Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Zacznijmy od tego, że nie sądzę, aby wolność słowa i wypowiedzi oznaczała w praktyce, iż o osobach zachowujących się w naszej ocenie źle należy mówić wulgarnie i za pomocą nieparlamentarnych epitetów. Swoją drogą, czy nie jest tak, że odsądzanie od czci i wiary całych grup społecznych (niezależnie od tego, czy są to Żydzi, katolicy, rudzi czy matki małych dzieci) jest niczym innym jak segregacją, naganną z punktu widzenia współczesnych norm społecznych? Zatem, publikowanie takich wypowiedzi również jest naganne.

Po drugie, ludzie muszą mieć dzieci (tak, trzeba sobie ten truizm uświadomić) i chyba nie muszę wyjaśniać, dlaczego. Piszę "ludzie", a nie: hipsterzy, korposzczury, słoiki etc., bo demografia dotyczy wszystkich. Tak samo jak na świecie musi być miejsce dla sfrustrowanych pięćdziesięciolatków przegranych przez zmianę systemu, wiecznie zabieganych trzydziestolatków (sama do nich należę), zdołowanych siedemdziesięciolatków ubolewających nad utraconą młodością, tak samo musi być miejsce dla tych, co mają lat dwa i trzy i jeszcze nie wiedzą, że tym pierwszym należy schodzić z drogi. I dla ich rodziców. O, tak. Dla rodziców.

"To nie jest kraj dla młodych ludzi" - tak można by sparafrazować znany tytuł filmu. Ja, mówiąc szczerze mam już dość, chociaż nie oznacza to, że wyjadę "na zmywak", bo poza wszystkim jestem patriotką, co oznacza także, że czuję się odpowiedzialna za tych, którzy tu zostają. Także za utyskujących na mnie i na moje dziecko. Ale ta odpowiedzialność zaczyna mi ciążyć. I to bardzo. Zwłaszcza, że tak zwana "opinia publiczna" plącze się w zeznaniach i wyraża tak sprzeczne sądy, że nie sposób nawet spróbować spełnić "społecznych oczekiwań". A oto kilka z nich:

1. Skończyłam studia, uczyłam się dziennie i pracowałam ("studenci dzienni to pasożyty, przedłużają sobie młodość" vs. "wszyscy dzisiaj gonią za pieniędzmi, nie mają czasu na życie").

2. Wyszłam za mąż, urodziłam synka ("dzisiejsza młodzież nie znosi zobowiązań, nie mają dzieci, bo żyją w jałowych związkach" vs. "najpierw robią dzieci na potęgę, a potem nie wiedzą, co z nimi zrobić").

3. Synek chodził do żłobka, bo ja pracowałam ("matki dzisiaj nie potrafią się poświęcić dla dzieci, ja na wychowawczym siedziałam trzy lata" vs. "zajdą w ciążę i już lezą na zwolnienie, singielki muszą robić za dwie").

4. Z synem poznawałam świat, tak, raz nawet strasznie płakał w samolocie, bo bał się zapiąć pasy ("dają dzieciom wszystko oprócz czasu" vs. "i wszędzie łażą z tymi bachorami").

5. Czasem musiał ze mną iść do pracy, bo w sytuacji dylematu: iść na "opiekę" czy prosić go o współpracę w dniu wolnym od szkoły kosztem jego zabawy, wygrywało to drugie ("wyrodna matka, pracoholiczka" vs. "na litość nas bierze").

Nie piszę już o sprzecznych przekazach dotyczących wychowania dzieci. Notabene, wszyscy mówią o "permisywnych" lub "konserwatywnych" rodzicach, a nikt o prawie jednostki (nawet takiej, która ma dwa lata) do szacunku!

Ludzie! Starzy, młodzi, garbaci, łysi, powabnie zaokrągleni, modnie chudzi! Jesteśmy sobie potrzebni. Ja Wam, Wy mnie. Ja, bo dźwigam z Wami ten niekończący się balast zobowiązań, Wy - bo sama sobie nie poradzę.

Redaktorzy! Wolność słowa nie oznacza przyzwolenia na szerzenie nienawiści na tle macierzyńskim. Ani żadnym innym.

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.