Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Po ostatniej serii reportaży i listów w "Gazecie", dotyczących pracy na godziny, postanowiłam do was napisać. Temat jest mi bliski, ponieważ funkcjonuję na rynku pracy od dziewięciu lat. Jako studentka, a później absolwentka kierunków nieinżynierskich, wpasowuję się w grupę tzw. straconego pokolenia.

Zarobki? Od zero złotych

Łącznie w trakcie trwania studiów pracowałam w pięciu firmach, z czego tylko jedna zaproponowała mi umowę o pracę, mimo że znamiona stosunku pracy istniały w każdym przypadku. Zarobki od 0 złotych (słownie zera złotych) za pracę na prowizji czy "okresy próbne" do 1400 złotych netto (to już był szał) w przypadku umowy o pracę.

W dwóch z tych firm namawiano pracowników do podawania zafałszowanych informacji klientom i dobierania produktu tak, aby dawał firmie zysk, a nie korzyść klientowi (branża telekomunikacyjna i ubezpieczeniowa). Nieprzeszkolone lub po lakonicznych wyjaśnieniach nowe osoby pozostawiano na stanowiskach pierwszego kontaktu z klientem.

Czego jeszcze doświadczyłam? Podawane do wiadomości ogólnej "czarne listy" pracowników, którzy sprzedali za mało, problem z wyjściem do toalety, przydzielanie jednej osobie zadań przeznaczonych dla co najmniej dwóch, trzech osób, brak jakichkolwiek szkoleń: czy to bhp czy stanowiskowych, brak kompetencji u przełożonych do kierowania personelem.

Wśród współpracowników rywalizacja i mniejsze lub większe złośliwości: rozpowszechnianie plotek, przekazywanie przełożonym nieprawdziwych informacji dotyczących nielubianych kolegów czy koleżanek, brak współpracy czy wręcz uniemożliwianie wykonywania obowiązków.

Nieuczciwych praktyk, niezdrowej atmosfery, mobbingu w żadnej postaci nie było tylko w jednej z tych firm.

Mobbing

Zanim opowiem o dalszych doświadczeniach, chciałabym zwrócić uwagę, że niskie wynagrodzenie jest poważnym problemem, ale nie mniejszym jest złe traktowanie pracowników.

W przypadku kiedy brak narzędzi do motywowania personelu (premie, szkolenia, konkursy, dofinansowanie do opieki zdrowotnej - możliwości są szerokie), kiedy brak satysfakcji z wynagrodzenia (bo firma ucinając je, maksymalizuje swój zysk), a pracownik już i tak jest nadmiernie obciążony pracą (bo firma, redukując zatrudnienie, maksymalizuje zysk), to, co polski pracodawca, kierownik stosuje, chcąc podnieść wydajność (bo firma jeszcze bardziej chce zmaksymalizować zysk)?

Stała obserwacja, rozliczanie z każdej sekundy, zawyżone normy "wydajności". Nacisk, zastraszanie, ośmieszanie. Pobudzanie niezdrowej rywalizacji.

Moje obserwacje są takie, że generalnie ten pracownik, który już i tak jest w nieciekawej sytuacji, bo mało zarabia, to na dodatek doświadcza jeszcze mobbingu w pracy. I o tym również powinno się mówić, bo nie jest normalną sytuacja, kiedy 30 proc. polskich pracowników przyznaje, że doświadcza lub doświadczyło mobbingu.

Najgorzej, gdy zostałam kierowniczką

Po studiach nie miałam już problemu z propozycjami tzw. śmieciówek.

Ale w pierwszej firmie (znów telekomunikacja) jako pracownik salonu sieci komórkowej dostaję polecenie "wyjścia w teren i przyprowadzania klientów", żeby zwiększyć zyski, bo kierownik regionalny naciska (nie zatrudniłam się jako akwizytor - odmawiam). Jestem zmuszana, aby podpisać odpowiedzialność materialną za towar w okresie, kiedy jeszcze nie pracowałam (odmawiam, jestem straszona pobiciem). W okresie, kiedy mam być przeszkalana, zostaję sama na stanowisku i mam przyjmować klientów (a nie jestem w stanie im w ogóle pomóc). Przełożeni nie ukrywają, że satysfakcja klienta nie jest istotna, liczą się cyferki, czyli wartość sprzedaży danego dnia. Moja pensja netto 1300 zł.

Odchodzę, ale nie mogę sobie pozwolić na dłuższy brak pracy, więc tymczasowo zatrudniam się w call center (polska firma). Znów problemy z wyjściem do toalety, ponad 100 połączeń na dzień, między jednym a drugim nie ma nawet jak zebrać myśli. Permanentny monitoring i nacisk na nie, nawet nie sprzedaż, na wciskanie. I tak dalej. Pensja netto 1200.

Bardzo chcę stamtąd odejść, przyjmuję pracę w sklepie polskiej sieci odzieżowej (po znajomości!), pensja taka sama, pracy mnóstwo, nogi bolą, znów nacisk na sprzedaż, ale stres jednak mniejszy.

Szybko jednak jego poziom się zwiększa, kiedy sama awansuję, a kryzys zaczyna dotykać handlu detalicznego. Teraz ja się tłumaczę, czemu tak mało sprzedajemy, choć licznik pokazuje, że było "tak wielu" klientów, czemu kupują tak mało sztuk. Mamy dobre wyniki, ale jednak zawsze złe. Im więcej sprzedamy, tym większe wymogi sprzedażowe dostajemy. Z pracownicami jesteśmy ciągle straszone zwolnieniem. Słyszymy, że jesteśmy beznadziejne. A tak naprawdę jest nas za mało, jesteśmy bardzo obciążone pracą: ja na stanowisku kierowniczym robię wszystko, od mycia toalety i podłóg do przeprowadzania rekrutacji i zarządzania personelem. Pracuję na zmiany od poniedziałku do niedzieli. Zarabiam 1400-1900 netto.

Sama rekrutując, widzę różne postawy pracowników, ale z drugiej strony, nie wiem, jak mam ich motywować do jeszcze bardziej i bardziej wytężonej pracy, kiedy wiem, że pensja, którą otrzymują (zwykle 1200 zł), nie wystarcza im nawet na wynajęcie mieszkania.

Jak tu godnie żyć?

Po prawie dwóch latach zaczynam szukać i znajduję szybko inną pracę. Odchodzę, ale trafiam na "małego polskiego przedsiębiorcę", który tak naprawdę jest oszustem. Zatrudniającym w szarej strefie, niepłacącym umówionych kwot, naciągającym swoich pracowników i klientów. Toczy się przeciwko niemu już jedno postępowanie, a drugie jest blisko. Wiem to jednak dopiero teraz, po fakcie, kiedy jestem bez pracy. I mówiąc szczerze, tutaj, w naszym kraju, boję się szukać kolejnej, bo zastanawiam się, co mnie znowu czeka?

Na koniec dodam, że skończyłam nieco bardziej konkretne kierunki niż socjologia, ale to nie ma żadnego znaczenia, bo każdy, niezależnie od kwalifikacji, powinien być traktowany godnie i godnie zarobić. Godnie, czyli tyle, aby móc choćby skromnie, ale samodzielne się utrzymać. Oczywiście im większe kwalifikacje i wiedza, tym większe zarobki, ale dlaczego sprzątaczka, kasjerka, pracownik produkcji nie mieliby zarobić tyle, aby się utrzymać i dlaczego nie mieliby być szanowani?

Wynajęcie kawalerki na obrzeżach jednego z największych polskich miast (w którym mieszkam) to koszt min. 1200 złotych, drugi tysiąc jest niezbędny na jedzenie, lekarstwa, ubrania. To jest minimum. Dla jednej osoby nie ma tutaj mowy o żadnym decydowaniu się na dzieci! Drugie minimum to szacunek do każdego człowieka, bo w permanentnym stresie i będąc pomiatanym, nie da się żyć.

Wstydziłabym się być pracodawcą i płacić pracownikowi kwotę niewystarczającą na przeżycie, wstydziłabym się jeszcze bardziej w takim przypadku narzekać, jak fatalnych pracowników zatrudniam.

Pozdrawiam jednak wszystkich uczciwych, ludzkich, mających sumienie i normy etyczne polskich pracodawców, mam nadzieję, że jest Was więcej, niż na pierwszy rzut oka się wydaje. Jeszcze większą mam nadzieję, że trafię na jednego, bo jeśli nie, to niestety również ja, choć nie chcę, będę musiała poszukać lepszego miejsca do życia i powiększania rodziny niż nasz kraj.

Chciałabym też apelować do polskich pracowników, klientów, przedsiębiorców: bądźmy dla siebie bardziej życzliwi, bo to kosztuje niewiele wysiłku, a czasem nie wiemy, w jak złej sytuacji znajduje się osoba, dla której i my byliśmy nieprzyjemni.

Gdyby panowała wśród nas, Polaków, większa życzliwość wobec siebie nawzajem, to może nie byłoby zgody na taki wyzysk i poniżanie. A od czegoś trzeba zacząć!

Zarabiają po 4 zł za godzinę, to współczesne niewolnictwo

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.