Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

>> W naszej akcji "Najbliżsi w sześciu krokach" pytamy siebie i Was, naszych czytelników, o to, czym jest dzisiaj bliskość.

>> Dorota napisała w liście: "Zadzwoniłam do ojca, bo mi się przyśnił . Miałam nadzieję, że ucieszy się z telefonu. Myliłam się".

Zobaczyłam w "Gazecie" temat o bliskości, pytania o to, kiedy ostatnio widziałam się z matką , i poczułam tyle emocji, że postanowiłam opisać moje relacje z matką.

"Mamusia-srusia" - ona tak mi odpowiadała, kiedy ją o coś miło poprosiłam. To było już wtedy, kiedy miałam świadomość nie bycia "dzieckiem", tylko myślącym człowiekiem, choć u nas w domu - dziecko to był nie człowiek! Od tej pory już nigdy do niej się tak nie zwróciłam i nie wiedziałam, jak ją zapytać o cokolwiek.

Zawsze zmęczona, bo czwórka dzieci i mąż niestroniący od alkoholu... Tata nie udzielał się w naszym wychowaniu, choć to on był dla mnie autorytetem i to dla niego poszłam w jego ślady. Ojciec zawsze się śmiał tak dziwnie: "Kto ma pszczoły, ten ma miód. Kto ma dzieci, ten ma... smród!". To pamiętam!

Choć w żartach, to dla mnie to było na poważnie... Mama oddzieliła tatę od nas i on nie uczestniczył w naszym życiu zbyt mocno i sama zawsze mówiła, że da sobie radę sama! My, dzieci, nie wiedzieliśmy nigdy, jak oni razem funkcjonują jako związek.

Pamiętam

Pamiętam, że zawsze był problem z wyjazdami do dentysty albo innego lekarza, jeśli nie daj Boże coś się wydarzyło, to zawsze był krzyk: "Znów muszę z tobą jechać do tego szpitala!". Kiedyś nawet była gołoledź i mama wiozła mnie "maluchem" do szpitala z kolanem. Ona jest słabym kierowcą i prawie wpadłyśmy w poślizg, więc całą drogę się na mnie darła, że to przeze mnie, a ja tak się bałam wizyty. Potem jak mi ściągali wodę z kolana, to nawet nie mruknęłam, choć bolało jak nie wiem... czułam wstyd, rozczarowanie i głęboki smutek!

W wieku 14 lat już mieszkałam 150 km od domu, w internacie. Tam zaczęłam chodzić sama do dentysty i ginekologa... z mamą nie było o tym rozmawiać... zawsze znalazła jakiś problem i krzyczała!

Teraz wiem, że to się nazywa zgorzknienie, ale przedtem buntowałam się tylko. Uczyłam się zawsze celująco i z tym nie było problemów, ale co z tego... pochwały były wielką rzadkością, tylko krytyka!

Rozumiem

Dopiero dziś, kiedy mam własne dziecko, czytam i dowiaduję się wiele rzeczy tak naprawdę o sobie. I pojmuję, dlaczego ja też tak źle się do córki odnoszę... z wielką krytyką i pozwalam sobie ją ranić...

Rodzice nie nauczyli nas miłości i okazywania jej w rodzinie. Dziś to rozumiem, mając kochającego męża, który nie stroni od mówienia "Kocham Cię"!

Żal mi siebie z mamą i tatą. Dziś mieszkam 12 tys. km od nich. Nieczęsto za nimi tęsknię... tęsknię tylko za tym momentem, żeby kiedyś mieć tyle siły i odwagi, żeby z nimi porozmawiać.

Był postęp tego lata. Mając 33 lata, usłyszałam, ojciec mi powiedział, składając życzenia na imieniny: "Nie złość się na nas, bo my cię kochamy!". A mama powiedziała mi jakieś tam słowa... takie bezpłciowe, wiecie jak dla wszystkich... nic osobistego, a może to ja znów ją tak źle oceniam... może nie umiem już inaczej z nią się obchodzić...

Dlaczego tak wyszło, że nie umiem ich kochać i okazywać tego, tylko złoszczę się, ciągle wytykając, że to oni nas nie nauczyli miłości.

Jeżdżę do domu rzadko i chciałabym coś z tym zrobić, ale nie wiem co.

Co o tym sądzisz? Napisz: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.