Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Dość dużo się ostatnio mówi o tym, że Polki nie chcą rodzić dzieci, a jeśli już się na to decydują to raczej na emigracji niż w kraju. Politycy i eksperci przerzucają się diagnozami przyczyn takiego stanu rzeczy i sposobami, jak je rozwiązać. Padają argumenty, że młodych ludzi nie stać na dzieci, że zła opieka medyczna, że potrzeba wsparcia państwa, że nie ma żłobków, przedszkoli itd., itp.

Tymczasem chciałabym napisać coś od siebie, jak to wygląda z punktu widzenia 26-letniej ciężarnej mężatki. Czyli bądź co bądź z punktu widzenia osoby, która "powinna" rodzić dzieci.

Tuż przed tym, jak dowiedziałam się, że jestem w ciąży, dostałam absolutnie wymarzoną pracę. Jako że była to praca na etacie, zrezygnowałam ze współpracy z moim dotychczasowym klientem. Wtedy zaczęły się problemy. Mój przyszły pracodawca, którego poinformowałam, że jestem w ciąży (większość ludzi twierdzi, że to była głupota, ja uważam, że uczciwość), zasugerował mi wycofanie kandydatury.

Było mi trochę przykro, ale w końcu, trudno nie zrozumieć. Zatrudnianie kogoś na odpowiedzialne stanowisko z perspektywą szukania zastępstwa po pół roku faktycznie nie jest najlepszym wyjściem. Tym bardziej że okazało się, że nie najlepiej znoszę początek ciąży i po prostu nie nadaję się do żadnej pracy. Z tego powodu nie odnowiłam też współpracy z poprzednim klientem.

Próba uzyskania świadczenia z ZUS bardziej stresująca niż praca

Ale przecież państwo przewiduje taką sytuację. Zwolnienie lekarskie z powodu ciąży jest płatne w 100 proc. Teoretycznie. I jeśli uda się je wyegzekwować.

Moja sytuacja jest bowiem dla ZUS zbyt skomplikowana. Zaczęło się od tego, że w miesiącach poprzedzających zwolnienie lekarskie moje składki chorobowe, choć opłacone 10., na koncie ZUS były księgowane 11., co skutkuje utratą prawa do zasiłku.

W porę się jednak zorientowałam i po napisaniu odpowiedniego pisma 17 marca odzyskałam prawo do zasiłku chorobowego. Decyzją z 6 maja odmówiono mi wypłaty tego zasiłku z powodu spóźnienia w opłacaniu składek.

Co się stało? Otóż w marcu w systemie internetowym CEIDG zmieniłam swój adres korespondencyjny, co system informatyczny ZUS zinterpretował jako zmianę adresu siedziby działalności gospodarczej.

W wyniku tego moje dokumenty krążą między oddziałami ZUS z Radomia i z Warszawy. Warszawski oddział nie miał dostępu do dokumentu wydanego przez radomski oddział stwierdzającego przywrócenie prawa do zasiłku (dlaczego?).

W międzyczasie z powodu braku decyzji, a następnie decyzji odmownej musiałam opłacać składkę ZUS w pełnej wysokości. W tej chwili czuję się już lepiej i zamierzam wrócić do pracy, nie bez znaczenia jest też fakt, że próba uzyskania świadczenia z ZUS jest bardziej stresująca niż jakakolwiek praca...

Nie chodzi o obiecanki

Reasumując, opłacam składki ZUS w pełnej wysokości od prawie dwóch lat. Przechodzę na zwolnienie lekarskie i ZUS nie tylko nie wypłaca mi należnego świadczenia, ale pobiera kolejne 1100 zł składki. Gdyby nie mój mąż, musiałabym zapożyczyć się nie tylko na jedzenie, ale dodatkowo na składkę.

Przed ciążą zarabiałam miesięcznie w granicach 5,5 tys. zł brutto (z czego 1100 zł to obowiązkowa składka ZUS i jeszcze ok. 500 zł podatek). Czy to źle, że teraz chcę coś w zamian?

Jestem w czwartym miesiącu ciąży i nie chcę się nawet zastanawiać, jakie "udogodnienia" państwo zaoferuje mi później...

Mam nadzieję, że ten list skłoni kogoś do refleksji i choćby naprawienie prostego błędu w imporcie danych z CEIDG do systemu ZUS.

Bo naprawdę nie chodzi o to, żeby obiecywać. Wystarczy, żebyśmy zaczęli realizować to, co już jest zapisane w prawie.

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.