Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Dawno już nie czytałem tak niemądrego, a momentami podłego artykułu ("Waćpan, co jest sobą zaćpan") . Też kupiłem mieszkanie w nowym bloku (dwa lata temu). Osiedle nie jest grodzone, czego bardzo szybko pożałowałem.

Kilka miesięcy po wprowadzeniu się do nowego M ukradli nam samochód. Nie był to SUV. Ukradli nam fiata pandę, na którego zarobiłem nie w korporacji, ale na drabinie w Norwegii (jestem magistrem, ukończyłem trzy studia podyplomowe, ale pięć lat po tacierzyńskim nie mogłem znaleźć pracy w Polsce). Bardzo lubiliśmy z żoną to małe miejskie autko. Nie stać nas na nowe; jeżdżę więc 14-letnim fiatem uno, którego podarowali mi teściowie. Żona jeździ do pracy komunikacją miejską.

Marząc o nowym aucie, zapłaciliśmy jak na razie za parking, gdzie - jak z pogardą pisze autor artykułu - miejsca na zaparkowanie dużo nie ma; ale lepsze to chyba od parkowania na trawniku przed blokiem. Dzięki szybkiej decyzji Wspólnoty parking ten jest monitorowany od czasu kradzieży naszego auta, a także części bramy, urządzeń z rozdzielni itd. Tak więc na naszym parkingu niewiele jest nowych aut (Łódź nie Warszawa, a rzeczywistość to nie przekłamany artykuł pełen jadu); dominują dziesięcioletnie.

Teraz o samym mieszkaniu. Pierwsze kupiliśmy w 2000 r. 37 metrów kwadratowych w koszmarnie brzydkim, gomułkowskim bloku bez balkonów. Kosztowało 55 tysięcy złotych; sami odłożyliśmy (na studiach) połowę tej sumy; drugą połowę podarowali nam teściowie: krawcowa i krojczy (zarobili te pieniądze już w wolnej Polsce). Mieszkaliśmy w nim z dwojgiem dzieci 13 lat; zostało sprzedane za 125 tysięcy złotych. Biorąc pod uwagę inflację, nie zarobiliśmy prawie nic.

Nowe mieszkanie kupiliśmy za 254 tysiące złotych: trzy pokoje z balkonem, apartament to nie jest. Połowę pieniędzy pożyczyliśmy w banku na 30 lat. Na urządzenie mieszkania zarabiałem, tak samo jak na skradzioną pandę, ciężką fizyczną pracą. Niedawno wróciłem na etat. Ledwo wiążemy koniec z końcem.

Czy aspiruję do "bycia członkiem klasy średniej"? W ogóle mnie takie etykiety nie obchodzą.

Autor artykułu wspomina w nim kilkukrotnie o moim mieście - Łodzi - budując fałszywą opozycję między aspirującymi do klasy średniej (ci źli), a resztą (w domyśle ci dobrzy, którym się z jakichś powodów, prawie na pewno przez nich nie zawinionych, nie udało).

Otóż wielkim łódzkim tabu jest fakt, że całe Śródmieście Łodzi, część Polesia, Górnej itd. zniszczyli nie Niemcy, Rosjanie, wojna, siły natury, ale... łodzianie, których komuniści wprowadzili do porzuconych (mienie "poniemieckie") czy pozostawionych (mienie "pożydowskie") domów i pałaców.

Proszę zajrzeć na "reprezentacyjną" ulicę Łodzi, czyli Piotrkowską, a na niej np. do pałacu Steinertów. Tak ziszcza się koszmar o wpuszczeniu barbarzyńców w bramy miasta. Powtórzę: to łodzianie te domy zniszczyli; a niszczyć je zaczęli nie w wolnej Polsce, z powodu bezrobocia, tylko przez cały czas trwania PRL-u, kiedy wszyscy pracowali. Nie remontowano bowiem dziesiątków tysięcy łódzkich kamienic przez 60-70 lat! Są w moim mieście miejsca tak straszne - ludzkie odchody przyklejone do ścian klatek schodowych, wybite szyby, cuchnące nory, bo nie mieszkania - że nie tylko "pękają oczy", jak śpiewał Kazik Staszewski, ale i mózgi się lasują.

Czy miałem prawo nie mieszkać w slumsie? Czy wolno mi było dla mojej rodziny zrobić tyle, że zabrałem ją w miejsce choć odrobinę przypominające normalne miasto? Wydaje mi się, że tak, do ciężkiej cholery!

Czy nie zrobiłem niczego dla barbarzyńców, którzy zamieszkawszy w pałacach, zniszczyli je? Otóż zrobiłem dla nich bardzo dużo. Bo to ja i moja żona, ciężko pracując, zapłaciliśmy dziesiątki, może setki tysięcy złotych podatków, które trafiły przez polski budżet w ramach pomocy socjalnej do tych, których autor artykułu tak bardzo każe mi zauważyć. Ja ich widzę, czasami współczuję, pomagam, jak mogę, również w ramach wykonywanej od trzech lat pracy. A co od nich dostaję w zamian? Psie kupy zalegające na trawniku pod moimi oknami, bo nie ma znienawidzonego przez autora płotu. Pomazanie nowej elewacji, za którą będę płacił jeszcze przez 28 lat, sprejem ("ŁKS Żydy"), a i jeszcze butelki po wódzie, i śmieci rzucone na pobliski skwerek...

A propos wódki; otóż naprawdę żałosne jest wypominanie polskiej, rodzącej się w postpeerelowskim bólu klasie średniej (swoją drogą - ta marksistowska nomenklatura...), że chce pić whisky. Mój Boże... Panie autorze, naprawdę "dobra, stara" polska wódka smakuje panu lepiej od niechby i Jasia Wędrowniczka, który przecież kosztuje 34 złote, więc nie trzeba się mocno napinać, żeby się go napić zamiast czyściochy, którą moim zdaniem powinno się zużyć całą do przemywania skaleczeń, bo jej smak jest po prostu obrzydliwy. Mamy pić tanie wina patykiem pisane i mieszkać jeszcze przez sto lat w ohydnych blokach, którymi czerwoni oszpecili nasze miasta? Taki sen się Panu śni?

Znajdziesz nas na Twitterze , Google+ i Instagramie

 

Jesteśmy też na Facebooku. Dołącz do nas i dziel się opiniami.

 

Czekamy na Wasze listy: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.