Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Dałam się wciągnąć w psychoterapię, przecież nie u jakiegoś szarlatana, ale u poważnego i wykwalifikowanego terapeuty. Terapia się przedłużała, po każdym spotkaniu wychodziłam z nowym konceptem dotyczącym moich problemów. I nagle okazało się, że tych problemów jest więcej, niż wcześniej przypuszczałam.

No bo taka relacja z mamą, do czasu terapii uważałam, że więź, która nas łączy jest świetna. A tu błąd. Mnie się tylko tak zdawało. Tak naprawdę była toksyczna. I trzeba było nad wydumanym problemem długo pracować.

Co wynikało po 2 latach terapii? Czy była poprawa? Raz było lepiej, a raz gorzej. Tak jak byłoby zapewne bez terapii, bo tak już w życiu jest. Po 2 latach miałam nieodparte wrażenie, że grzebię się w swoich problemach, że poświęcam całą uwagę tylko sobie "ja - mnie - o mnie - mój problem etc.", że to do niczego nie prowadzi. Zrezygnowałam. Zaczęłam pomagać jako wolontariuszka w świetlicy. Odwróciłam moją uwagę od siebie, obdarzyłam nią innych ludzi. I to był strzał w 10. Rok pracy na rzecz innych dał mi o wiele, wiele więcej niż terapia. Polecam wszystkim babrającym się w błocie własnych problemów.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.