Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W sierpniu zeszłego roku zaczęłam kurs prawa jazdy. Szybko nauczyłam się prowadzić samochód (oczywiście z drobnymi błędami, które na drodze są często nieuniknione). Sprawiało mi to ogromną przyjemność do czasu, gdy nadszedł moment zdawania egzaminu na prawo jazdy w Rybniku.

Nie jestem na pewno jedyna, która ma ten problem. Teorię zdałam za trzecim podejściem, wszystkie niezdane egzaminy to kwestia 1 punktu, taki niefart.

Zaś egzamin praktyczny to masakra. Potrafię dość dobrze jeździć autem, a nie mogę zdać! Za każdym razem pojawia się jakiś wyimaginowany problem, że zderzak wystaje mi trzy centymetry za linię "koperty" (według egzaminatora = a jak pani wjedzie do garażu?), że zatrzymałam się przy znaku 'stop' i w celu poprawienia widoczności przybliżyłam się odrobinę do krawędzi zakrętu (według egzaminatora = niezatrzymanie na znaku 'stop' w ogóle), nie wspominając o tym, że źle opuszczam hamulec ręczny. Nie zdają nawet ci, którzy jeżdżą autem cały rok, mając zaliczony kurs, ale nie mają prawa jazdy.

Pracowałam rok, żeby zarobić na prawo jazdy, a teraz czuję się okradziona z moich pieniędzy. Jak to jest możliwe, że egzaminator szuka ofiary, żeby ją klasycznie oblać, nie patrząc zupełnie na umiejętności zdającego?

W Rybniku szukają przysłowiowej "dziury w całym", żeby jak najwięcej zarobić i jak najwięcej kursantów nie zdało egzaminu. Podejrzewam, że tak jest w większości ośrodków. Jestem po prostu załamana!

Za najmniejszy błąd, który nawet nie stwarza zagrożenia w ruchu drogowym, można przypłacić "wynikiem negatywnym" i kolejną wpłatą na konto WORD-u równą 140 zł, która zostanie oczywiście następnym razem bezpowrotnie pochłonięta.

Mój pierwszy egzamin trwał zaledwie dziesięć minut - zdążyłam się przedstawić, pokazać kilka elementów pod maską, nawet nie ruszyłam samochodem i okazało się, że nie zdałam! Przecież to jest oczywiste wyciąganie pieniędzy z portfela, bo wiadomo, że decydując się na prawo jazdy, będziemy dążyć do uzyskania wreszcie pozytywnego wyniku. Dlaczego wszyscy przyzwalają na to?!

Jak już wspomniałam, nie jestem jedyna z tym problemem. Takich jak ja są tysiące w Polsce. Moje rozwiązanie jest proste, powrócić do starych zasad, na których zdawali moi rodzice, płacili za kurs łącznie z egzaminem. Wtedy nie zdawał 1 na 100, a teraz jest odwrotnie...

Może opublikowanie mojego listu choć w pewnym stopniu zmieni chore zasady panujące przy zdawaniu egzaminów?

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.