodnioeuropejskie demokracje.

Możemy dziś swobodnie przekraczać granice strefy Schengen, ale wciąż pozostajemy zamknięci w mentalnych granicach państw narodowych, które niejako z opóźnieniem, by pozostać przy Plessnerowskim odniesieniu do "spóźnionego narodu", konstruują na nowo własne tożsamości, ale w radykalnie innym świecie niż ten u progu XXI wieku.

Homogeniczne społeczeństwo, jakim jesteśmy, w którym imigranci oraz mniejszości narodowe stanowią zdecydowaną mniejszość, nie powinno obawiać się udzielania pomocy kilku czy kilkunastu tysiącom imigrantów.

Dyskusje, które przetaczają się przez polską prasę, nie powinny dotyczyć ilości przyjętych uchodźców, ale raczej tego, kim my chcemy być jako społeczeństwo w przyszłości. Czy doświadczenia ostatniego ćwierćwiecza pozostaną częścią naszej zbiorowej tożsamości jedynie w symbolicznych gestach obchodzonych niedawno rocznic powstania "Solidarności"?

Czy spróbujemy przetłumaczyć doświadczenie "Solidarności", które dla mojego pokolenia urodzonego w okolicach 1984 roku jest wydarzeniem historycznym, nie zaś przeżytym, na współczesny język solidarności, co oznacza dla mnie również przynajmniej próbę ponoszenia odpowiedzialności?

Na te pytania musimy sobie sami odpowiedzieć, nikt tego za nas nie zrobi, choć politycy będą nas przekonywać o znalezieniu na nie skutecznej odpowiedzi.

Kryzys, którego wszyscy jesteśmy świadkami, ujawnił również naszą zbiorową amnezję. Pomoc, którą otrzymywały polskie rodziny w stanie wojennym z Niemiec, nie była, jak sądzę, jedynie wyrazem ekspiacji narodu niemieckiego wobec Polaków, a raczej szczerym wyrazem solidaryzowania się zachodnich sąsiadów.

Zapomnieliśmy chyba również o falach polskiej emigracji, których ślady odnajdujemy choćby w polskim hymnie, poezji, sztuce i literaturze. Spróbujmy wreszcie pokazać, że bagaż naszych doświadczeń historycznych nie jest jedynie obciążeniem i że jesteśmy w stanie nieść jako państwo realną, w miarę możliwości, pomoc.

Największe obawy jednak wzbudzają obrazy zderzenia cywilizacji judeochrześcijańskiej z muzułmańską, które dodatkowo wzmacniane są przez barbarzyństwo zbrodni popełnianych w imię religii, a które codziennie przenikają do naszej świadomości za sprawą mediów.

Skrajne postawy odrzucenia obcości i banalnej fascynacji "innym" nie rozwiązują faktycznego problemu współistnienia przynajmniej dwóch obrazów owego starcia, a zakorzenione są w publicznym dyskursie w Europie.

Jeden jest ufundowany na rozdziale władzy świeckiej od religijnej i uznawany jest za zdobycz cywilizacyjną Europy, a drugi - muzułmański - w wyobrażeniu przeciętnego Europejczyka opiera się na prymacie wspólnoty religijnej nad świeckimi instytucjami państwa. To prowadzi do pytania o horyzonty integracji muzułmańskich imigrantów w Europie, co oznaczać powinno chęć obu stron uczestnictwa w społeczeństwie równych ludzi i akceptacji demokratycznych instytucji świeckiego państwa. Jeśli te warunki ramowe nie zostaną spełnione, czeka nas dopiero wtedy nieuchronny konflikt.

*Aleksander Gowin - ur. 1984, socjolog, historyk sztuki

Znajdziesz nas na Twitterze , Google+ i Instagramie

 

Jesteśmy też na Facebooku. Dołącz do nas i dziel się opiniami.

 

Czekamy na Wasze listy: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.