Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Moja pierwsza praca - sezonowa - to trzy miesiące w przetwórni rolniczej. Brutto 3,50 zł za godzinę. Praca przy taśmie, zmiany po 12 godzin, dojazd - rowerem, 10 km, nieoświetloną drogą gminną i potem polną, po których skracały sobie trasę tiry. W okolicy mojego rodzinnego miasta bezrobocie od lat zaczyna się od 15 proc.

Na studiach w wielkiej Warszawie najpierw pracowałam w Empiku - umowa o pracę, ale na rękę dostawało się 800-900 zł, bo pełnego etatu nie miał nikt z szeregowych żuczków. Zmiany - czasem 3 godz., czasem 12. Odeszłam po trzech miesiącach, bo kierownik mnie nie lubił. A to ustawił mi pięć 10-godzinnych zmian z rzędu, a to uciął z pensji 300 zł za straty działu mające miejsce podczas mojej nieobecności. Mógł - bo kto mu zabroni?

Potem pracowałam w kawiarni za całe 8,50 zł brutto, kino - za 7 zł brutto, ale pracodawcy byli w porządku.

Gdy skończyłam studia i długo nie mogłam znaleźć pracy, załapałam się do supermarketu na kasę. Teoretycznie - 9 zł brutto. W praktyce za miesiąc pracy dostałam 1030 zł. Okazało się, że pośrednik nie poinformował mnie, że sklep odejmie mi z pensji za wszystko: za strój służbowy, za długie wyjście do toalety, za wolne kasowanie. Zdarzali się klienci, którzy wyzywali mnie, mieszali z błotem, usiłowali mnie bić, rzucali we mnie towarem, pluli, nieraz na kasie płakałam.

To z pracy na godziny, w usługach, pamiętam najlepiej: klientów, którzy traktują mnie jak powietrze lub jak śmiecia. Potrafili oblać mnie kawą, którą uznali za zbyt zimną, rzucić towarem, zwyzywać. Na każdym stanowisku, na którym się zatrudniłam, byli tacy - w markecie było ich po prostu najwięcej. Im mniej w ich mniemaniu zarabiasz, tym bardziej można tobą pyrgać, obrażać, poprawiać sobie nastrój tym, że ma się władzę.

Później szczęśliwie znalazłam pracę jako asystentka w niewielkiej firmie. Umowa- zlecenie, obiecana o pracę, stawka na rękę przy odrobinie wysiłku nawet 1600 zł.

Po trzech miesiącach uciekłam. Szef nie potrafił prowadzić firmy. Klienci uciekali, bo nie podpisywał z nimi umów lub nie odbierał tygodniami telefonów, co kilka tygodni zmieniał kierunek działalności - z marketingu na finanse, z finansów na IT, i tak w kółko. Z koleżankami musiałyśmy wysłuchiwać dowcipów o pierdzeniu, wielkich planów podbicia rynku, pretensji o to, że firma upada przez nas. Obcinał nam pensję - "bo tak", zmuszał do przychodzenia w weekendy i... fotografował nasze buty, bo najwyraźniej miał fetysz. Zaczęłyśmy przychodzić wyłącznie w trampkach.

Toczy się przeciwko niemu sprawa w sądzie, jednak pieniędzy dziewczyny raczej nie odzyskają: mieszkanie na konkubinę, samochód na matkę, firma już zwinięta, a kolejna otworzona na brata...

Ale wzięłam się na sposób. Między studiami a pracą wyrobiłam setki godzin darmowych praktyk w firmach: od HR, poprzez wolontariat kulturalny, marketing. Opłacało się. Zarabiam teraz godnie, wynajęliśmy małe mieszkanie, stać nas, żeby czasem wyjść do kina czy ze znajomymi na miasto, kupić nowe spodnie bez drżenia o zawartość lodówki. Pozostałe prace są tylko złym wspomnieniem. Nauczyły mnie jednego: zawsze odnoszę się z szacunkiem do pracowników na godziny. Ekspedientki, kasjerki, teleankieterki, sprzątaczki - każdy zasługuje na to, żeby chociażby nie robić mu problemów.

Czekamy na wasze listy. Napisz: listy@wyborcza.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.