Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W felietonie "Zadłużeni we frankach jak powodzianie" opublikowanym w "Gazecie Wyborczej" Adam Leszczyński napisał: "Czy to moralne, żeby państwo pomogło zadłużonym we frankach szwajcarskich? Wiedzieli, że ponoszą ryzyko zmiany kursu. Ale mieszkający na terenach zalewowych też wiedzą, że są zagrożeni nieprzewidywalnym żywiołem - a dostają pomoc w razie powodzi. Naprawdę wylewy Odry niewiele się różnią od fluktuacji na rynkach walutowych".

Takie porównanie jest całkowicie nietrafne.

Po pierwsze - budowa jakiegokolwiek obiektu wymaga pozwolenia, które jest wydawane przez administrację publiczną. Pozwolenie to oznacza, że zdaniem administracji obiekt nie będzie zagrażał jego użytkownikom, otoczeniu, ale także to, że otoczenie (będące w gestii państwa bądź samorządu) nie będzie zagrażało obiektowi. W sytuacji, gdy woda należąca do mnie (znajdująca się w moich rurach) zaleje mieszkanie sąsiada, jest rzeczą bezsporną, że winien jestem sąsiadowi naprawienia szkody. Jest to zgodne z ogólnie rozumianymi zasadami moralnymi i prawnymi. Dlaczego więc państwo (lub samorząd) nie miałoby być obowiązane do naprawienia szkody, którą właścicielowi nieruchomości wyrządza woda z rzeki do niego należącej? "Żywioł" jest owszem nieprzewidywalny, tak samo jak przeciek wody w mojej rurze, ale państwo powinno dokonać wyboru, czy woli ponosić koszty budowania systemów ochrony przeciwpowodziowej, czy też pokrywać koszty odszkodowań w przypadku wyrządzenia szkody właścicielom nieruchomości wskutek zaniechania budowy takich systemów. Tak samo jak obywatel dokonuje wyboru między zawarciem ubezpieczenia OC a akceptacją ryzyka, że będzie zmuszony pokryć koszty ewentualnej szkody wyrządzonej sąsiadowi ze środków własnych.

Po drugie - nawet jeśli przyjąć, myśląc po peerelowsku, że państwo (czy też samorząd) jest podmiotem szczególnym, nie ponoszącym odpowiedzialności za szkody wyrządzone obywatelom (przypominam, że mówimy wymiarze moralnym, a nie prawnym), to warto zauważyć, że nie każda nieruchomość została nabyta w drodze świadomego wyboru. Bywa tak, że nieruchomość znajdująca się na terenach zalewowych została otrzymana od państwa właśnie, np. na "ziemiach odzyskanych", albo odziedziczona. Nie jest łatwo wymienić taką nieruchomość na bezpieczniejszą bez dodatkowych kosztów. Stwierdzenie "mieszkający na terenach zalewowych wiedzą, że są zagrożeni nieprzewidywalnym żywiołem" jest więc czystą demagogią. Owszem - wiedzą, ale niewiele z tego wynika.

Całkiem inaczej jest z kredytami w obcych walutach. Państwo nie jest stroną umowy między bankiem a kredytobiorcą, rola państwa ograniczona jest do stanowienia prawa (kodeks cywilny, prawo bankowe) i sprawowania odpowiedniego nadzoru. Osoba biorąca kredyt we frankach robi to w nadziei, że koszt kredytu będzie mniejszy, licząc się z tym, że może też na tym stracić. Pomoc państwa byłaby tu całkowicie niemoralna i niesprawiedliwa.

Jeżeli pomimo powyższych argumentów Autor uważa, że państwo powinno pomagać osobom, które straciły na tym, że wzięły kredyt we frankach, a nie w złotówkach, to pozwolę sobie zapytać, czy zdaniem Autora osoba, która na takiej transakcji zyskała, powinna wpłacić wypracowany w ten sposób zysk na rzecz państwa w formie podatku, a jeżeli nie - to dlaczego?

Z nie mniejszym zdumieniem przeczytałem komentarz Macieja Samcika "Klienci franka to nie powodzianie" .

W artykule tym autor wykazuje co prawda, że w Polsce pomoc państwa "frankowiczom" z zasadzie się nie należy, bo w większości przypadków nie ponieśli oni żadnej szkody, z czym nie sposób się nie zgodzić. Z artykułu wynika jednak, że tym, którzy na operacji stracili, jakaś forma pomocy się jednak należy. Jeżeli nie w formie wypłaty środków z budżetu państwa czy z kasy banków, to może poprzez umożliwienie upadłości konsumenckiej.

Otóż nic się nie bierze z niczego i każdy grosz umorzony "frankowiczowi" musi zostać z czyjejś kieszeni pokryty. A ja, jako podatnik, klient banku i obywatel po prostu nie zgadzam się na pomaganie spekulantom kredytowym, graczom giełdowym ani żadnym innym hazardzistom, którzy licząc na zysk ponieśli stratę!

Co więcej, tak długo, jak będą w Polsce chorzy na raka, których z braku pieniędzy nie można natychmiast leczyć, choć w szpitalach są wolne miejsca, tak długo jak będą osoby z rzadkimi chorobami, których nie można leczyć, bo NFZ nie wpadł na pomysł, by je umieścić w swoich wykazach - to nie tylko pomoc "frankowiczom", ale nawet wydawanie publicznych pieniędzy na rozważania o możliwości takiej pomocy jest niemoralne i głęboko niesprawiedliwe.

A kiedy już problemy naprawdę potrzebujących zostaną rozwiązane, powiem egoistycznie, że wolałbym, by środki, które chciałby autor przetransferować taką czy inną drogą z mojej kieszeni do kieszeni spekulantów różnej maści, pozostały jednak w mojej kieszeni. Choćby po to, bym mógł wziąć kredyt we frankach i miał za co pokryć koszt ewentualnej straty bez wyciągania ręki do państwa.

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.