Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Obejrzałam w niedzielę w telewizji galę wręczenia nagród Ludziom Wolności 25-lecia, było pięknie i wzruszająco. W piątek ze ściśniętym gardłem oglądałam uroczystości pogrzebowe gen. Jaruzelskiego i towarzyszące im gorszące sceny. Zbliża się 4 czerwca - dużo rozmawiamy o tym, co dzieje się i działo w kraju, a także o naszym stosunku do tego. I to skłoniło mnie, żeby podzielić się z Państwem moim wspomnieniem.

1989. Bez lęku

W 1989 roku miałam 27 lat, skończone studia, pracę, męża i roczną córkę. Kiedy nastąpił przełom byłam już dorosła i ukształtowana. Jak przyjęłam to, co stało się w Polsce? Na pewno z ogromną radością i nadzieją, i chyba bez lęku, czy i jak się w tej nowej rzeczywistości odnajdę. Piszę "chyba", bo nie pamiętam dokładnie.

 

Plakat zachęcający do głosowania w wyborach 4 czerwca 1989 r.

Pamiętam jednak to niesłychane uczucie triumfu, że większość społeczeństwa opowiedziała się za wolnością, za normalnością. Tak naprawdę nikt wtedy nie wiedział jak będzie, ale wierzyliśmy, że będzie dobrze, lepiej.

To był moment wiary w naród, w społeczeństwo, w jedność, kolejna w naszej najnowszej historii próba solidarności i patriotyzmu, tym razem - na szczęście - zwycięska. W moich słowach, nawet teraz, po tylu latach, brzmi patos, ale to jest moim zdaniem dobry patos, nie ten z wieców, ale ten z serca.

Na fali "rocznicowej" atmosfery postanowiłam spisać rodzaj pamiętnika mojego obywatelskiego dorastania. Oczywiście nie jest to prawdziwy pamiętnik, nie spisywałam go przecież na bieżąco. Z perspektywy czasu różne sytuacje oceniam inaczej niż wtedy, kiedy miały miejsce. Patrzę na przeszłość skażona dobrym i złym doświadczeniem minionych dwudziestu paru lat.

 

Jesteśmy pokoleniem pogranicza, co zarówno dało nam nowe możliwości po przełomie 1989 roku, jak też zapewniło solidne kotwice w socjalistycznych czasach naszego dorastania. Sądzę, że doświadczenie tego pokolenia pozwala na patrzenie na współczesną Polskę z uwzględnieniem różnych odcieni szarości, na podjęcie próby w miarę obiektywnej oceny ludzkich postaw, o ile obiektywna ocena współuczestników wydarzeń jest w ogóle możliwa.

Rocznik '62

Urodziłam się w 1962 roku w Warszawie, dokładnie w połowie między "wypadkami poznańskimi" a Marcem. Dzień moich urodzin to także święto Milicji Obywatelskiej i Służby Bezpieczeństwa i święto narodowe Niemieckiej Republiki Demokratycznej.

Wokół panowała gomułkowska "mała stabilizacja". Moi rodzice wykonywali wolne zawody. Mieszkaliśmy w bloku na Ochocie w trzypokojowym mieszkaniu (48 m kw.). Rodzice nie mieli samochodu ani pralki, ale za to kilka razy byliśmy na wakacjach w Bułgarii i Rumunii, Rodzice chodzili do kina i teatru a czasami urządzali przyjęcia. W domu mieszkała z nami gosposia, która była nieodzowna do opieki nade mną, ponieważ Rodzice mieli nienormowany czas pracy.

Dzieliłam z kolejnymi gosposiami swój malutki pokój do 12 roku życia i bardzo z tego powodu cierpiałam. Z zewnątrz jednak nasze życie robiło wrażenie, w jakimś sensie, luksusowego. Rodzice bez przerwy pracowali, nasz dom nigdy nie był normalny, taki z określonymi porami posiłków. Element tradycyjnej normalności wprowadzali Dziadkowie, rodzice Mamy, z którymi spędzałam trochę czasu. Jednak mimo tego nieustannego zamieszania, moje dorastanie kształtował konsekwentnie zbiór pewnych zasad, choć często z doskoku, wpajanych mi przez Rodziców i Dziadków.

Po pierwsze - szacunek dla drugiego człowieka.

To pojęcie obejmowało zarówno absolutny nakaz bycia grzeczną w stosunku do gospoś, bez względu na to, jak bardzo ich nie cierpiałam, jak też później, w okresie przedszkola, koleżeńskie zachowanie i unikanie konfliktów z kolegami.

W tym miejscu mowa była także o punktualności, właściwym wyrażaniu się oraz szanowaniu rzeczy własnych i cudzych, i szeregu innych zasad dobrego współżycia z ludźmi, w myśl założenia, że dobra materialne przychodzą i odchodzą, a sympatia i szacunek ludzki są trwałe. Bardzo podkreślano, że ważne jest to, jakim się jest, a nie to, co się ma i skąd się pochodzi.

Muszę przyznać, że w tej sferze nauki domowe współgrały z internacjonalistycznym i bezklasowym wychowaniem przedszkolnym, co moim zdaniem, daje dobre świadectwo obu tym instytucjom.

Po drugie - szacunek dla pracy.

Wszyscy w mojej rodzinie pracowali. Tata pochodził z zagłębia, z rodziny o głębokich korzeniach górniczych. Wszystko, co osiągnęli jego dziadkowie i rodzice było efektem ciężkiej pracy, zarówno rąk, jak i głowy. Mój pradziadek był górnikiem, dziadek - inżynierem i dyrektorem dużej fabryki. Tata był typowym pracoholikiem (teraz tak się to nazywa), praca była zawsze na pierwszym miejscu, była jego prawdziwą pasją, a ja to szanowałam, nawet jako dziecko, któremu żal było, że często go nie ma w domu.

Rodzina mojej Mamy to ze strony Dziadka pracująca inteligencja i przedsiębiorcy, ze strony Babci - ziemianie kresowi. W wyniku kolejnych rewolucji, wojen i zawieruch, byli nieustannie "na dorobku", tracąc przy każdej okazji wszystko, co udało im się zdobyć. Stąd etos pracy i kształcenia się.

Wpajano mi, że trzeba się uczyć, (bo tego co mam w głowie, nikt mi nie zabierze), trzeba pracować, (bo tylko w ten sposób można do czegoś dojść i mieć szacunek dla samego siebie) i trzeba znać obce języki (rosyjski - bo, jak mówiła Babcia, wbijając mi do głowy bukwy, "język wroga trzeba znać" i angielski - bo otwiera drogę do wszystkiego).

Po trzecie - szacunek dla tradycji.

Tu następuje zbiór wielowątkowy: tradycje rodzinne, religijne, narodowe. Nie wiem, jak udało im się to zrobić, ale rzeczywiście wpoili mi elementy tradycji na tyle głęboko, że stały się dla mnie i są tak naturalne i oczywiste, jak mijające po sobie miesiące.

Moja rodzina miała dość swobodny stosunek do religii. To znaczy, co do zasady, wychowałam się w tradycji rzymskokatolickiej, jednak Rodzice nie przywiązywali w czasie mojego dzieciństwa zbyt dużej wagi do praktyk religijnych. Byłam ochrzczona (moimi chrzestnymi była partyjna ciotka i wuj ewangelik), chodziłam na religię i przystąpiłam do pierwszej komunii jednak potem moja edukacja religijna była mocno dziurawa i wynikała raczej z późniejszych zainteresowań towarzyskich niż z zachęty Rodziny.

Tata był zdecydowanym agnostykiem, Mama praktykowała raczej okazjonalnie, Dziadkowie chętnie podejmowali etyczne dyskusje z księdzem po kolędzie, ale do kościoła chodzili rzadko. Jednak w domu zawsze była normalna Wigilia z siankiem i opłatkiem, a także tradycyjna Wielkanoc z wielkopiątkowym postnym śledziem, odwiedzaniem Grobów Pańskich, święceniem jajek i rezurekcją.

W kwestiach etycznych wyniosłam z domu zasadę, że należy żyć tak, aby nikogo nie krzywdzić i móc bez wstydu spojrzeć sobie w oczy w lustrze.

Tradycje narodowe wynikały przede wszystkim z pielęgnowanego w naszej rodzinie etosu Powstania Warszawskiego. Powstanie było doświadczeniem determinującym całe życie mojej Mamy, przeszła przez nie jako jedenastoletnia dziewczynka, pamiętała wszystko. Dziadek walczył, a potem zniknął na kilka miesięcy, na jej oczach ginęli ludzie - żołnierze i cywile, Niemcy wyrzucili ją i Babcię na ulicę a następnie spalili dom, Warszawa została zrujnowana i pognębiona.

Od dziecka słuchałam opowieści o "chłopcach z konspiracji", o rysowaniu kotwic na murach domów, a potem o wielkim, patriotycznym zrywie i ofierze tak wielu młodych, wspaniałych ludzi.

 

POWSTANIE WARSZAWSKIE. ODDZIAŁ POWSTAŃCZY NA ROGU BRACKIEJ I CHMIELNEJ

Lata 60. w rodzinie i polityce

We wspomnieniach nie było mowy o polityce, najważniejsze były motywy stanowiące fundament ich działania - miłość do Polski, do trójcy: wolności, braterstwa i solidarności. Wychowałam się na "Kamieniach na szaniec" Kamińskiego, mając pięć lat oprócz przebojów z radia śpiewałam powstańcze piosenki. Wiedziałam, że flaga jest święta, a hymn śpiewa się na stojąco.

Najważniejszą datą w kalendarzu tradycji historycznych był 1 sierpnia. Muszę przyznać, że poza tym moja patriotyczno-historyczna edukacja wyniesiona z domu nie była zbyt obszerna. W dzieciństwie polityka była poza kręgiem moich zainteresowań i mojego świata. Tow. Gomułka długo i rozwlekle przemawiał, co powodowało niejednokrotnie brak dobranocki, a to stawiało go w szeregu osób antypatycznych.

W domu raczej dyskusji politycznych nie pamiętam. Wydaje mi się, że lata 60., zwłaszcza przed Marcem, to nie był czas, kiedy większość społeczeństwa była szczególnie rozpolitykowana. Panowała względna stabilizacja, ludzie pracowali, stosunkowo dostatnio żyli i nie bardzo mieli czas i potrzebę analizowania sytuacji politycznej.

Poza tym, moja rodzina, w sumie raczej nieliczna, była mocno eklektyczna, zarówno jeśli idzie o kwestie religii, jak i poglądów politycznych. Na największych uroczystościach spotykali się: Dziadek - powstaniec a także członek przedwojennej, studenckiej korporacji o narodowej orientacji, Babcia - rozparcelowana ziemianka z Kresów, Wuj wysoko postawiony w sferach partyjnych, robiący błyskotliwą karierę w ówczesnym establishmencie, Ciotka - prawosławna Ukrainka, Wuj ewangelik, znacjonalizowany przemysłowiec, drugi Dziadek - przedwojenny komunista, syn górnika, inna Ciotka robiąca nieustannie różnego rodzaju interesy, posądzana o posiadanie zamurowanych w ścianie "świnek", i w końcu moi Rodzice. Oboje mieli za sobą ZMP-owską przeszłość w czasie studiów, Ojciec był potem w partii, z której został usunięty. Mam pełne prawo przypuszczać, że nie z uwagi na poglądy, raczej, na określając to eufemistycznie, bezkompromisowy sposób wyrażania swojej niechęci do pewnych osób. W takim składzie można było albo skakać sobie do oczu i nie podawać ręki albo żyć zgodnie. Szczęśliwie, oni wybrali tę drugą drogę.

Dlatego w domu o polityce się nie mówiło, skupiając się na wartościach, nazwijmy to, uniwersalnych, a ja ruszyłam w życie otwarta na różnych ludzi i różne postawy.

Szkoła harcerstwa

W szkole podstawowej nie czułam się jakoś szczególnie indoktrynowana (nie miałabym zresztą o tym pojęcia). Szkoła była taka, jak otaczająca rzeczywistość, a był to początek lat siedemdziesiątych. Były obchody i akademie, ale bez przesady. Nie tkwiliśmy na wielogodzinnych apelach ani nie składaliśmy deklaracji miłości do Związku Radzieckiego. Owszem, korespondowałam w ramach lekcji języka rosyjskiego z Jurą z Karagandy w Kazachstanie, ale nasze listy ograniczały się do codziennych spraw 11-, 12-latków.

Patrząc na edukację moich córek mam wrażenie, że wtedy szkoła była bardziej zorientowana na przekazanie nam wiedzy, niż na analizowanie zjawisk społecznych i politycznych w otaczającym świecie. Oba te modele mają zarówno dobre, jak i złe strony. W każdym razie, w czasie kiedy miałam kilkanaście lat, na mój rozwój obywatelski istotnego wpływu nie miał ani dom, ani szkoła, tylko harcerstwo.

Miałam niebywałe szczęście. W czasie, gdy najlepsze swoje lata przeżywała Harcerska Służba Polsce Socjalistycznej, trafiłam do warszawskiego Hufca Mokotów, ostoi tradycji szaroszeregowych. W moim szczepie były dzieci i młodzież z różnych środowisk, zarówno z domów inteligenckich, jak i robotniczych, a nawet, ośmielę się stwierdzić - lumpenproletariackich. Wtedy nie było problemu zamożności - wszyscy mieliśmy mało, jedni "bardziej mało" inni "mniej mało". Stanowiliśmy rodzaj mikrokosmosu, były sprawy, które nas łączyły, były tylko nasze.

W takiej grupie rodzą się bardzo silne więzy, trwające zresztą do dziś. Nasza kadra, starsza od nas o 6-9 lat, potrafiła wyzwolić w nas dumę z przynależności do tej grupy. Ale, żeby móc naprawdę przynależeć, trzeba się było bardzo postarać. Począwszy od opanowania typowo harcerskich umiejętności radzenia sobie w terenie i w życiu, zdobywanych na prawdziwie skautowych obozach, musieliśmy się także dużo uczyć. W szczepie działała szkoła instruktorska, w której mieliśmy zajęcia z historii, takiej, która nie pojawiała się w szkole, z filozofii, psychologii, z historii sztuki, z historii literatury, a także ćwiczenia socjotechniczne, erystyczne.

Ideą było wykształcenie młodej kadry, która będzie umiała dalej pracować z młodszymi dziećmi. Ogromną wagę przykładano też do tradycji, zarówno tej związanej z obrzędowością harcerską, taką w stylu Małkowskiego, jak i do tradycji patriotycznej. Znów pojawiło się w moim życiu Powstanie Warszawskie.

Patron naszej drużyny był bohaterem Powstania, czytaliśmy wspomnienia i słuchaliśmy gawęd o Szarych Szeregach, w jesienne wieczory wartowaliśmy na Powązkach przy grobach poległych harcerzy. Ale nasi drużynowi prowadzili nas także szlakiem innych grobów - powstań narodowych, wojny 1920 roku, zawsze odwiedzaliśmy symboliczne miejsce katyńskie, na którym zresztą wtedy więcej bywało zniczy niż teraz, choć nie było pomnika, (co roku ludzie stawiali krzyż, a ktoś go stamtąd usuwał).

Teraz, gdy razem z moimi córkami pokonujemy tę trasę w każde Święto Zmarłych, mam nadzieję, że one także poprowadzą nią swoje dzieci.

W harcerstwie zaczęłam widzieć więcej, zwracać uwagę na pewną ciągłość, na wspólnotę wartości łączących Polaków współczesnych z tymi, którzy dawno odeszli. Zrozumiałam też, że historia nakłada na nas obowiązek kontynuacji, wyciągania wniosków i niemarnowania tego, co zostało osiągnięte.

Myślę, że właśnie taka mądra lekcja patriotyzmu, połączenie elementu emocjonalnego, bardzo przemawiającego do nastoletnich serc, z rzetelną edukacją historyczną to największe osiągnięcie moich harcerskich wychowawców.

Niezapomnianym przeżyciem była nocna wyprawa na Kopiec Piłsudskiego w Krakowie, wtedy zupełnie zarośnięty i zaniedbany, ciemny i bezimienny, gdzie jedna z naszych koleżanek składała zobowiązanie instruktorskie.

Patrząc na tamten czas z perspektywy osoby dojrzałej jestem pełna podziwu dla tych, wtedy, dwudziestolatków, którzy chcieli i potrafili w czasach konformizmu, stagnacji i pewnego otumanienia, otworzyć nam głowy i oczy na inne wartości i zaszczepić je na całe późniejsze życie.

Co ważne, w tym środowisku nie było atmosfery walki, konfrontacji, mniej było romantyzmu, więcej pozytywizmu, więcej pracy u podstaw, niż przygotowywania do walki bezpośredniej. Było to dla mnie o tyle istotne, że zgadzało się z tymi podstawowymi wartościami, które wyniosłam z domu.

W harcerstwie byłam prawie dziesięć lat, od dziecka do dorosłości. Przez cały ten czas towarzyszyli mi ci sami ludzie, niezawodni kumple, dziękuję im za to.

Świat przestał być czarno-biały

Gdy poszłam do liceum było już po wydarzeniach 1976 r., aresztowano wielu nauczycieli, wielu straciło pracę. Chyba znowu miałam szczęście. Trafiłam na niezwykłą polonistkę. Była opozycyjną działaczką, miała za sobą i "wyzwolenie" 17 września 1939 roku i pobyt w łagrze. To od niej dostałam największą porcję wiadomości o najnowszej, powojennej historii. Jednocześnie niezmordowanie katowała nas zarówno historią literatury, jak i gramatyką. Nie było żadnej taryfy ulgowej. Nawet najwięksi szkolni bajeranci, upozowani na bohaterów opozycji, musieli na blachę umieć rozbiór logiczny zdania i "Treny" Kochanowskiego.

Po lekcjach, owszem, ulotki, dyskusje, ale szkoła to szkoła. I znowu motyw - to co masz w głowie, to twój największy majątek i najskuteczniejsza broń.

To była niesamowita postać. Z nią jest zresztą związane wydarzenie, które, myślę, dobrze charakteryzuje tamte czasy. Czasy, wbrew temu, co się teraz często lansuje, wcale nie takie jednoznaczne.

W 1978 r., w 60. rocznicę odzyskania Niepodległości, nasza Pani Profesor zorganizowała koncert poezji i pieśni patriotycznej. W jak to się teraz mówi "komunistycznej" szkole, w obecności partyjnego dyrektora, sekretarza POP-u i siedzącego cicho grona pedagogicznego, młodzież z całego serca śpiewała "Bartoszu, Bartoszu", "Szwoleżerów", "Kasztankę", "Pierwszą Brygadę" i "Piechotę".

I można było.

Nikt ani nie dostał zawału, ani nie poszedł siedzieć. Wszystko przecież zależało i dalej zależy od ludzi a ja do dziś czuję ucisk w gardle, kiedy przypominam sobie nasz zapał i łzy w oczach słuchaczy.

Właśnie w czasach liceum 11 listopada stał się, obok 1 sierpnia, kolejną z najważniejszych dat mojego osobistego kalendarza patriotycznego. Wtedy chodziłam na msze do Katedry Św. Jana a potem, razem z setkami Warszawiaków, do Grobu Nieznanego Żołnierza. W tych marszach brało udział bardzo wielu ludzi, w różnym wieku. To były moje pierwsze manifestacje, przedsmak późniejszego poczucia wspólnoty z ludźmi, którzy czuli i myśleli podobnie.

Pierwsza wizyta naszego Papieża

Byłam w liceum, kiedy Karol Wojtyła został papieżem. Nikt w zasadzie nie wiedział, kim on jest, nie znaliśmy go, ale to nie było ważne. Najistotniejsze było poczucie niesłychanej radości, że w tak spektakularny sposób życie zagrało czerwonym na nosie.

 

Warszawa, Plac Zwycięstwa (obecnie Piłsudskiego): papież Jan Paweł II podczas swojej pierwszej pielgrzymki do Polski, 1979

Nie mieliśmy wtedy pojęcia, jak niesłychanie ważnym człowiekiem będzie Papież w naszym życiu, zarówno narodowym, jak i prywatnym.

Kiedy szłam żeby stać na trasie jego przejazdu podczas pierwszej pielgrzymki, kierowała mną głównie ciekawość. Wzdłuż ul. Żwirki i Wigury stał tłum ludzi, roześmianych, radosnych, podekscytowanych. Panował nastrój wzajemnej życzliwości, ludzie przepuszczali dzieci do przodu, służby kościelne i harcerskie roznosiły wodę. To było coś zupełnie nowego w naszym skaczącym sobie na co dzień do oczu społeczeństwie kolejek po mięso.

Poza tym, ludzie przyszli absolutnie spontanicznie, z własnej woli, mało tego, z niesłychanym entuzjazmem i myślę, że wszyscy czuli, że powstała nowa jakość, wreszcie było coś, co łączyło absolutną większość Polaków.

Kiedy zobaczyłam Jana Pawła II, łzy same popłynęły mi z oczu, chociaż nie byłam ani szczególnie religijna, ani skłonna do egzaltacji, płakali także ludzi wokół mnie, kobiety i mężczyźni. Myślę, że wynikało to z poczucia, że ten człowiek i my wokół to jedno, że w końcu my, na tej ulicy, jesteśmy jedno, że mamy coś, co nas łączy i nikt nie jest w stanie nam tego odebrać.

 

Późniejsze przyjazdy papieża do Polski były dla mnie zawsze dużym przeżyciem, właśnie z uwagi na ten jego niesłychany magnetyzm i zdolność wyzwalania w ludziach dobra i wzajemnej życzliwości. Mam świadomość, że zapału starczało większości z nas na kilka dni po wyjeździe Ojca Świętego, ale jestem pewna, że te chwile poczucia wspólnoty i wolności zostawiły ślad w wielu z nas i dały wiele siły na później.

Tak jak demonstracje patriotyczne, tak i papieskie msze święte to były takie wyspy niezależności, swobody myśli, oazy na pustyni przygnębiającej codzienności lat osiemdziesiątych.

Kościół Katolicki odgrywał wtedy bardzo ważną i pozytywną rolę. Miało się wrażenie, że zrezygnował z namaszczonej i barokowej formy na rzecz bezpośredniego kontaktu z ludźmi tam, gdzie potrzebowali zarówno duchowego, jak i materialnego wsparcia. Garnęli się do niego zarówno ludzie wierzący, jak ci, którzy przeżywali rodzaj nawrócenia, jak w końcu ci, którzy w Boga nie wierzyli. W Kościele można było znaleźć pomoc, ale także wymianę myśli, wsparcie w życiu codziennym, ale też otwartą dyskusję. To był bardzo dobry czas dla polskiego Kościoła.

Karnawał i po...

 

1981. SIERPIEN. WARSZAWA. DEMONSTRACJA SOLIDARNOŚCI"

Zdałam maturę i dostałam się na studia w 1981 roku. To był rok wolności, karnawału Solidarności. Świat wokół kipiał od wydarzeń, nowych zjawisk, niedostępnej dotychczas literatury, pokazywano zakazane filmy, działo się mnóstwo. W kraju było niespokojnie, bardzo biednie, ale niesłychanie barwnie. Odbywały się spotkania, dyskusje, manifestacje, było tyle miejsc, w których chciało się być, ludzi, których chciało się poznać, książek, które chciało się przeczytać.

A jeszcze w dodatku miałam 19 lat, zaczynałam studia na Uniwersytecie Warszawskim, było cudownie. Sierpień 1980 roku i to, co działo się po nim, to było otwarcie, nabranie głębokiego oddechu, wiara, ba - pewność, że teraz już pójdzie ku dobremu.

Nie bardzo myślało się o obaleniu systemu, to jednak mało się mieściło w mojej przynajmniej głowie, ale było przeświadczenie, że można coś zmienić, że się da, że nie jest tak beznadziejnie, jakby się mogło wydawać. W listopadzie zaczął się strajk okupacyjny na uczelni. Początkowo brałam w nim udział, ale w trzecim chyba dniu moja Mama złamała nogę i musiałam się nią zająć.

Nie mogłam zostać na Uniwersytecie i nie dane było mi przeżyć z kolegami tworzenie się NZS-u, studenckiej prasy i tych fantastycznych, nie oszukujmy się, chwil wspólnego bytowania na wydziałach. Do tej pory mam żal do Mamy, w żartach, że poniekąd pozbawiła mnie styropianowego epizodu w biografii. Nie da się ukryć, że w późniejszych latach fakt uczestniczenia w strajku determinował pozycję towarzyską i wpływał na skład osobowy grup koleżeńskich.

Strajk się skończył, mieliśmy wrócić na uczelnię, a tu nagle wybuchł stan wojenny. W niedzielny poranek 13 grudnia obudziła mnie zapłakana Mama, która usłyszała w radio przemówienie gen. Jaruzelskiego. Włączyłyśmy telewizor i oniemiałe patrzyłyśmy na powtarzane w kółko przemówienie, na spikerów w mundurach i nie wiedziałyśmy o co chodzi.

Telefon był głuchy, więc Mama wysłała mnie do Dziadków na dolny Mokotów, żeby sprawdzić, czy u nich wszystko w porządku i uspokoić, że z nami też. Nic nie jeździło, był piękny, śnieżny, słoneczny poranek, duży mróz. Na ulicach ludzi było niewielu, wszyscy zdezorientowani, na skrzyżowaniach ulic stały czołgi i żołnierze z karabinami. Sytuacja zupełnie irracjonalna. Nikt nie wiedział, co się dzieje, o co chodzi, co to znaczy stan wojenny. Obłęd.

Dopiero w następnych godzinach, dniach zaczęły docierać jakieś informacje, trochę z Wolnej Europy, głównie od innych ludzi. Nie znałam bliżej nikogo z tzw. opozycji, nikt z moich bliskich i znajomych nie został internowany, na szczęście.

 

Sam początek stanu wojennego pamiętam jako okres ogromnej konsolidacji, solidarności, takiej międzyludzkiej i czysto prywatnej. Szkoły, uczelnie, większość zakładów pracy była pozamykana, telefony dalej głuche, w sklepach dno całkowite, informacji jak na lekarstwo. Ludzie mieli dużo czasu, spotykali się więc ze sobą, najczęściej na całą noc, z uwagi na godzinę milicyjną, a duch w narodzie był bardzo silny.

Z jednej strony groza wynikająca z doniesień o internowaniach, o ofiarach w kopalni Wujek, o represjach, totalna nienawiść do WRON-u i jej przywódców, a z drugiej wiara, że to zaraz minie, że "zima wasza, wiosna nasza", że "wrona skona".

Potem zaraz były te najdziwniejsze chyba w moim życiu święta Bożego Narodzenia z wojskowymi patrolami koło kościoła podczas Pasterki. Ciekawa zresztą rzecz, jakże charakterystyczna dla Polski. Dziesięć dni po wprowadzeniu stanu wojennego, w sytuacji bliskiej wojnie domowej, po zamachu stanu, w okresie najsilniejszych represji, władza zawiesza godzinę milicyjną w Wigilię, żeby ludzie mogli iść na Pasterkę. Nie wyobrażam sobie podobnej sytuacji w Czechosłowacji czy w NRD. Bez megalomanii, trzeba jednak przyznać, że pod każdym względem nasz kraj był wyjątkowy w całym obozie.

Między stanem wojennym a Wyborami

Stan wojenny był katalizatorem. Po jego wprowadzeniu było już jasne, że władza nie chce i nie dopuści do wprowadzenia pozytywnych zmian, reform skutkujących wprowadzeniem prawdziwej demokracji. Było wiadomo kto jest kim. W tym czasie trzeba się było określić. Po zamieszaniu pierwszych miesięcy życie zaczęło wracać do jako takiej normalności.

Ludzie zajęli się swoimi sprawami, zdobywaniem wszystkiego, co jest potrzebne do normalnej, codziennej egzystencji, walką z problemami aprowizacyjnymi. Jednak cały czas coś się tliło. Co i raz odbywały się manifestacje, milicja rozganiała tłum, który niedługo potem zbierał się w innym miejscu. Ludzie układali krzyże z kwiatów i zniczy. Kwitł drugi obieg kulturalny, literacki. Rozwijały się struktury samokształceniowe. Mówię tu o środowisku, w którym żyłam w tamtym czasie.

Nie działałam w żadnych strukturach opozycyjnych, nie byłam represjonowana, nie walczyłam ani na pierwszej, ani nawet na trzeciej linii. Jednak mam przeświadczenie, że wtedy zdecydowana większość społeczeństwa była opozycją, jeżeli można użyć takiego kreślenia, bierną.

Wyrazem niezgody był bojkot wyborów, uczestnictwo w różnego rodzaju grupach samopomocowych, przekazywanie sobie nawzajem drugoobiegowej literatury czy udział w patriotycznych mszach, jak te za ojczyznę w kościele Św. Stanisława Kostki, które organizował ks. Jerzy Popiełuszko.

To był znowu czas, kiedy trzeba było być po prostu przyzwoitym człowiekiem. Jak echo wracały do mnie nauki Dziadka o potrzebie kształcenia się i uczciwej pracy, które są takim samym patriotycznym obowiązkiem, jak walka z bronią w ręku. Nie każdy jest bojownikiem i nie każdy musi nim być. Jestem pełna uznania i najwyższego szacunku dla ludzi, którzy poświęcili wolność, własne bezpieczeństwo i spokój swoich rodzin dla bezpośredniej walki o wolność kraju i krew się we mnie burzy, kiedy dziś ci ludzie odsądzani są od czci i wiary i deprecjonowani przez tych, którym wtedy nie starczyło odwagi lub, co gorsza, tych, których wtedy nie było na świecie i nie mają pojęcia, o czym mówią.

Jednakże jestem także pełna szacunku dla setek tysięcy innych, którzy borykając się z trudnościami dnia codziennego i wszechogarniającą beznadzieją otaczającej rzeczywistości potrafili sobie z nią radzić i żyć uczciwie.

Lata osiemdziesiąte nie są czasem, do którego chciałabym wrócić, choć były to lata mojej młodości, najważniejszych w życiu wyborów, wchodzenia w dorosłość i samodzielność.

Bardzo wiele planów w tamtym okresie weryfikowała rzeczywistość i to weryfikowała negatywnie. Wokół panowało ogólne poczucie niemożności. Wielu ludzi wyjeżdżało wtedy z kraju, często w bardzo dramatycznych okolicznościach, szukając dla siebie i swoich bliskich jakichś perspektyw. Niektórym się udało, ale większość, przynajmniej moich znajomych, spotkał mało atrakcyjny los wiecznych emigrantów, ludzi trochę gorszej kategorii.

Tak zwany "Zachód" najpierw otworzył się na Polaków, oczarowany romantycznym losem uciekinierów z totalitarnego systemu, szybko jednak ich atrakcyjność spowszedniała, i stanęli przed koniecznością ułożenia sobie życia w świecie, którego nie do końca rozumieli, i który ich nie rozumiał.

Śmierć Popiełuszki i Nobel Wałęsy

W 1985 roku po raz pierwszy wyjechałam w czasie wakacji do Anglii, do pracy w barze, mój mąż pracował na budowie. Teraz takie wyjazdy są normą, wtedy też były, ale wtedy była to praca na czarno, z nieustannym lękiem przed Home Office tam, i niemożnością ponownego dostania paszportu tutaj.

Wszyscy staraliśmy się, żeby nasze życie wyglądało względnie normalnie. Dziewczyny były mistrzyniami świata we własnoręcznej produkcji kolorowych ciuchów z farbowanych pieluch i prześcieradeł, artystkami robótek ręcznych. Nasi panowie dokonywali cudów kreatywności w produkcji niekonwencjonalnych mebli z niczego oraz podrasowywaniu cudem zdobytych "maluchów", aby wyglądały jak samochody.

Staraliśmy się być "na bieżąco" z tym, co działo się na rynku muzycznym i kulturalnym za granicą. Szczęśliwi posiadacze oryginalnych zachodnich płyt dzielili się nimi szczodrze, wszyscy przegrywali je na swoje "Grundigi". Drugi obieg dostarczał książek niedostępnych w księgarniach, z czasem jakość wydawnictw stała się naprawdę dobra.

Królowało radio Wolna Europa i Głos Ameryki w dziedzinie wiadomości i komentarzy politycznych, Trójka - w zakresie muzyki. Prawdziwą ucztą były Konfrontacje - pokazy nowych zagranicznych i polskich filmów, niedostępnych później często w normalnych kinach.

Zdobycie karnetu na Konfrontacje było większym szczęściem niż wygrana w totka czy wykupienie całej kartki na mięso. Panował kryzys w gospodarce, ale też w społecznej wierze w poprawę sytuacji, w wyjście ze stagnacji, spod radzieckiej dominacji.

Byliśmy jednak bardzo młodzi i pewnie dlatego nie popadliśmy w marazm i zwątpienie. Wierzyliśmy, że będzie lepiej. Od czasu do czasu tląca się stale niezgoda na sytuację w kraju powodowała mniejsze lub większe wybuchy niezadowolenia i protestu. Myślę, że ludzie, zmęczeni wykańczającymi problemami codzienności, coraz mniej bali się okazywać swoje niezadowolenie. Było to szczególnie widoczne podczas papieskich pielgrzymek, gromadzących nieprzebrane tłumy, w różnego rodzaju akcjach społecznego oporu, jak bojkoty wyborów, zbieranie się przy nieoficjalnym grobie katyńskim na Powązkach, akcje ulotkowe, symboliczne palenie świec w oknach czy choćby noszenie oporników. Ludzie szczerze nienawidzili władzy, jej arogancji i buty, głupoty i prymitywnej bezwzględności.

Apogeum była śmierć księdza Popiełuszki, bezsensowność tej zbrodni i rażąca marionetkowość procesu jej sprawców. Pamiętam, kiedy byłam na pogrzebie ks. Jerzego, kiedy stałam na odległej od kościoła uliczce, w niesłychanym tłumie ludzi smutnych i wściekłych, upokorzonych, ale jednak nie chcących się poddać, myślałam, że przecież taki potencjał nie może pójść na marne, że ówczesna władza nie jest w stanie zmienić nastawienia Polaków do siebie, że sprawy zaszły zbyt daleko. Bardzo brakowało wtedy silnego sygnału przywództwa ze strony opozycji.

W następnych latach przygnębiające było także poczucie, że jesteśmy z naszymi problemami sami, że poza Polską nikt o nas nie myśli. Najjaśniejszym momentem lat 80. był dzień, kiedy Lech Wałęsa dostał nagrodę Nobla. To było coś nie do uwierzenia. Siarczysty policzek dla władzy. Odbieraliśmy tę nagrodę jako wyraźny sygnał, że Lech Wałęsa, Solidarność i Polska są cały czas ważne, że nasz opór ma sens, bo ma poparcie i zrozumienie w wolnym świecie.

Nigdy nie zapomnę pani Danuty Wałęsowej przemawiającej w Oslo, była wtedy taka piękna, delikatna a jednocześnie pełna ogromnej godności. Był to dla mnie osobiście bardzo ważny moment, czułam się dumna, że jestem Polką.

 

Czas, by runął Mur!

A potem był Okrągły Stół. Pamiętam pewną scenę. Szłam ulicą Nowowiejską, był tam sklep z telewizorami. Na wystawie stały włączone odbiorniki i pokazywana była relacja z obrad. Stanęłam na chwilę a obok mnie stanęła starsza pani w kapeluszu. Patrzyłyśmy przez chwilę przez szybę i wtedy ona uścisnęła mnie za ramię i powiedziała: "Niech Pani to zapamięta, bo to jest historyczna chwila".

Miała absolutną rację. To była historia w najczystszej postaci dziejąca się na naszych oczach. Następowało pokojowe przekazanie władzy. Po latach walki, represji, beznadziei i zniewolenia ktoś jakby zaczynał otwierać szeroko okna. Śledziliśmy wszystkie dostępne relacje z obrad Okrągłego Stołu, czytaliśmy wszystko co się dało na ten temat. Pamiętam jak dumna byłam z prof. Geremka, z Tadeusza Mazowieckiego, Lecha Wałęsy, Jacka Kuronia, Adama Michnika, ludzi, którzy byli i są dla mnie synonimem patriotyzmu i dążenia do wolności i sprawiedliwości w Polsce.

Sposób prowadzenia przez nich negocjacji, postawa podczas obrad, ich nieugiętość tam, gdzie było to konieczne i zdolność do kompromisu, tam gdzie było to możliwe, budziły najwyższy podziw. Nie bez satysfakcji patrzyłam na przedstawicieli władzy, wycofujących się ze swoich pozycji, coraz mniej pewnych siebie, momentami pogubionych. Rzeczywiście zaczynało wyglądać, że wiosna może być nasza, choć po tylu latach.

Mam świadomość, że następująca odwilż była w dużej mierze wynikiem zmian na scenie międzynarodowej, pierestrojki w Związku Radzieckim, ale w żadnym stopniu nie umniejsza to, moim zdaniem, roli i zasług ludzi, którzy przy Okrągłym Stole zasiedli i uzyskali coś, co przez lata wydawało się nieosiągalne.

Poza oczywistymi sukcesami politycznymi niewątpliwym osiągnięciem było to, że potrafiono się porozumieć, w toku rozmowy i negocjacji, z szacunkiem dla przeciwnika, choćby nawet wymuszonym sytuacją. To była nowa jakość w naszym życiu politycznym, niestety obecnie bardzo rzadko ponownie osiągana.

No a potem wybory 4 czerwca 1989 r. To nie były wybory, to był plebiscyt w najczystszej postaci. To była zapierająca dech w piersi radość, że wygraliśmy. Nie, że wygraliśmy wybory, ale że wygraliśmy w ogóle.

Jeszcze nie było wiadomo, co to oznacza, co będzie dalej, ale pewne było, że dalej będzie tylko lepiej, że będziemy żyć w normalnym, demokratycznym kraju, gdzie ludzie będę mieć perspektywy własnego rozwoju a jednocześnie będą wpływać na mądry rozwój kraju. Bardzo wtedy w to wierzyłam.

Pierwsze miesiące to była pełna euforia. Nowe gazety, nowe wiadomości w telewizji, nowi ludzie na najwyższych urzędach. Jakoś się od razu zrobiło bardziej kolorowo, na pewno w naszych sercach.

Bardzo ważne było przeświadczenie, że było warto. Okazało się, że zarówno czynna walka, jak i uczciwa praca w minionych latach nie poszły na marne.

Kraj, z upływem czasu, stawał się niezależny i demokratyczny, a ludzie mogli, jak to się wtedy mówiło, wziąć sprawy w swoje ręce. Oczywiście nie wszystko szło gładko, nie wszyscy potrafili się odnaleźć w nowej rzeczywistości, wielu znalazło się w bardzo trudnym położeniu.

Jednak wydaje mi się, że wielkość transformacji była nieporównanie większa niż ofiar, jakie spowodowała. Nastąpiła bezkrwawa rewolucja, gdyby wydarzenia potoczyły się inaczej, ofiar mogłoby być znacznie więcej.

Dla mnie przełom 1989 roku otworzył czas "możności". Wprawdzie byłam już po studiach, zaczęłam pracę, miałam małe dziecko i jakoś zorganizowane życie, jednak wtedy otwarły się dla mnie zupełnie nowe perspektywy, zarówno zawodowe, jak i w rozwoju osobistym.

Najważniejsze było, i jest do tej pory, przeświadczenie, że wreszcie mogę: wyjechać i wrócić, dalej się kształcić, znaleźć lepszą pracę, zapewnić dzieciom dobrą edukację i bezpieczeństwo, podejmować ryzyko, zmieniać swoje życie.

Nowego sensu nabrały nauki wyniesione z domu - rzeczywiście warto było się uczyć, bo dało mi to możliwość wykonywania ciekawej pracy i uzyskania pewnej materialnej niezależności, warto było zachowywać się przyzwoicie i z szacunkiem wobec ludzi, bo dzięki temu mam przyjaciół, którzy byli przy mnie zawsze, także w trudnych chwilach.

Warto było pielęgnować tradycję i pamięć historyczną, bo dzięki temu jestem w stanie docenić to, co Polsce udało się osiągnąć. Ludzka pamięć jest bardzo krótka. Teraźniejszość, z jej wszystkimi problemami, zbyt łatwo pozwala zapomnieć, jak niedawno jeszcze panowała wokół beznadzieja, brak wolności, brak perspektyw, szarość i poczucie upokorzenia.

Piosenka "Mury" Jacka Kaczmarskiego, swego rodzaju hymn lat 80., obecnie tak często i bezmyślnie reprodukowana na wszelkie sposoby przy byle okazji, wydaje się przerażająco prorocza. Nie tylko rosną nowe mury, nowe ograniczenia, które piętrzymy sami, ale śpiewak, mało tego, że został sam, jest coraz częściej opluwany, deprecjonowany i ośmieszany.

Z ogromnym żalem patrzę, z jaką łatwością wielu ludzi, zarówno tych na szczytach władzy, jak i tych tzw. normalnych, mówiąc obrazowo, kala gniazdo, z którego wyrosła obecna, wolna Polska. Bardzo bym chciała, żeby sposób obchodzenia i świętowania naszych rocznic sprzyjał mądrej refleksji i przypomnieniu jednym a uświadomieniu innym, że niepodległość naszego Kraju, zdobyta z takim wysiłkiem i ofiarami pokoleń jest dobrem i celem najwyższym.

 
Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.